Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

czwartek, 26 stycznia 2012

Pies i kot, historia w obrazkach

Przepis na historyjkę obrazkową w pięć minut:
Wziąć: psa, kota, kulkę ze zgniecionej zużytej folii aluminiowej.
Wyjść na trzy minuty.
Efekt zabawy poniżej:





Chyba nie muszę nic dodawać?
Może tylko to, że kot taką kulką, oczywiście w całości, potrafi się bawić, grając nią i robiąc uniki wokół wszystkich mebli, wciskając pod kanapę, pod lodówkę, pod kuchenkę, i wydobywając ją stamtąd, przenosząc w mordce itd. Jednym słowem przelatuje niczym burza przez całe piętro, my to nazywamy kot na napędzie kulkowym :).
Czasami piesio mu chyba jednak zazdrości...
Jak widać na załączonym obrazku.

Do roboty, dość narzekania!

No to sobie ponarzekałam i pomarudziłam.
Mnie też wolno czasem.
I tak, kiedyś nawet pisałam taki tekst Izoldo, o tym, że trzeba uważać o czym się marzy :), bo marzenia się spełniają i potem nagle może się okazać, że marzenie było lepsze od spełnienia.

Jednak na koniec tego ponurackiego dnia stwierdziłam, że zdarzyły mi się same dobrze rzeczy.
- Odśnieżaniem zajęła się Latorośl i nawet Mama wpadła pomóc!
- Ponure myśli podzielone na dwa (wygadane i wysłuchane) okazały się o wiele mniej ponure.
- Jak się okazuje, po krótkim nawet namyśle można już nawet w myślach rozwiązać większość tzw. problemów, czyli po prostu zmienić perspektywę patrzenia na nie.

Ujęliście mnie swoimi spostrzeżeniami i mądrością, za co Wam dziękuję.
Faktycznie Iva - jednego dnia nasze działanie wydaje się nam całkowicie uzasadnione i dobre.
Za kilka lat się zmieniamy, zmienia się też nasz punkt widzenia, dochodzą kolejne doświadczenia.
I właśnie wtedy niegdysiejsze marzenia mogą przerodzić się w obciążenia.
Żeby coś zmienić najpierw jednak trzeba poczuć, że nas coś uwiera.
Stwierdziłam i myślę nad rozwiązaniami.

A poza tym w tej chwili jestem w trakcie wymyślania nowych marzeń, a raczej robienia planów.
Pierwszy punkt na tym planie brzmi:
-  skończyć wreszcie ten wielki tekst, który mnie przykuł do kompa, że nie mogę wstać, przez co mi grozi depresja!
Dalej już jakoś pójdzie!

Tak, macie rację, taras w lecie i kawa na tym tarasie to jedna z najwspanialszych rzeczy.
Latem posiadanie domu jest jedną wielką radością.
Ale skoro zaczęło mi to już ciążyć (głównie ten za duży metraż), to znaczy, że zacznę myśleć jak i coś wreszcie zmienię.

Klarko - piękny pierścionek to ja już nawet mam, ale to nadal nie rozwiązuje sprawy zatrudnienia i utrzymania się razem w jednym kraju, tym bardziej, że oboje mamy jeszcze dzieci na utrzymaniu i takich decyzji nie podejmiemy na ryzyko.
Wbrew pozorom nie każdy Niemiec łatwo znajdzie pracę w Polsce i nie każdy tłumacz niemieckiego może z miejsca mieć tak samo dobry rynek za Odrą, jak u nas.
Poza tym tutaj już wszystko wiem, znam, mam poczucie, że się poruszam sprawnie. I przez lata pracowałam na tych klientów, co wracają do mnie teraz czasem po dwóch, czasem po pięciu latach.
To też jest potencjał nie do przecenienia.
Tego nie tworzy się z dnia na dzień!

To co napisałam w poprzednim poście zostało poruszone jedynie po łebkach, a prawdziwe przyczyny niezadowolenia tkwią właśnie w takich niemożnościach, które składają się w sumie na spory garb.
Ale parafrazując Twoje słowa Pkanalia: często mniej znaczy więcej.

Nie zapominajmy jednak, że jestem KOBIETĄ!
To, co jeszcze wczoraj rano wydawało mi się sytuacją bez wyjścia i czarną dziurą, teraz już mieni się wszystkimi kolorami tęczy i każdy problem ma wypracowane przynajmniej 10 rozwiązań!
W końcu od czegoś jestem kobietą, Istotą Multimedialną z konieczności :) i w odróżnieniu od Mężczyzny, Istoty Jednozadaniowej.

Najlepiej obserwuję zmiany, oglądając zdjęcia.
Właśnie spojrzałam na album z zeszłego roku z końcówki roku i ze stycznia.


I co zobaczyłam?
- Ważyłam około 8-9 kg więcej niż teraz.
-- Dziś wyglądam o wiele szczuplej i ładniej oraz czuję się o wiele lepiej, jednak kobieta i jej ciało powinny wzajemnie o sobie pamiętać!
- Dom z zewnątrz był mocno zniszczony, tarasy przeciekały, a piwnice były w opłakanym stanie.
-- Teraz dom jest po remoncie, wszystko wygląda o wiele ładniej, nic nie cieknie!
- Urządziłam sobie wtedy po raz pierwszy naprawdę wygodne i przestronne miejsce do pracy, w którym siedzę i teraz też piszę.
-- Dopiero jednak pod koniec roku zrobiłam pokój przyjęć dla klientów, dzięki czemu wyprowadziłam biuro z mieszkania do ładnie urządzonego pokoju w piwnicy.


