Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

sobota, 31 grudnia 2011

Szczęśliwego Zdrowego Roku!

Najbardziej życzę Wam wszystkim Szczęśliwego i Zdrowego Roku!
Szczęścia w sobie, żeby dostrzec szczęście, które przychodzi.
Radości jak najwięcej, ale też umiejętności, żeby tę radość dostrzegać.
Pieniędzy na to, żeby mieć to co niezbędne i żeby wystarczyło też na to, co cieszy i sprawia radość Wam i Waszym Najbliższym.
Energii na cały rok, żeby móc realizować wszystkie zamierzenia i plany.
Planów realistycznych, ale i odważnych, żeby nie spocząć poniżej swoich możliwości.
Czasu na odpoczynek i spotkania z przyjaciółmi, bo to wzbogaca i sprawia, że człowiek ma jeszcze więcej powodów do radości.
I wiele, wiele uśmiechu i jak najwięcej pięknych CHWIL i MOMENTÓW w Waszym życiu.
W tych ostatnich chwilach starego roku napiszę pewnie jeszcze chociaż kilka planów w moim liście noworocznym :), ale niekoniecznie dzisiaj, bo nadal spędzam czas głównie na leżąco.
Wszystkim, którzy mogą i chcą - udanej zabawy Sylwestrowej i wielu radosnych szaleństw!

piątek, 30 grudnia 2011

Balu nie będzie, za to były bańki i powtórna wizyta u lekarza

Witajcie Kochani,
Mimo tytułowej negacji czuję się cóż ... nadal nie da się użyć słowa dobrze.
Powiem więc chociaż, że czuję się lepiej, niż wczoraj.
Obecne choróbsko zabrało mi już mnóstwo siły a przez dwa ostatnie dni prawie zupełnie odjęło mi mowę.
Nie wyleczył mnie antybiotyk numer 1, lekarz chyba miał własną wizję mojej choroby, bo albo mi zapisał placebo, albo jakieś słabe coś, co niekoniecznie nadawało się do leczenia.
W efekcie jego braku wiary w to, że ja się naprawdę czuję do kitu i mojego braku wiedzy w temacie leków połykałam sobie a muzom antybiotyk numer 1, żeby przez kolejne trzy dni po świętach czuć się z dnia na dzień coraz gorzej.
Wczoraj w desperacji zadzwoniłam po posiłki.
Mama przybyła z odsieczą wyposażona w szklane bańki wraz z groźnie wyglądającym wyposażeniem: świeczką, wacikiem na druciku i denaturatem do nasączania wacika.
Ten drucik z zapalonym wacikiem wkłada się szybko do bańki, żeby wyciągnąć z niej tlen, a wtedy tak przygotowaną bańkę błyskawicznie trzeba przystawić do pleców delikwenta, w tym przypadku delikwentki.
Po zapełnieniu całych moich pleców bańkami wyglądałam jak dziwny owad z czerwonymi szklanymi wypustkami na plecach.
Ciągnęło jak cholera, ale dobrze mi to robiło. Wręcz czułam, jak mi chorobę wyciąga z krzyża (chociaż na krzyżu i kręgosłupie baniek się nie stawia.
Potem mama bardzo chciała mi zrobić dobrze i przysiąść przy mnie na łóżku, potrzymać za rękę.
No ale co nie usiadła, to naciągała mi koc na tych biednych plecach.
Niestety moja wdzięczność była wprawdzie wielka, ale nie na tyle, żeby wytrzymać ciągnący się ból nie tylko od baniek, ale jeszcze od ważącego w tym momencie tonę koca.
Dlatego też poprosiłam o to, żeby się Mama czymś zajęła, a sama zapadłam w rozkoszny niebyt.
Co jakiś czas Mama sprawdzała, jak się czuję, w tym celu oczywiście z czułością kładąc mi rączkę na plecach, tfu - na bańkach.
Ale i to zniosłam, prosząc tylko głosem zduszonym poduszką, żeby się znów czymś zajęła, bo u mnie wszystko w porządku.
Po wszystkim nawet poczułam się silniejsza. Parę zdjęć zrobiła do kronik rodzinnych moja Latorośl, ale na moje wyczucie nie nadają się do publikacji.