Zmieniło się sporo, tylko mnie z przemęczenia perspektywa wysiadła.
Uprasza się o wybaczenie za zaistniałe zakłócenia obrazu!
A jeżeli mnie czasem wszystko zmęczy, wynajmę sobie łódkę, o taką:
I posiedzę tam, aż uspokoję myśli.
Dobranoc Państwu! :)

środa, 25 stycznia 2012

Co dalej z tym wszystkim



Z zamierzchłej przeszłości
Kiedyś, wiele lat temu, jeździłam do i z pracy autobusem.
Spędzałam tam wiele godzin, potem jeszcze stałam w autobusach i tramwajach w korkach, wreszcie w pobliżu domu w megasamie robiłam zakupy i przynosiłam w ręku do domu.
Po drodze odbierałam dziecko z przedszkola albo wracało ze szkoły.
Trzeba było ugotować albo chociaż podgrzać dziecku obiad.
Po południu czasem jeszcze coś przetłumaczyć.
Mieszkałam na najwyższym piętrze wieżowca w dwóch pokojach z kuchnią.
Miałam ładny widok z okna, ale było trochę za głośno i z czasem zrobiło się za ciasno.
Mimo wszystkich obowiązków znajdowałam czas na szycie, dzierganie z włóczki, rysowanie, było go też więcej na czytanie książek.
Wieczory przeważnie były dla mnie.
Chodziłam do kina, bywałam częściej w teatrze.
Mogłam raz na jakiś czas iść pokupować sobie ciuchy, choćby na wyprzedażach czy w jakimś ciuchlandzie.
Udawało mi się wyjść spotkać się z przyjaciółmi.
Miałam czas na randki (a i takie potrzeby wtedy też miałam) i na wszystko, co z tym związane.
Żyłam na pewno skromniej niż dziś, ale sporo się śmiałam i spędzałam więcej czasu z przyjaciółmi.

Marzenia
Przez lata, odmawiając sobie drogich urlopów, ciuchów i innych ekstrawagancji, pracowałam na nasz własny DOM. Wreszcie kupiłam taki, na jaki mnie było wtedy stać, czyli do remontu.


Spełnienie marzeń ... ?
Teraz mieszkam w domu w spokojnej okolicy, mam metraż aż nadto wystarczający, do tego ogródek, na który nie wystarcza mi siły i energii.
Od lat poruszam się przeważnie samochodem, nadal czasem zdarza mi się stać w korkach, ale nie udaje mi się najczęściej znaleźć miejsca przy ciekawych sklepach w centrum miasta albo jeżdżę do czy przez centrum dopiero późnym wieczorem, ponieważ wcześniej ciężko i przez wiele godzin pracuję.
Zarabiam o wiele więcej, niż kiedyś, ale wystarcza mi na mniej.
Na utrzymanie i remonty domu idzie większość zarobionych pieniędzy.
Dlatego więcej pracuję i mam na wszystko mniej czasu.

Owszem, czasem mogę sobie pozwolić na zakup jakiegoś ciucha, ale przede wszystkim wzrosły koszty utrzymania, zanim więc wydam złotówkę, oglądam każdą z każdej strony.
Owszem, bywa że jadę na urlop do ciepłych krajów (z Córką byłam dopiero raz, dwa lata temu), ale na wyjeździe za bardzo już nie możemy poszaleć i pokupować sobie na luzie różne pamiątki, raczej i tam żyjemy raczej oszczędnie, korzystając w pełni z wersji all inclusive, ale nic ponadto.
Owszem, nareszcie mam przestrzeń w domu, w której mam miejsce na wszystko i nie narzekam, że czegoś nie mogę upchnąć, najwyżej, że czegoś nie mogę znaleźć.
Owszem, mam wreszcie wymarzoną sypialnię i gabinet do pracy.
Ale chyba życia, środków i sił zabraknie, żeby wykończyć wszystko tak, jak mi się podoba.
Owszem, mam garaż, ale podjazd do garażu zimą muszę sama odśnieżać i kosztuje mnie to mnóstwo czasu i energii.
Owszem, Córka też ma więcej miejsca, niż miała w naszym małym mieszkaniu, ale za to nie mogę jej zafundować co roku wyjazdu na wakacje ani kupować więcej ładnych rzeczy.
Owszem, jest wiele plusów, ale nie same.

Są też liczne minusy.
Prawie nie spotykam się ze znajomymi, dobrze że są chociaż bezpłatne numery.
Prawie nie chodzę do teatrów, ani do kina, ale gdybym chciała, jestem w stanie to zmienić (tylko sił i energii nie wiadomo czy wystarczy).
Nie nadążam sprzątać tego metrażu, ale aż tyle nie zarabiam, żeby móc sobie pozwolić na pomoc domową (albo nie umiem zmienić w sobie tego podejścia).
Większość czasu spędzam na sprzątaniu i zamiataniu oraz odnawianiu domu, a i tak samochód ciągle prawie brudny.

Coraz częściej marzę o mniejszym domu albo o mieszkaniu.
Psa bym musiała wyprowadzać, z kotem też byłby problem.
Nie wiem też, czy umiałabym się ot tak po prostu przestawić na życie w mieszkaniu z tyloma innymi ludźmi przez ścianę.
Nowy dom czy mieszkanie trzeba by było wykończyć, lokum z rynku wtórnego - znów remontować, podczas gdy tu w dużej mierze większe remonty już mam dokończone.
Może miałabym wtedy więcej czasu na pobycie z moim przyjezdnym mężczyzną...
Ale jaką mam gwarancję, że tym razem trafię na lepsze sąsiedztwo?

Ostatnio coraz częściej myślę, co dalej z tym wszystkim.
Nie, nie oczekuję porad, sama nie wiem, czego oczekuję. 
Pewnie na przemyśleniach się skończy, bo nie za bardzo w tej chwili widzę wyjście z tej sytuacji.
Rynek nieruchomości stoi, a więc i sprzedaż na rynku wtórnym może być trudna, chyba że na bardzo niekorzystnych warunkach. A co potem?
Wychodzenie z psem, znów problem z miejscem itd.
Poza tym im jestem starsza, tym bardziej nie chce mi się niczego zmieniać.
Ale z trzeciej strony, jeżeli nic nie zmienię, to czy nie będę tego za parę lat żałować?


To dlatego tak się czasem zamyślam i jestem mało kontaktowa.

wtorek, 24 stycznia 2012

Koniec świata, jaki znamy?

Od paru dni huczy cały internet i wszystkie media, w zasadzie każdy wokoło mnie ma na ten temat jakieś zdanie, postanowiłam więc przeczytać nieco więcej na temat:

"Dlaczego ACTA jest niebezpieczna"

Znajdziecie tu podstawowe uregulowania, te najbardziej budzące grozę i niepokój.
Ja znalazłam jeszcze podstawy obłudy niektórych ugrupowań, które to jeszcze przed paroma dniami były za, a teraz nagle głośno chcą wyglądać, jakby były przeciw.
Warto przeczytać.

Niby to nie wprost koniec świata, ale może to miał na myśli autor kalendarza Majów, kończąc swoje zapiski na roku 2012...

Przyznam, że po przeczytaniu tych paragrafów zamarła mi krew w żyłach.
Bo jeśli dojdzie do tego, że będę musiała udowadniać, że publikuję "moje teksty, moje zdjęcia, moje kolaże i inne moje własności intelektualne", a do czasu udowodnienia będzie mi można zablokować nawet moją stronę internetową, przejrzeć mój ruch sieciowy na serwerze czy skonfiskować komputer, to gdzie tu w takim razie są przepisy o nadrzędności ochrony danych osobowych?

Jestem jak najbardziej PRZECIWNA okradaniu twórców!
Na ich miejscu też bym się zżymała, jeśli moje utwory w jakiejś dziedzinie krążyły sobie wszędzie bez mojej wiedzy i gdyby ktoś robił na tym pieniądze zamiast mnie. Za to nikt nie kupowałby już oficjalnie moich utworów na rynku.
Ale wprowadzanie tak dotkliwych restrykcji, zagrażających wolności człowieka w podstawowym zakresie to cofnięcie się do czasów inkwizycji.
Zresztą - nic nowego na ten temat nie napiszę, lepsi ode mnie już napisali i podpisali.

Zamiast wniosków zamieszczam skan reakcji Wójta Gminy Kraszewniki na atak na stronę gminy:

Nie ma to jak powaga urzędu...


AKTUALIZACJA z 25.01.2012 godz. 17.53

Odpowiem Wam wszystkim, bo tematu i tak nie wyczerpiemy.
Jestem tym wszystkim póki co przerażona.
Wiedząc , jak działają sądy w Polsce, już widzę te durne sprawy, kiedy jeden złośliwy donos może zniszczyć człowieka i to akurat tego, który na to najmniej zasługuje.
Te wszystkie efekty uboczne są dla mnie nieprzemyślane i powinni się tym zając naprawdę mądrzy ludzie, przemyśleć wszystkie konsekwencje.
Teraz mam wrażenie, że wylewają dziecko z kąpielą na zasadzie: w praniu się zobaczy!


Już jako blogerka przeżyłam zablokowanie mi profilu na Google +.
Dlatego przeniosłam po raz kolejny bloga.
Żadne wysyłanie dokumentów tożsamości nic nie dało!
Nikogo nie obchodzi, że jeden człowiek utracił możliwość dzielenia się sobą z bardzo dużą grupą innych ludzi.
Tak samo nikogo nie obejdzie to, co się stanie ze kimś innym, kiedy ktoś zrobi mu świństwo i "wystawi" jakimś służbom.


Pogrążamy się w jakimś totalitaryźmie i w dodatku mam wrażenie, że stoimy dopiero na skraju równi pochyłej.


Póki co jeszcze tu jestem.


Zobaczymy, co będzie jutro.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Odśnieżanie po męsku

W weekend nareszcie sobie trochę odpoczęłam.
Było to już absolutnie koniecznie, bowiem na widok komputera dostawałam tików nerwowych i zaczynałam się jąkać. Co gorsza ręce mi się trzęsły i widziałam poważne zagrożenie, że z powodu tej trzęsionki mój laptop zostanie doniesiony do okna, z którego z hukiem go wy.... no wywalę oczywiście.
Obserwując z niepokojem to zjawisko złości na niczemu nie winne narzędzie pracy i obawiając się konsekwencji jego utraty, postanowiłam trzymać się od niego z daleka.
Nie ma to tamto, nawet od blogów a kysz!
Trochę czasu za to spędziłam w kuchni piekąc różne mięsiwa, żeby najbliżsi mieli się czym pożywić.