Ale niestety głos mi niemal zupełnie odjęło!
W desperacji poprosiłam Mamę, ubierając się po tych bańkach, żeby mi spróbowała zamówić wizytę u lekarza w mojej przychodni. Niestety było już popołudnie i moja ulubiona pani doktor nie mogła mnie przyjąć. Ale inna bardzo miła lekarka powiedziała, że przyjmie.
W poczekalni odstraszałam wszystkich kichaniem i kaszlem, mimo że starałam się tłumić wszystkie objawy chusteczkami higienicznymi.
Moja wizyta przebiegła błyskawicznie, bo nie przyszłam po zwolnienie, tylko po to, żeby się wyleczyć.
Okazało się, że gardło wymaga dalszego leczenia (jakoś nie było to dla mnie zaskoczenie - zachrypiałam w odpowiedzi).
Po wykupieniu leków zaległam na wersalce przed telewizorem, który jednak łaskawie był niemy i ciemny.
Ocknęłam się dopiero pod wieczór, kiedy to zaczęłam znów odprawiać tańce z inhalatorem.
Inhalator to piękna sprawa, kupiłam sobie kiedyś w aptece, wtedy jeszcze nie podejrzewając, jak często mi się przyda.
Teraz z tym suchym gardłem najchętniej bym się podłączyła do niego na stałe, bo tylko kiedy sobie przedmuchuję gardło i płuca parą z pachnącymi olejkami czuję w sobie jakieś życie.
Poza tym kaszel mnie składa na pół.
Mój Mark oczywiście stwierdził, że dzięki mojej utracie głosu nareszcie ma w domu coś do powiedzenia.
Ale poza tym zachowuje się wzorowo. Dba o mnie, donosi herbatki, gotuje i pierze, odprowadza po lekarzach i aptekach. Nie wiem, co bym bez niego zrobiła. Kochany Mój Chłop!

Dziś po raz pierwszy od czterech dni udało mi się wstać i usiąść przy kompie. Nie było rady, muszę zrobić pracę na jutro dla Klienta, który zaraz potem wyjeżdża do Niemiec.
Udało się, właśnie zapisałam dokumenty. Jutro rano jeszcze tylko raz przeczytam, wydrukuję i będę mogła się umówić na oddanie dokumentów.

Marzę o tym, żeby już czuć się naprawdę dobrze.
Mam nadzieję, że do jutra będzie chociaż LEPIEJ.
Do jutra zatem.

wtorek, 27 grudnia 2011

Ta ostatnia angina, czyli z notatnika hipochondryka oraz migawki ze świąt


No i stało się.
Ogólne przemęczenie, do tego jeszcze sporo stresów pod koniec roku plus wietrzna i wilgotna pogoda oraz osłabienie zrobiły swoje.
I znów mnie dopadła!

Ta ostatnia angiiiinaaaa,
Dzisiaj się rozstaniemy
Dzisiaj się rozejdziemy
Na wieczny czas!

Ostatnia na pewno w tym roku, ale zerknęłam na bloga (bo zwykle takich dat nie zapisuję) i okazało się, że ostatnią anginę z antybiotykiem zaliczyłam nieco ponad miesiąc temu. Coś za często mnie ostatnio dopada.
Dlatego poprosiłam lekarza oprócz antybiotyku jeszcze o jakieś lekarstwo na ogólne wzmocnienie i uodpornienie organizmu. Dostałam, już wzięłam pierwszą dawkę wszystkich specyfików.
A tak w ogóle to uważam, że mam wielkie szczęście. Pod samym prawie nosem, ale na tyle, żeby mi nie parkowali pod domem, mam fantastyczną przychodnię zdrowia.
Ilekroć tam nie pójdę mam jakoś tak szczęście dostać się na jeden z pierwszych terminów, a najczęściej wręcz z marszu.
Dzisiaj nawet lekarz był wcześniej, niż o 7.30, na którą byłam zapisana, więc o 7.30 szłam już szukać apteki, ale te otwierają dopiero od 8.00, więc nie było rady, trzeba było iść na spacer.
Całe przeziębienie zapowiadało się już od jakiegoś czasu.
Znam u siebie dobrze w zasadzie cały przebieg choroby.
Najpierw dopadają mnie bóle głowy, czyli organizm daje znaki dymne, że coś nie teges i trzeba o siebie zadbać.
Staram się go słuchać i się położyć jak najszybciej, ale nie zawsze mogę. Niestety praca na swoim oznacza przeważnie wielką mobilizację przez cały czas.
Nie ma sensu chodzenie na zwolnienia, kiedy się pracuje na swoim. Mnie się jeszcze nie zdarzyło.
Tak więc wzięłam się za siebie od razu i starałam się stłumić bóle głowy i zatok różnymi środkami przeciwzapalnymi. Niestety pomagało tylko doraźnie.
Jeszcze w Wigilię czułam się całkiem nieźle. Ale już w pierwszy dzień świąt trochę mnie przewiało i praktycznie już wieczorem wiedziałam, że tak łatwo mi tym razem nie pójdzie.
Wczoraj rano obudziłam się już z gardłem wyschniętym niczym autostrada w Meksyku i postanowiłam działać. Do lekarza wczoraj jeszcze iść nie mogłam, bo przecież święto, więc przychodnia zamknięta.
Zaczęłam się więc naświetlać taką specjalną lampą Zepterowską, działającą przeciwzapalnie.
Może gdybym zastosowała ten środek tydzień wcześniej, coś by to dało.
Ale wcześniej oczywiście uważałam, że nie mam na to dość czasu i ciągle obiecywałam sobie, że już jutro się ponaświetlam.
I tak mi upłynął czas do wczoraj, kiedy czopy na migdałkach i czerwone naloty na gardle nie pozostawiły wątpliwości, że tu już nie ma żartów i trzeba poważniej leczyć.
Wcześniej bywało, że dawałam się lekarzom przekonywać do prób leczenia mojego gardła bez antybiotyku. Co z tego, kiedy po tygodniu takiego płukania, ssania i łażenia jak potłuczona, i tak na koniec musiałam znów iść wystać w kolejce do rejestracji i ponownie trafić do tego samego lekarza po receptę na antybiotyk. Znam dobrze swój organizm i swoje gardło. Wiem, że po latach nie mam już prawie migdałów, poza tym dbam o gardło mimo wszystko i po dwóch dniach płukania pewnie w oczach lekarza nie wyglądało ono tak najgorzej. Ale tylko ja i jedna moja lekarka w tej przychodni wie, że to już jest u mnie poważny stan i nie pozostaje niestety nic innego jak tylko antybiotyk.