Żeby jednak odpocząć, trzeba czasem pomocy.
I tu jest miejsce na opowieść o moim dzielnym Mężczyźnie, który przybył, aby mnie uwolnić z krainy śniegu.
Mój odpoczynek znacznie ułatwiła pomoc Mark, który przybył, zobaczył i zwyciężył zwały mokrego, ale nie chcącego stopnieć śniegu zalegające na ulicy, na podjazdach, tarasach i ścieżkach:




Najbardziej imponujące było dla mnie usypanie tych dwóch gór ze śniegu na ogródku, na który zdecydowaliśmy się zwozić śnieg, żeby nie stał i nie roztapiał się w zacienionej strefie za domem.
Raz nawet na śnieżnej barykadzie ledwo uszedł z życiem kot, który już-już miał zostać zasypany taczką pełną śniegu.

Kiedy moje Szczęście to wszystko odśnieżyło i zwaliło w taki oto sposób, okazało się, że nasz wspólny weekend dobiegł końca. A potem znów biegiem na dworzec i znów setki kilometrów między nami.
Mark przyznał, że dobrze mu zrobił ten wysiłek fizyczny, to coś, czego mu brakuje na co dzień, kiedy wraca z pracy do swojego mieszkania.

A całkiem na koniec, skoro już jesteśmy przy zimowych krajobrazach, pokażę Wam zdjęcie naszego kota sprzed kilku dni. Nie mam pojęcia, jak on tam wlazł, ale za to później patrzyłam z przerażeniem, jak próbuje schodzić po rynnie. Do domu wrócił, więc jakimś cudem się to udało :)

Nieodłącznym towarzyszem całego procesy odśnieżania był stojący na straży Pies, bez którego żadne odśnieżanie się nie liczy!


Z pewnością czujni czytelnicy zauważyli, że wszystkie zdjęcia zostały zrobione z wygodnej pozycji z domu albo najwyżej z tarasu.
Na tym kończę opowieści o weekendzie i zaczynam nowy tydzień w nieco lepszej formie.
I to jest pierwsza zmiana: po raz pierwszy od dawna w weekend postanowiłam i odpoczęłam!
Miłego tygodnia Wam życzę!

piątek, 20 stycznia 2012

Potrzeba zmian

Za dużo obowiązków.
Za mało czasu dla siebie.
Chwile, które mijają bezpowrotnie w towarzystwie błyszczącego błękitnego ekranu, jednego czy dwóch.
Zapał do zrobienia czegoś wyjątkowego, który mija gdzieś bezpowrotnie pomiędzy kolejnymi stronami i godzinami spędzonymi pomiędzy słowami - nie moimi.
Za mało czasu dla siebie, dla nas. Zbyt mało czasu na rozmowy i do tego, żeby dać sobie czas, czyli to co najważniejsze.
Szkody można porównać do powolnej, ale nieubłaganej erozji.
Po pewnym czasie nie chce się patrzeć w lustro, bo widok już nie cieszy.
Do dziś nie świętowałam wspaniałych efektów diety.
Jedynie te kolorowe dżinsy...
W międzyczasie mijają jedna za drugą chwile pełne harówki, bez chwili zastanowienia czy refleksji nad czymś więcej.
Obóz pracy.

Wreszcie ostra reakcja - mam dość.
Konieczne są zmiany.
Nie tak to przecież miało wyglądać!
W odpowiedzi na przemęczenie jeszcze później idę spać.
Zasnąć też trudno.

Znów sypie śnieg.
Brak takich obrazków, jak powyżej.
Brak koloru.
Brak lasu, nieba, drzew i gwiazd.
Bezsilność, że znów wszystko jest ważniejsze.
Pytania, wiele pytań o sens.
Przypomina mi się płyta autorska kolegi - dawnego przyjaciela... Zagubieni w sensach.

Od kiedy nie słuchałam muzyki? Chyba dawno.
Gdzieś tam w tle czasem czytam, ale nawet nie mam czasu o tym z nikim porozmawiać.

Balon pękł, kiedy prawie że rozleciało się coś niesłychanie ważnego a przyjaciółka powiedziała mi nareszcie dziś przez telefon, że spodziewa się dziecka
Nie miałam czasu spotkać się z nią od października.

Konieczne są zmiany - kosztem wszystkiego, co można odłożyć.
Na pewno chcę znów poczuć, że mam po co żyć, zamiast tylko żyć, żeby pracować.

Mam nadzieję, że pomoże mi w ty, jak do tej pory pewien własnoręcznie dla mnie zrobiony Aniołek od Creative Asik. Co ciekawe, dostałam do i napisałam o nim równo ROK TEMU, 20 stycznia 2011 roku.
Dzięki Ci Asiku, myślę, że przyniósł mi sporo szczęścia :)
Myślałam, żeby o nim napisać już od dłuższego czasu, aż tu nagle bach - piszę sobie dziś, sprawdzam datę i wychodzi mi dokładnie 365 dni (chyba że 2011 był rokiem przestępnym, ale nie przypominam sobie, żeby tak było).
Aniołek przez cały czas leży sobie na parapecie obok mojego biurka. Trochę się boję, czy nie rozwali go skaczący tam kot, ale póki co Aniołek jest cały i nadal uśmiecha się do mnie.

wtorek, 17 stycznia 2012

Kot w szufladzie, ja w lesie z większością spraw


Z całą pewnością ostatnio zaniedbuję bloga.
Ale w sumie cieszę się, że z takich powodów, jakie są.
Jak nigdy mam od początku stycznia całą masę zleceń, które ledwo co udaje mi się ogarnąć.
Zmęczona jestem jak pies, ale nie mój, bo mojemu to się dobrze powodzi.