Tym razem postanowiłam też wspomagać się medycyną naturalną, wcinam czosnek na kanapkach, więc sama mówię, że jestem Miss Stinkie (Pani Śmierdziuszek).

Szkoda, że głowa nadal jeszcze taka ciężka i ciężko i powoli mi się myśli, bo na biurku i w komputerze czeka na mnie już naprawdę dużo pracy.
Nic to, w tej sytuacji brak planów wyjściowych na Sylwestra to dla mnie raczej dobry zbieg okoliczności.
W przeciwnym razie miałabym jeszcze jeden stres, czyli czy wyzdrowieję do Sylwestra...
A tak jestem spokojna, odprężona, leczę się pod opieką lekarza, a nawet jeszcze zaplanowałam na jutro moją pierwszą wizytę u okulisty (ostatni punkt na liście spraw do załatwienia w roku 2011!).

Święta przebiegły bardzo miło, dostałam też mnóstwo pięknych i przydatnych prezentów.
Najbardziej się cieszę, że udało się nam namówić moją Mamę na przestawienie u niej mebli. Teraz jest o wiele wygodniej i więcej miejsca się zrobiło. Zmiana była wywołana głównie nowopowstałym jej osobistym biurem. Mojego starego laptopa odziedziczyła Mama już jakiś czas temu, a pod choinkę dokupiłam Jej drukarko-skaner (te urządzenia ostatnio bardzo potaniały, byłam mile zaskoczona!) i lampkę do czytania. No i teraz po ustawieniu tego wszystkiego na nowo pokój wygląda pięknie i przestronnie.

Między innymi porządny skórzany neseser na lapka i dokumenty oraz walizkę do samolotu przystosowaną wielkością na bagaż podręczny - akurat wystarczającą na weekendowe delegacje wyjazdowe.
Do tego fundusz prezentowy (Mama woli mi dać taki fundusz, bo wie, że ja sama najlepiej sobie coś wyszukam) i talon na kapcie (z Córcią tak się umawiamy, że jeśli do czasu świąt nie możemy sobie nic znaleźć w prezencie, to zamiast szaleńczo i z narażeniem życia w przedświątecznych korkach szukać go na siłę, prezent zostaje kupiony później, a pod choinkę dostaje się talon na ten właśnie prezent).

Mam nadzieję, że u Was święta też upłynęły spokojnie i miło, i nie wpadliście w świąteczne dołki :)
Póki co całuję Was ostrożnie i antyseptycznie, wszak przez komputer zarazić się anginą póki co jeszcze nie można (ufff!).
Nie wiem, czy jeszcze tu zajrzę do tego czasu, więc być może już warto życzyć Wam udanego Sylwestra, nieważne gdzie i jak, ważne żeby spędzić go w dobrym towarzystwie!

sobota, 24 grudnia 2011

Wesołych i Radosnych!

Czas na zmianę dekoracji.
Kochani!
Wszyscy, którzy tu przychodzicie dla paru chwil odprężenia, czy dla przeżycia czegoś wspólnie ze mną, jesteście zawsze mile widzianymi gośćmi.
Jednak w te dni życzę Wam, żebyście zaglądanie na blogi ograniczyli do minimum, a święta spędzili razem ze swoimi bliskimi i ukochanymi Osobami!
Na te święta życzę Wszelkich Radości, Zdrówka, bo to nieoceniony i często niedoceniony Dar,
Życzę Wam też we wszystkich Waszych sprawach Pomyślności, a przyda się też łut szczęścia.
Smacznej Wieczerzy Wigilijnej, pyszności na Wigilijnym stole i radości w gronie tych, z którymi będziecie chcieli spędzić ten Świąteczny Czas.
Jeśli nie zajrzę do Sylwestra, bo może się i tak zdarzyć, to życzę Wam również takiego Sylwestra, jaki sobie wymarzycie.
I czy będzie to spokojny wieczór w domu na własnej kanapie z własnym kotem lub psem, czy będzie to huczna zabawa z setkami gości i głośnymi wystrzałami szampana, to niech się Wam spełni!

Uściski dla Was wszystkich!!!
Wasza iw

czwartek, 22 grudnia 2011

Depresja okołoświąteczna

*

Ufff, u mnie już prawie mija.
Ale trzymała mnie mocno przez ostatnie kilka dni.
Chyba jak dotychczas nie występuje jako jednostka chorobowa.
Spotkałam się wprawdzie z artykułami w mediach, gazety piszą też o zwiększonym ryzyku samobójstw, ale jakoś tak się składa, że okres tuż przed, w trakcie i po świętach uważam za jeden z najtrudniejszych okresów emocjonalnych.

Stan depresji okołoświątecznej zaczyna się niewinnie: lekkim bólem głowy lub zawrotami, czasem jakąś wysypką, nadmierną nerwowością lub potliwością, płaczliwe ataki mieszają się ze stanami melancholijnymi, a chęć odwrócenia wszystkiego do góry nogami z całkowitą bezradnością wobec losu i niechęcią do wyjścia z domu nawet pod groźbą śmierci głodowej (bo lodówka już od wielu dni świeci pustkami, a do wyjścia z domu skłaniają wyłącznie obowiązki zawodowe).

U jednych objawem będzie całkowite zerwanie kontaktów z rzeczywistością (ale ja takich nie znam osobiście, chociaż jestem to sobie w stanie wyobrazić)!

U innych, jak u mnie, stan depresji wywołuje tak silne napięcia, jak zwielokrotniony PMS, klimakterium w ostrej fazie ataku w połączeniu z męskim kryzysem wieku średniego i zaburzeniami odżywiania włącznie.
Największe spustoszenie może taka depresja zaatakowanej jednostki uczynić w rodzinie, jeżeli człowiek nią dotknięty zaczyna się ciskać na najbliższych, wyszukując u nich wszelkie - prawdziwe i urojone wady i błędy.
Nawet osobisty chłop, przez cały rok uważany za źródło szczęścia i radości, teraz nabiera cech wręcz demonicznych albo widziany jest jako ostatni dep i mięczak.

Jeśli jesteś kobietą, w wieku od 20 do ... lat, to są dwie formy przechodzenia tego kryzysu.
1. Albo chcąc uniknąć destrukcyjnych myśli dostaniesz ataku wręcz nadmiernego dekorowania domu, samochodu, psa i kota oraz przygotowywania chorobliwych ilości posiłków dla całej rodziny i pułku wojska przy okazji. Ale ona i tak czyha.
Bo kiedy już wszystko zostanie skonsumowane, a reszta, czyli wyszukane owoce czy szynka parmeńska za 100 zł 10 deko i pójdą na śmietnik lub znajdą się w misce ulubionego czworonoga, który może zje je dopiero, kiedy uda mu się pozbyć nadmiaru pochłoniętego dodatkowo przy okazji świąt jedzenia. Kiedy rodzina uda się na zasłużony odpoczynek, Ty udasz się na zasłużone sprzątanie...
I kiedy po pół dnia zmywania i dwóch do sześciu dni sprzątania dostrzeżesz wreszcie w lustrze swoją wymizerowaną twarz bez makijażu oraz owiniętą spłowiałym szlafrokiem figurę, której od podżerania w czasie gotowania przybyło w ciągu tygodnia 4 kg, wtedy dopadnie Cię ze zdwojoną siłą!
Gorączkowe pytania:
- I na co to wszystko było?
- Tyle się narobiłam, a i tak nikt nie zauważył, że było tak fantastycznie!
- Co z tego, że tyle prezentów dałam, ja sama dostałam jeden, który w dodatku kupiłam sobie sama i dostałam już dwa tygodnie temu, a pod choinkę musiałam jeszcze sama zapakować i udawać przed wszystkimi na koniec zaskoczenie...
I tak dalej!