Na dziś właśnie dopiero co skończyłam pierwszą porcję pracy, którą jeszcze muszę dokładnie przeczytać, zanim oddam jutro Klientowi.
Czekają mnie jeszcze dwa inne teksty, ale zanim do nich usiądę, zasłużyłam na chwilę odpoczynku.
Na biurku czeka też jeszcze jeden kobylasty tekst.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że rosnące ostatnio ceny na wszystko sprawiają, że większa ilość pracy nie przekłada się na wzrost stopy życiowej.
Tak więc jestem zjechana, nie mam siły ani czasu na nic, a w efekcie mam opłacone rachunki i zrobione podstawowe zakupy. No może czasem wywołam trochę zdjęć, ale to przecież nie powinno zachwiać moim budżetem! Za to na pewno wpłynie na niego poważnie kolejny rachunek za gaz, bo zaczęło być mroźno i trzeba będzie ten piec chyba trochę podkręcić, bo codziennie niestety od tego siedzenia przy kompie czuję, że marznę.

No cóż, inni też nie  mają lekko.
Za to chcę się pochwalić, że urządziłam sobie wreszcie małe foto-atelier (zawsze to chciałam powiedzieć, więc wybaczcie tę szumną nazwę :).
Polega ono na tym, że znalazłam w jednym pokoju (wbrew pozorom to wcale nie jest łatwe nawet w całkiem sporym domu) jedną prawie całkowicie wolną ścianę (kinkiet i obraz się nie liczą, jeden można zasłonić, drugi ewentualnie zdjąć). Stoi przy niej wprawdzie lekka ikeowska ława, ale to nie problem, żeby ją przesunąć lub czymś przykryć.
Z pomocą Dziadka zawiesilim na tejże ścianie karnisz z dwiema rurkami.
Na tym karniszu zawisną już niedługo różne kolorowe materiały: kupowane na wyprzedażach zasłony i firany, albo zbierane przez lata materiały.
Będą one stanowiły tło dla zdjęć, które teraz już będę mogła bez problemu w tym pokoju robić.
Znajdzie się tu jeszcze miejsce na statyw i na pudło z tymi materiałami.
A reszta to już będzie jedna wielka improwizacja.
Bo wiadomo, że oprócz niezłej lustrzanki dla amatora i niezłego oka fotograficznego nie posiadam specjalistycznego wyposażenia, choćby porządnej lampy.
Co nie znaczy, że tak to zostawię.
Postanowiłam mianowicie skorzystać ze starego wyposażenia!
Mam jeszcze stare lustrzanki - tatową i moją.
Filmy kolorowe czy czarno-białe nadal jeszcze można kupić i wywołać w każdym lepszym zakładzie foto. Będę jednak po latach nieużywania najpierw zanieść te aparaty do punktu serwisowego, bo wszystko mają zakurzone i domyślam się, że w tym stanie na niewiele się zdadzą. Mam jednak też do nich lampę błyskową, naprawdę porządną. Powolutku będzie sobie trzeba pewne rzeczy przypomnieć, a o innych doczytać, bo nie wszystkich nauczyłam się od Ojca.
Może być, że do tego dojdę dopiero za kilka tygodni lub miesięcy, ale najpierw trzeba przecież robić tym, co się ma. Tak więc oddalam się odpocząć na chwilę od komputera, bo już mnie oczy bolą.

Uczciwie będzie na koniec przeprosić tych wszystkich z Was, których nie odwiedzam (czyli 99-100%), bo to co w porywach się nie liczy.
Taki już mam czas.
Zapewniam Was, że zaglądam w nielicznych wolnych chwilach do każdego z Was, które widnieje na liście moich ulubionych blogów. Póki co bez śladu, ale nawet na własnym blogu najczęściej nie bywam.

Korzystając z okazji chcę Was wszystkich pozdrowić i zapytać, czy już się przyzwyczailiście do nowego roku, czy jeszcze nadal piszecie jedenastkę na końcu? Mnie się chwilami zdarza, ale rzadziej niż dotychczas.
Stałam się chyba bardziej praktyczna i jestem większą realistką.
Co nie znaczy, że czasem nie mam zachciewajki, żeby tak wszystko spakować w niewielką torbę, zarzucić na siebie jakiś płaszcz i pojechać na dłuższą chwilę gdzieś daleko w siną dal.
Bez zasięgu, bez komputera, bez wszystkiego, co mnie tu trzyma.

Ale marzyć to ja sobie mogę, a póki co rzeczywistość trzyma mnie mocno w karbach dokładnie w tym miejscu, w którym jestem tu i teraz.
Dodatkowo trzyma mnie kot i pies. Kot w przerwach przeszukuje szuflady, a ja przeszukuję je w poszukiwaniu rzeczy, o których zapominam najczęściej tuż po ich włożeniu do tychże szuflad, z czego wniosek, że tych rzeczy mam już po prostu zbyt wiele.
No i cóż.
Nie dość, że piszę rzadko, to jeszcze nie umiem skończyć. Czas na mnie!
Pozdrowienia dla Was :)

piątek, 13 stycznia 2012

Wiatr

Wiatr
Straszny wiatr się zaczął na dworze jakąś godzinę temu.
Nawet w moich nowych, najbardziej szczelnych w całym domu oknach, świszczy i piszczy, jakby miały dziury na pięść.
Boję się takiego wiatru.
Bo co będzie, jeśli wiatr taki silny, że mi talerz tv sat na dachu zwieje... w dodatku wieje w taką stronę, że mogę komuś dom uszkodzić. Jeszcze gdyby ten talerz poleciał w stronę hmmmm niezbyt lubianą, to by jakiś pożytek z tego chociaż był, a tak - dobrym ludziom może zaszkodzić.
Co chwila wyglądam za ogrodzenie, gdzie stoją śmieci segregowane, jutro odbiór. Oby ich też nie zwiało - na szczęście jest pełny, bardzo wypchany worek, długo się ciągnęły ostatnie ponad 4 tygodnie. Póki co worek stoi.
Zwierzęta też przeżywają - kot nerwowo wylizuje łapki, piesio podrywa się na mocniejsze powiewy.
Poza tym takie wiatry na pewno wielu ludziom zniszczą ich dobytek.
Mojej koleżance po takim wietrze kiedyś kawał dachu zerwało.
Dobrze przynajmniej, że samochód w garażu.
Jutro piątek poza tym, a mnie czeka dużo pracy.