2. Druga opcja jest taka, że w tym roku udaje Ci się uniknąć tych wszystkich tradycji, choinkę ubierasz tylko, jeśli sama masz na to wielką ochotę, a jedzenia jest akurat tyle, ile się zje.
Albo nawet wyjeżdżasz gdzieś sama czy do rodziny.
Albo masz z kim spędzić te święta, ale Wasze oczekiwania się różnią.
W każdym razie i Ciebie pewnie nie ominie, a nawet może dopaść ze zdwojoną siłą i skorzystać z najgorszych elementów manipulacji, żeby Cię strącić w dół samozniszczenia!
A jak się objawia - symptomów może być bardzo wiele.
Niezależnie od tego, jak spędzisz te święta, to i tak czujesz potworne wyrzuty sumienia, że:
- Nie masz domu tak ustrojonego, jak w tych wszystkich familijnych filmach pokazywanych w święta.
- Twoje prezenty lub prezenty dla Ciebie nie są aż tak oszałamiające, jak opowiada o swoich połowa koleżanek w pracy.
- W oczekiwaniu na święta nie czujesz żadnej magii, tylko przeogromne zmęczenie, połączone (co oczywiste) z wyrzutami sumienia, że przecież powinnaś się cieszyć i powinnaś być tak samo podekscytowana, jak cała reszta samym faktem, że są święta, i idzie gwiazdka, i będzie Wigilia, i prezenty, a może nawet wreszcie odmieni się coś istotnego w życiu.
- A największym wyrzutem sumienia są poprzednie święta, podczas których coś poszło nie tak.

Nie twierdzę, że wszyscy wpadają w depresję okołoświąteczną.
Ale wydaje mi się, że znaczna większość zalicza mniejszego lub większego doła właśnie w związku z tymi ogromnymi, wyolbrzymionymi oczekiwaniami związanymi z okresem świątecznym i wszystkim, co w związku z tym powinno nastąpić.
Oczekujemy od siebie (jak w tych wszystkich książkach czy filmach), że tym razem będziemy wobec swoich Rodziców wzorem do naśladowania dla naszych Dzieci.
Obiecujemy sobie (choć nie mamy na to często najmniejszej ochoty) czuć atmosferę świąt i podsycać ją w sposób szalenie urozmaicony, bo przecież trzeba nakupować tego wszystkiego, skoro wokół nas tyle promocji itd.

A tymczasem w prawdziwym życiu panuje napięcie, bo rok się kończy, w firmie szefowie chcą zapiąć ostatnie plany na ostatni guzik, stąd też zlecają różne mission impossible akurat tuż przed świętami.
W końcu chcą dostać te premie świąteczne!
W domu okazuje się, że stare konflikty wcale nie zanikają tylko dlatego, że jest za pasem Wigilia i pada śnieg.
W dodatku w domu samo się nie posprzątało, a po zakupach wszystkiego zastanawiasz się, czy wystarczy Ci do pierwszego, i to stycznia!
Z zakamarków świadomości wypełza nieme przerażenie: jak ja kurna sobie z tym wszystkim poradzę, przecież już i tak jestem tak zmęczona/-y!

U mnie skończyło się otępieniem i trzydniową niezdolnością do pracy.
Jedyne miejsce, gdzie byłam miła i w miarę strawna to był ten blog (poprzedni siłą rzeczy też).
Poza blogiem byłam paskudną cholerą, ziejącą (mimo woli) ogniem i plującą (zupełnie nawet nie mając takiego zamiaru) co dwa słowa złośliwościami.
Nie ma co - obrazek mało przyjazny dla otoczenia i kompletnie nie nadający się do współżycia społecznego!

Jak mogłam ostrzegałam najbliższych i starałam się ich unikać, ale i tak udało mi się niestety wypowiedzieć o parę słów za dużo.
Przed poważniejszymi konsekwencjami pomogli mi się uchronić przyjaciele, którym mogłam się wypłakać i wyżalić na wszystko, co złe na tym świecie (nieważne, że za tydzień to samo będzie dobre! teraz było złe i wstrętne i basta).
Uchronił mnie też głęboki kontakt z samą sobą, bo sama umiałam spojrzeć na siebie z boku i w chwili największego zmęczenia czy zwątpienia powiedzieć sobie: idź sobie babo do kącika poleżeć, odpocząć. A jak się wyśpisz, odpoczniesz, to wszystko naprawdę samo z siebie już będzie dobrze.

Tak więc wracam z placu boju, na szczęście bez większych ofiar.
I życzę Wam, żeby Wasza depresja okołoświąteczna nie zebrała zbyt dużych ofiar w Waszym życiu!

Ufff! Dobrze, że już wszystko zaczyna się z powrotem układać!