Bezsenność i dobre pomysły, na które wtedy wpadam
Ostatnio w niektóre noce nie mogłam spać - wymyślałam, jak stworzyć domowe studio foto w jednym z pokojów, gdzie jest jedna prawie wolna ściana. Wymyśliłam, jak będę zawieszać różne materiały na tło na ścianę. Muszę tylko dokupić parę elementów do tymczasowego montażu tych materiałów w wygodnej do użycia postaci.
A materiałów w swoim życiu nazbierałam sporo, bo kiedyś miałam fazę "od dziś będę szyć".

Fotografia
A jak już się rozkręciłam z tymi zdjęciami, to ostatnio nawet na bieżąco wywołuję nasze bieżące zdjęcia. Zostało mi jeszcze wybranie zaległych zdjęć z urlopów. Nie mam ani jednego wywołanego zdjęcia z urlopu z córcią sprzed dwóch lat, chociaż oglądam te zdjęcia w komputerze co najmniej raz na miesiąc.
Wywołałam sobie za to Jej portret z lekkiego półprofilu i się zachwycam zdjęciem w dużym formacie, które teraz stoi na centralnym miejscu w pokoju dziennym.
Nie ma to jednak jak zdjęcia wywołane na papierze, ten ich magiczny dotyk, możliwość obejrzenia w różnym świetle, dotknięcia albumu własnymi rękami, jego obejrzenia z rodziną i osobą, której te zdjęcia dotyczą...
I nawet jeśli te zdjęcia nie wszystkie są idealne, nie są tak doskonale obrobione, jak przez fachowca z branży foto, to jako moje własne chwile z życia zatrzymane moim okiem w kadrze na zawsze i tak pozostaną zapamiętane i zachowane dla potomności (o ile potomność będzie chciała je oglądać). Mniejsza o potomność. Fotografowanie wszystkiego, co mnie porywa swoim pięknem, czy niezwykłością, jest dla mnie jedną z najpiękniejszych rzeczy w życiu, dlatego i tak będę robić te zdjęcia.
Wywołałam też kilka dla teściów. Ci, którzy mnie lepiej znają wiedzą, że teść pomaga mi bardzo dużo w moich technicznych pracach domowych. Zawsze mogę poprosić o zawieszenie karnisza, obrazka czy zamontowanie czegoś w elektryce. W dzisiejszych czasach taki poziom fachowości jest niespotykany, w dodatku teściu robi to wszystko dla nas życzliwie i z uśmiechem. Chcę im się czasem zrewanżować jakimś drobiazgiem, ale to trudne, więc chociaż tych parę zdjęć z Wnuczką im przygotowałam.

Natchnienia
Szukam obrazów, czy zdjęć do dwóch miejsc.
Potłukła od upadku i kompletnie zniszczyła mi się rama z piękną grafiką, którą dostałam od Marka jakieś dwa lata temu. Teraz ściana straszy pustką, a jest za duża na jakieś małe zdjęcie.
Duży dobry obraz póki co pozostaje poza moimi możliwościami.
A i wyszukanie zdjęcia, które by tu pasowało, nie będzie łatwe, mimo że mam ich tyle.
Bo póki nie zna się ostatecznego efektu zawsze pozostaje jakaś niepewność, czy to, co wybiorę będzie tu pasowało.
Druga niespecjalnie zagospodarowana ściana straszy nad naszym łóżkiem w sypialni.
Może dam coś takiego, stary dobry sprawdzony wzór tradycyjnego wzornictwa w Polsce :)

wtorek, 10 stycznia 2012

Czuję wdzięczność




Czuję wdzięczność.
Za bardzo wiele rzeczy.
Może niektóre oczywiste pominę.

W każdym razie ostatnio trzyma się mnie mocno.
I dobrze mi z tym.
Jestem wdzięczna za cały ostatni rok i za to, co udało mi się zrealizować.
Kiedy człowiek koncentruje się na rzeczach pozytywnych, nagle okazuje się, że los obdarowuje go milionami darów - czasem ulotnych, czasem wielkich, ale najczęściej uważanych za oczywiste.
A przecież one najczęściej wcale takie oczywiste nie są.
Za co ta wdzięczność?


Zdrowie
Już samo zdrowie jest cudem nad cuda, jego niedostatek ostatnio przez dłuższy czas uniemożliwił mi prawie zupełnie pracę, powalił bez mojej zgody na łóżko na całe święta, a nawet wpłynął na moje myślenie (złośliwi w rodzinie twierdzą, że to wcale nie przez grypę, ale ignoruję ich uwagi :).
A kiedy jest, tak naprawdę nasze możliwości są olbrzymie. Łatwo się o tym przekonać, porównując choćby swój sposób poruszania się z jazdą na wózku.
Oglądałam ostatnio program z niezwykle pozytywnie do życia nastawioną dziewczyną bez rąk. Podziwiam jej pogodę ducha i odwagę do spełniania marzeń.
A my tu marudzimy, że mamy gdzieś tam parę kilo za mało albo za dużo...
Albo nos coś nie teges.
I tak w ogóle to kiepsko wyglądamy.
Przypomnijmy sobie dziewczynę bez rąk, która wszystkie czynności domowe i przy sobie wykonuje nogami. A są ludzie w o wiele gorszej sytuacji, leżący, skazani przez całe życie lub przez wiele lat na czyjąś pomoc.
Ostatnio coraz częściej myślę, że warto przerywać swoje marudzenie o tym czy o tamtym, wspominając czasem ludzi, który z definicji nie mają łatwo.