Trzymajcie się w te Święta!
Wasza iw-nowa

* Zdjęcie wykonane w zeszłym tygodniu - graffiti na płocie okalającym budowę nowego Ratusza w Poczdamie

wtorek, 20 grudnia 2011

Góra

Dawno, dawno temu w moim życiu bywały sobie różne zawirowania.
Serce kochało nie tego, kogo trzeba.
Rozczarowania w życiu prywatnym zdarzały się aż za często.
Aż wreszcie powiedziałam sobie STOP!
To się wreszcie musi skończyć!
Dość melancholii i romantycznych nadziei. Dość naiwnego i kompletnie oderwanego od życia oczekiwania na cud.
Akurat byłam w górach, taką mam pracę, że losy czasem same mnie rzucą w dobre miejsce do odbycia pewnych praktyk, nazwijmy je pseudo-magicznymi.
Tak było i tego lata.
Wybrałam się tam jednego dnia, ale po przejściu części szlaku i porządnemu zmachaniu się zaniechałam tego dnia dalszego wysiłku.
Byłam kompletnie nieprzygotowana, mój plecak był pusty, nie miałam ani łyka wody, ani nic do jedzenia.
Była pełnia lata, więc żar lał się z nieba i po tej godzinie byłam bliska omdlenia z wysiłku i z braku wody.
Ale nie mogłam tego przecież tak zostawić.
Postanowiłam, że następnym razem nie odpuszczę!
Następnego dnia znalazłam się w tym samym miejscu na pięknym szlaku wiodącym przez ładnych parę kilometrów pod górkę, czasem ostro, czasem fragmenty trasy biegły łagodniej w górę.
Coś sobie obiecałam.
A mianowicie, że jeżeli wejdę pod tę górę to .... [i tu nastąpił opis stanu, w którym sobie samej złożyłam obietnicę się znaleźć]. Dla mniej mnie znających udzielę tylko wyjaśnienia, że bynajmniej nie chodziło to o zmianę stanu z wolnego na niewolny, ani też o zmianę ze stałego w płynny czy gazowy.
Chodziło o mój stan wewnętrzny, który u stóp tej góry wydał mi się jeszcze bardziej nędzny, niż w zetknięciu z codziennymi górami do pokonania.

I tak rozpoczęłam marsz.
Samotnie, bo samemu najlepiej zmagać się ze sobą.
Droga na górę dla niewprawnego wędrowca okazała się naprawdę trudną przeszkodą.
Brnęłam bardziej niż wspinałam się pod górę, dysząc ciężko i starając się nie wypić na dwóch pierwszych postojach całej butelki wody, którą miałam.
Wielokrotnie wyklinałam ten mój głupi pomysł i chciałam już usiąść gdzieś i zostać, a potem sturlać się bezboleśnie z góry.
Ale zawsze po paru chwilach wypoczynku na skraju szlaku, zbierałam jakoś siły i ponownie - choć powoli i z płucami niemal na wierzchu - stawiałam kolejne kroki pod górę.

W pewnym momencie zauważyłam, że dotarłam na pierwszy płaskowyż.
I już w tym momencie wiedziałam, że cała wyprawa się opłaciła.
Widok bowiem, który się przed moimi oczami roztoczył, był wart każdego zmęczenia, a moje w zetknięciu z tym cudem natury po prostu gdzieś tam sobie wyparowało.

Po tej przerwie podjęłam wędrówkę już wzmocniona pozytywnie.
Nabrałam równego oddechu i wyrównałam też tempo wędrówki.
Po kolejnych nieskończenie długich chyba dwóch godzinach weszłam na sam szczyt, czyli tam, gdzie sobie obiecałam...

Na szczycie przywitało mnie mnóstwo pięknych widoków, które starałam się złapać w obiektyw.
Kilka z tych zdjęć się zachowało :)




















Jeśli ktoś rozpoznał, to potwierdzam.
Tak, to tzw. Błękitny (czy niebieski) Szlak w Karkonoszach wiodący od Karpacza do Schroniska nad Jeziorem Mały Staw.
Wiem, wiem. Wielu z Was powie, że to nie tak znów trudny szlak.
Ale ja nigdy przedtem nie wędrowałam.
W zasadzie to nawet nigdy potem :)
Chyba że na długie spacery.
W schronisku było tylu chętnych, że nie doczekałam się na moją herbatę.
Za to ze świadomością sukcesu, że cały ten szlak przeszłam samotnie, a raczej samodzielnie, bo pozdrawialiśmy się z uśmiechem ze wszystkimi napotkanymi po drodze wędrowcami.

Piękne było to, że niedługo potem powoli i z wysiłkiem, ale systematycznie większość węzłów gordyjskich w moim życiu zaczęła się rozwiązywać.
Nie powiem, miałam w tym swój duży udział, to nie tak, że coś się działo samo.
Ale to właśnie te ileś lat temu, po przejściu tego właśnie szlaku uwierzyłam, że w moich rękach spoczywa MOC, żeby podążać od tej pory właściwym i pięknym szlakiem.
Nie zapomniałam też, że na szlak mam być przygotowana i samodzielna oraz samowystarczalna.
I powiem Wam, że parę takich prób sobie w życiu zrobiłam i po każdej czułam się silniejsza.
Metoda pewnie znana i nie sądzę, żebym odkryła tu Amerykę, podejrzewam nawet Akularka o podobne zamiary w Jej zdobywaniu szczytu ale każdy tak naprawdę sam musi dojrzeć do swojej GÓRY i najpierw WIEDZIEĆ, dlaczego chce na nią wejść. A jeśli nawet dokładnie nie wie, to po to, żeby przez samo wejście mocniej uwierzyć w siebie!
To tyle wspomnień.
Życzę Wam Kochani miłego tygodnia, mnie czeka w tym tygodniu jeszcze sporo pracy, więc pewnie pojawiać się będę niezbyt często, ale ucieszy mnie każda Wasza wizyta i każde wpisane słowo :)!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Dzień przejścia

Wygląda na to, że nie ma na co czekać, tylko czas już przejść na tego bloga.
Witam więc Was wszystkich w moich NOWYCH PROGACH i zapraszam do wspólnej przygody z blogowaniem, a raczej do jej kolejnego miejsca w sieci.

Cóż, póki co przepraszam Was za surową formę i nie obiecuję, że będę pisać bardziej regularnie.
Ale to już o mnie wiecie.
Ale chciałabym bardzo zaprosić tutaj tych z Was, którzy polubili iw-migawki i którym dobrze było ze mną dotychczas.
Postaram się, żeby i tu stworzyć miłe miejsce dla Was i dla siebie. :)
Na początek może zaproszę Was na wspólny spacer po Wilanowie.
Same obrazki, bez opisów. Tych znajdziecie dość w różnych miejscach :)




Więcej zdjęć TUTAJ, a za jakiś czas może dodam jeszcze parę nowych, bo to oczywiście nie wszystkie zdjęcia, które zrobiłam tam tej jesieni czy zimy...

czwartek, 15 grudnia 2011

Ze zwariowanego zlecenia wprost do Niego

Dziś piszę z daleka. Zostałam porwana na skrzydłach samolotu w podróż zawodową.
Cały dzień spędziłam tak intensywnie, że ledwo żyję.
Ale teraz to nieważne. Teraz idę się myć, a potem wpadam od razu w Jego ramiona! :)
Dobrej nocki!

środa, 14 grudnia 2011

Jak by tu zahamować

Rano rozdzielam z trudem sklejone jeszcze zeszłodobowym przemęczeniem półprzytomne powieki.
Czasem przedrepcze się po mnie kot.
Pomrukując odbiera mi resztki ochoty do pracy i pozwala uwierzyć, że wewnętrzny leń to sprawka kota.
Cieplutkie futerko zwija mi się w kokon na brzuchu.
Nie wstaję, dopóki leży spokojnie.
Drzemka przyjemna jest i pozwala rozluźnić mięśnie.
Kończę dosypiać jakiś sen, przerwany naciskiem na pełny pęcherz po nocy.
A potem dzwoni On.
W uszach dzwonią różnymi melodyjkami wszystkie telefony podpięte do sieci w różnych pomieszczeniach.
Odbieram, dobrze mi słyszeć Jego głos.
Zza zakrętu świadomości dobywa się z lekkim niedowierzaniem świadomość, że jutro już Go zobaczę.
Uśmiecham się.
Kot zaczyna poranną toaletę, zarzucając łapę na szyję i liżąc futerko w jakimś przekomicznym wygibasie.
Ciepło futerka ustępuje miejsca naciskowi na pęcherz, przypominając o konieczności rozpoczęcia codziennego rytuału.
Wreszcie kot wstaje, pies od razu też. Przeciągając grzbiet daje mi wyraźnie do zrozumienia, że czas na jego poranne siusiu.
Toaleta. Mycie zębów. Potem narzucam szlafrok i schodzę wypuścić oczekującą na wpół zaspaną dwuzwierzątkową drużynę.
Zanim wróci pies, mam pozmywane lub posprzątane wszystko w kuchni, co zostało z poprzedniego dnia.
Kiedy wraca pies, jestem już gotowa, żeby rozpocząć dzień: ubrać się, rozbudzić, wstawić herbatę lub kawę i włączyć kompusia.
W zależności od tego, co tam na mnie czeka za zlecenie, albo przeciągam się z uśmiechem, albo zaczynam prawie od razu kląć, na tego kto to w oryginale pisał.
Czasem łatwiej żabę zjeść, niż przetłumaczyć taki nieprzemyślany badziew!