Bliscy ludzie
Ludzie, z którymi żyjemy i spotykamy się, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli towarzyszą nam na co dzień, pomagają przeżyć i nawet jeśli czasem nieporadnie, wspierają nas na każdym kroku.
Są czasem ludzie, którzy teoretycznie mają taką rolę, czyli jako nasi bliscy z nazwy (rodzina, czasem małżonkowie lub partnerzy), którzy jednak sprawiają, że brakuje nam powietrza do oddychania, kiedy są obok. Czasem trzeba od takich ludzi odejść lub dać im odejść.

Ale jak ważni są ci, którzy są z nami dlatego, że my to my.
I tacy, którzy nas lubią, bo jesteśmy właśnie tacy, jacy jesteśmy.
I ci, którzy sami z siebie dzwonią lub czasem napiszą maila, bo mają potrzebę kontaktu z nami.
Oraz ci, którzy wpadają czasem na naszego bloga choćby po to, żeby pozdrowić, kiedy akurat nie po drodze im czytać, to co napisane, ale i za te pozdrowienia im chwała.
Nawet nie wiecie, jak ważna jest Wasza obecność, czasem zdanie, czasem słowo, które chce się Wam do mnie napisać.
Czasem wcześniej bywałam bardzo samotna. Tutaj zawsze wiem, że przyjdzie do mnie ktoś życzliwy, ktoś kogo może zainspiruje coś ode mnie, jakieś słowo, zdjęcie, zdanie.
Dobrze wiedzieć, że jesteście.
Bardzo Wam za to dziękuję.
I dziękuję Wam za zrozumienie dla mnie i moich słabości, za docenianie tego, co mi się udaje i za szczerą radość z tego, co osiągam i czym się Wam chwalę.

Dla tych wszystkich ludzi warto się wysilić, warto czasem powalczyć o siebie, zmienić coś w sobie albo zrobić coś dla nich.


Praca
Wielu ludzi narzeka na swoją pracę, na głupiego szefa, na nadętych/głupich/zazdrosnych współpracowników.
Inni z kolei daliby się posiekać, żeby mieć jakąkolwiek pracę i mieć za co żyć.
Jeszcze inni mają szczęście, bo lubią to, co robią. Nieskromnie powiem, że ja też tak mam.
Ale niewielu z nas zastanawia się nad tym, że gdyby nie jakakolwiek praca, często nie mieliby co robić przez cały boży dzień. Nie mówię, że dostawalibyśmy krocie. Ot tyle, co zwykle. Ale nie chodzilibyśmy do pracy.
Zastanówmy się na chwilę, co by było, gdyby tak dajmy na to dostać te same pieniądze, które zarabiamy, ale za friko, za nic.
Czy byłoby nam dobrze z tą sytuacją? Może część z nas umiałaby żyć jak dotychczas, albo i lepiej: część odłożyć, pojechać nareszcie na urlop, pobyć z rodziną, spotkać się z przyjaciółmi.
Ale co by było, gdyby wręcz nie wolno nam było pracować?
I przez całe dnie musielibyśmy sami sobie zorganizować czas.
Ile można oglądać filmy, czytać nawet najlepsze książki, kupować ciuchy, ile czasu będą mogli nam poświęcić nasi przyjaciele i znajomi?
I o czym byśmy po pewnym czasie z nimi rozmawiali, żeby nie popękali z zazdrości?
I czy przypadkiem nie zaczęlibyśmy się potwornie tym wszystkim nudzić?
Myślę, że praca spełnia bardzo ważną rolę w naszym życiu, bo sprawia, że czujemy się potrzebni, mamy jakiś plan na życie, mamy cel, czyli powód, żeby każdego dnia wstać rano, wyszykować się i wyjść z domu.
Tak więc za pracę też jestem wdzięczna.


Trudności, problemy
Jeśli by ich nie było, nie nauczylibyśmy się ich rozwiązywać.
Nie odczulibyśmy tej szczególnej satysfakcji i siły, którą daje tylko pokonanie jakiegoś problemu i zwalczenie go.
I nie nauczylibyśmy się niczego.

Wrogowie
Dziś pewien mądry człowiek przypomniał mi mądrość, o której wielu nie wie, a inni wolą nie pamiętać.
Trzeba mieć wrogów, bo tylko od nich można się czegoś nauczyć.
Twój wróg jest Twoim najlepszym trenerem i nauczycielem ZEN.
Podziękuj mu, bo to dzięki niemu uczysz się swoich najważniejszych lekcji w życiu.

Cóż. Mimo tej wiedzy (póki co raczej teoretycznej) trudno mi odczuwać bezpośrednią wdzięczność wobec moich wrogów.
Ta ostatnia to chyba najtrudniejsza lekcja, której jeszcze tak do końca nie odrobiłam.
Ciągle się  zastanawiam, dlaczego ten czy tamten zrobił coś przeciwko mnie.

Cóż, rzucam pytania w przestrzeń i czekam na odpowiedzi, może z czasem okaże się, że one nie są ważne.
A może ważne może się okazać pójście tą drogą, którą zmusza nas do pójścia ten właśnie wróg?