Ale co się tam będę stresować.
Dziś już mi się udało odreagować, wyżalić się ze wszystkimi swoimi problemami jak za dawnych dobrych czasów u Mamusi. I to nie tak, że niedojrzała jestem i takie tam :)
Po prostu Ona dziś miała humor, żeby wysłuchać, a ja miałam potrzebę, żeby to z siebie wyrzucić.
W sumie czasem takie pogaduszki są lepsze od środków "na nerwy".
Najlepiej i tak mi robi rozmowa z przyjaciółką, jedną z trzech lub z przyjacielem moim.
A czasem osobiste kopnięcie się w moją osobistą na cztery litery, rzucenie soczystym niby świeże jabłuszko przekleństwem i heja!
A kiedy już uporam się z problemami to i humor poprawia się niczym z automatu.

BLOG
A skoro już jestem przy blogu, to teraz będę sobie pisać, kiedy dusza zapragnie.
Jestem gadułą i przepraszać za to nie widzę powodu.
Walczę z totalnym wodolejstwem, ale kiedy coś trzeba powiedzieć, to trzeba i już.
I jestem tu bardziej po to, żeby się wypisać i żeby sobie w głowie pewne rzeczy tym sposobem uporządkować.
Czasem napiszę jedno zdanie, jedno słowo.
A czasem pojadę po całości!
I już!

Mamusia z wyobraźnią

Rozmowa dziecka z mamusią w IKEI.
Stoją przy komodach. Malec, dziecko może 4-, może 5-letnie akurat z wielkim zainteresowaniem zapoznaje się z metalowymi szafeczkami.
Mały: - Mamo, ale ja chcę tę szafeczkę!
Mama: - Kochanie, nie kupimy tej szafeczki.
Mały: - A dlaciego?
Mama: - Wiesz co, tę szafkę kupimy sobie tylko, jeżeli kiedyś nas zamkną w więzieniu. Dopiero tam będzie pasowała!

wtorek, 13 grudnia 2011

iw-od-nowa


Tak naprawdę chciałam uciec.
Zniknąć.
Wykasować się.
Dokonać osobistej emocjonalnej trepanacji czaszki usuwając stamtąd bloga i wszystko, co z nim związane.
Skończyć z tym całym blogowaniem.
Zawiesić pisanie na kołku...
I zająć się nareszcie poważnym życiem, mam przecież i tyle pracy, i tyle prania, i sprzątania...
Google znów zmieniły jakieś ustawienia i okazało się, że nie widać już nawet publicznie moich zdjęć.
Skorzystam więc z mojego innego oficjalnego konta i przeniosę tutaj tlące się jeszcze moje blogowe życie...
Nie wiem, co będzie z moimi poprzednimi MIGAWKAMI.
Nie udało mi się na razie niczego stamtąd skopiować i nigdzie zabezpieczyć.
Ale nie chce mi się dłużej kopać z koniem.
Wysyłałam maile z moimi dokumentami, nie poskutkowało, nie odblokowali mojego konta, chcą zablokować bardzo ważną część mojego życia.
Ale nie muszę się z tym zgadzać.
Dlatego tamten blog pozostaje w formie nienaruszonej.

Długo nad tym myślałam i podjęłam decyzję.
Tak. Dalej chcę pisać.
Czy jako iw, czy jako iw-od-nowa.... Przecież to nie ma żadnego znaczenia!

Bo pisanie w dowolnej chwili czegoś od siebie sprawia mi radość.
Poza tym dzięki blogowi poznałam tyle fantastycznych osób, które bez bloga nigdy nie stanęłyby na mojej drodze.

Ale skoro mam zaczynać od nowa, to pewnie i pisać będę trochę inaczej.
Bo przez ten zeszły rok uwierzyłam, że naprawdę WSZYSTKO jest możliwe.
Nie, nie wylądowałam w żadnej sekcie, nie przeszłam też prania mózgu.
Dotarło do mnie jednak, że warto dalej dzielić się radością, która do mnie dociera przy każdej okazji.
A jeśli przekażę trochę dobrej energii chociaż jednej osobie, to będzie pełny sukces!
A co dalej - kto to dziś wie.

Czasem warto zrobić po prostu coś, na co ma się ochotę, nie oglądając się ani za siebie, ani nie starając się przewidzieć wszystkiego, co nas może w związku z tym czekać!

Tak więc od dziś będę pisać tutaj.
Jeszcze nie wiem, czy komuś powiem o tym nowym miejscu, tego też nie będę planować.