Zostawiam Was z tymi pytaniami, bo i tak nie wiem, co na nie odpowiedzieć.

p.s. róże są dla tych Dziewczyn, które mają ich za mało! :)

A dla tych z Was, którzy dotrwali aż do tego miejsca bardzo fajny moim zdaniem kawałek MUZYCZNY!

piątek, 6 stycznia 2012

Nadchodzi czas bez czasu

Podsumowanie zeszłego roku wypadło u mnie nadzwyczaj pozytywnie.
Niestety okazało się, że nie jestem CYBOGIEM. I mam swoje ograniczenia.
To znaczy ja może nie mam, ale mój organizm je posiada.
I w pewnym momencie kończą się nadwątlone siły i rozpoczyna batalia o zdrowie.

I dlatego jeszcze ledwo dycham i pokasłuję po przeziębieniu świąteczno-noworocznym.
Moja zaraza niestety przeniosła się na Marka i na Latorośl.
A mnie nadal trzyma za gardło i nie chce na dobre odpuścić kaszel, łapiący z samego rana i wielokrotnie w ciągu dnia i katar. To nieprawda, że trwa tylko siedem dni. U mnie już dłużej.

Mimo to już od paru dni intensywnie pracuję.
W dodatku wszystko wskazuje na to, że tej pracy w nadchodzącym roku będzie jeszcze więcej, niż w poprzednim.
Pamiętają o mnie moi stali klienci, intensywnie rozpoczęli rok również nowi.

W dodatku być może zajmę się oprócz mojej, i tak intensywnej działalności tłumacza, jeszcze czymś nowym.
O tym jednak za wcześnie na razie jeszcze mówić. Chociaż nie ukrywam, że byłoby ciekawie rozszerzyć horyzonty i nauczyć się czegoś nowego, co w dodatku może przynieść dochody.
I nie jest to żadna piramida finansowa ani nic z tych rzeczy :).

W pierwszy dzień roku przy śniadaniu spisaliśmy razem z Markiem nasze Plany na rok 2012.
Mam nadzieję, że większą część uda nam się zrealizować, poza tym bardzo miło było tak razem sobie siedzieć i dopisywać po punkcie nasze kolejne plany.
Po raz pierwszy pisałam te plany nie sama, tylko z kimś.
I bardzo mi się to podobało.

Muszę Wam powiedzieć, że te ostatnie dni były chyba większym dowodem miłości z Jego strony, niż całe nasze dotychczasowe wspólne życie.
Facet, który przynosi róże przy każdej okazji, to skarb.
Jednak facet, który okazuje miłość, opiekując się swoją kobietą, kiedy ta nie ma siły przez kilka dni pod rząd wstać z łóżka, który w tym czasie zajmuje się całym domem, gotuje, pierze i sprząta, przynosi do łóżka herbatkę i jedzenie, to jest skarb prawdziwy.
Jeszcze nigdy żaden mężczyzna tak się mną nie zajmował, w dodatku nawet nie pisnął, że przez tę moją chorobę mieliśmy zmarnowane święta czy Sylwestra. Wprost przeciwnie, mimo mojego stanu dużo się śmialiśmy i dobrze nam było razem ze sobą.
Latorośl też spędziła bardzo miłego Sylwestra, cudnie wystrojona.
A my spędziliśmy tę noc spokojnie w domciu, przygarnęliśmy też moją Maminę, która najpierw chciała góry przenosić, planowała nawet samodzielną wyprawę na Plac Konstytucji, po czym ... padła przed Pretty Women przed 22.00. :) Nie słyszała nawet fajerwerków.
My z kolei uspokajaliśmy zwierzaki.
Piesio tak się bał, że najpierw szczekał na wszystkie wybuchy, a potem rozedrgany na całym ciele ledwo dawał się uspokoić przez te pierwsze około pół godziny po północy.
Kot biegał cały czas wokół salonu i starał się jakoś to rozmiauczyć, co się dzieje za oknami, ale jakoś to nie trafiało do kociego łebka.
Co jakiś czas przysiadał skulony niedaleko nas.
Wreszcie było po wszystkim.
Wiem, że większość posiadaczy zwierzaków miała to samo, więc rozumiecie.

W jednej sprawie mieliśmy szczęście. Bo kiedy sobie wyobraziłam, że miałby jeszcze padać śnieg, to ten mój mężczyzna miałby już naprawdę przechlapane.
A tego nam pogoda oszczędziła.

Na Nowy Rok życzę sobie przede wszystkim zdrowia i siły, żeby ogarnąć to wszystko, co nadchodzi.
A będzie tego oj sporo!
Prowadzenie bloga stoi dziś dla mnie pod znakiem zapytania, bo jeśli do wyboru będę miała tę przyjemność a z drugiej strony poważne zobowiązania, które mogą pomóc mi zmienić w radykalny sposób moje życie, to z pewnością na pierwszym miejscu postawię real.

Strasznie poza tym poważna się ostatnio zrobiłam i nie wiem, czy zaglądający tutaj mają ochotę czytać wypociny takiej nudziary :)
Oczywiście, że przydarzają mi się również śmieszne rzeczy, ale jakoś ostatnio brak mi weny do ich opisywania. Może się to zmieni, ale gwarancji nie dam.
W każdym razie życzę Wam również realizacji Waszych Planów na Nowy nadal jeszcze Rok 2012!
Uściski dla Moich Ulubionych Blogerów i Czytelników oraz dla wszystkich innych zaglądających tu do mnie.

iw