Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

wtorek, 28 lutego 2012

Pociągowe krajobrazy

Parę migawek z podróży - reszta zdjęć jakby co TUTAJ.




 Wszędzie u naszych zachodnich sąsiadów przy granicy takie rozlewiska, oj będzie mokro!


piątek, 24 lutego 2012

Z pociągu


Piszę sobie do Was z eleganckiego i wygodnego przedziału w pociągu na trasie Warszawa-Berlin.
Po raz pierwszy wzięłam ze sobą modem na kartę, więc mogę poszaleć :)
Szkoda, że nie robią jeszcze gniazdek do podłączania komputerów w przedziałach 2 klasy. To znaczy, zdarza się to, ale niestety nie jest regułą.
Ale właśnie odrobiłam jedną trzecią kosztów biletu, pracując tu sobie na spokojnie.
Poza tym to i tak mniejszy koszt niż podróż samochodem, kiedy doszły koszty autostrady płatne w tylu bramkach, do tego podniosły się koszty samego paliwa, mój wyjazd samochodem w tamtą stronę, mimo pewnej wygody (wrzucałam do auta, co dusza zapragnie), okazał się zbyt kosztowny. Opłaca się, kiedy jadą co najmniej dwie osoby. W przeciwnym razie pociąg jednak górą.
Do tej pory nie przepadałam za jazdą pociągami, bo nigdy nie wiadomo, jakie się trafi towarzystwo.
Ale przeważnie miałam szczęście. Dziś też bardzo spokojni biznesmeni, cisza, muzyka tylko na słuchawkach, nie rozmawiają w przedziale za dużo przez komórki. Spokój, cisza, życzliwość w użyczeniu gniazda elektrycznego do podpięcia mojego kabla do laptopa (mam już prawie wykończoną baterię, kolejna zamówiona, ale jakoś ma problem z dotarciem).
Mam ze sobą książkę, ale postanowiłam zrobić trochę pracy, żeby na miejscu móc odpocząć.
Dzięki wczesnej pobudce z pierwszym krótkim zleceniem wyrobiłam się jeszcze przed moimi zwyczajnymi godzinami pracy.
Same plusy!
Chyba częściej zacznę jeździć pociągami. Tylko sobie jeszcze sprawię zapasową baterię, żebym była niezależna przez całą podróż! I tak mi się zwróci po pierwszej - drugiej podróży, jak sobie popracuję w trakcie. Pięć i pół godziny to kawał czasu, można naprawdę sporo zrobić.
***
Oczywiście nie obyło się bez drobnej wpadki na samym początku podróży.
Dowieziona elegancko na dworzec przez miłą i niedrogą taksówką, wywróciłam się niestety już idąc na peron i upadłam prawie na cztery łapy, lądując wprost w dworcowej szaroburej brei.
Na szczęście w przedziale ze Wschodniej na Centralną było pusto i udało mi się trochę doczyścić spodnie posiadaną wodą do picia i chusteczkami higienicznymi.
Ale i tak spodnie są zafaflunione od kolan w dół. Kolana też bolą, bo właśnie na kolana upadłam.
Ale cóż - jeśli się podróżuje jako torbacz, czyli zarzuca się na siebie dwie dodatkowe torby: na laptopa i na aparat, to się nie ma czemu dziwić, że potem  człowieka może na zakręcie, a nawet na prostej zarzucić. Ale to szczegół. W sumie nieistotny, przynajmniej dopóki siedzę i nie czuję poobijanych kolan i łokci.
Poza tym wszystko jest dobrze i staram się rozkoszować wygodną podróżą.
Mam jeszcze tylko nadzieję, że w Berlinie będą tym razem bez problemu jeździły S-Bahnki, żebyśmy mogli spokojnie dojechać sobie do domu.
To tyle z pociągu, wszystkim moim Czytelnikom i Gościom życzę udanego weekendu, jadę tam, gdzie ma być trochę cieplej, więc u mnie też powinno być dobrze.
Pozdrawiam Was, odpoczynku w weekend Wam życzę! :))

czwartek, 23 lutego 2012

Miał być wyjazd na zachód, jest na wschód

W tej chwili miałam już od świtu siedzieć w pociągu, w przedziale z dwiema innymi osobami i zmierzać w kierunku zachodnim celem wypełnienia misji polegającej na tłumaczeniu z obcego na nasze i odwrotnie, żeby się ludzie porozumieli a ożywienie gospodarcze ożywiło się jeszcze bardziej.
Popatrzyłam na zegarek - no tak. Teraz byśmy już byli za granicą i dojeżdżali na miejsce.
Niestety, jak to czasem bywa, wszystkie te plany wzięły w łeb.
Wszystko sypnęło się ostatecznie dziś, ale już jutro cały wyjazd zachwiał się w posadach.
Najbardziej mi szkoda tego, że nie zobaczę się z moim Markiem, bo miałam ten wyjazd połączyć z jego odwiedzeniem i spędzilibyśmy razem weekend.
Oboje już się zdążyliśmy nastawić, ucieszyć, a tu nici ze spotkania.
No nic, trzeba będzie tym razem poczekać dłużej.
Jest jednak jeszcze coś.
Mam w ten weekend inną bardzo ważną sprawę do załatwienia, więc może to właśnie tak miało być.
Oby wszystko poszło jak najlepiej, bo z tą sprawą czekam na pozytywne rozwiązanie już od lat i myślę, że byłoby dobrze, gdyby udało się załatwić to już teraz.
I tak sobie myślę, że może właśnie dlatego wszystko ułożyło się tak, żebym miała szansę załatwić coś dla mnie ważniejszego?
W każdym razie mocno w to wierzę i liczę w pozytywny obrót wypadków.
A Was bardzo poproszę o trzymanie kciuków.
Tylko już jakoś nie mogę się przestawić na zwykłą pracę.
Snuję się po domu i przeprogramowuję w głowie cały weekend.
Zbieram myśli.
Planuję, jak to najlepiej rozegrać.
W związku z tym też planuję wyjazd, tyle że w przeciwną stronę.
Za oknem deszcz, plucha, wieje paskudnie i pogoda zbyt paskudna nawet dla kota.
Wrócił przed godziną z wielkim wrzaskiem wojownika ninja, nawet nie czekając, aż otworzę mu furtkę, tylko przeskoczył przez nią w dzikim pędzie, krzycząc przed siebie wielkie miauuuhhhrrr.

Wielka, rozpędzona, mokra czarno-biała z przewagą czarnego, zwichrowana kupka futra.
Teraz nareszcie ułożył się na wersalce i się grzeje.
Chyba nawet już wysechł.

Tak wygląda bramka, Piesio przeskoczył ją jak na razie raz:

A ja nadal nie mogę sobie znaleźć miejsca.
Może się przejdę do piekarni...

Godz. 18:15 - AKTUALIZACJA
Nie dało się wyjechać na wschód, więc plany związane z tym ważnym przedsięwzięciem przesunęłam na za tydzień - kciuki jednakowoż proszę trzymać, bo będzie to potrzebne.
W nagrodę opiszę, jeśli się uda! :)


Nie mogłam sobie miejsca znaleźć, łaziłam z kąta w kąt...
Wreszcie, jak tylko doczekałam się na ostatnią umówioną Klientkę, zebrałam się i pojechałam na dworzec.
Kupiłam bilety i jadę do Niego.
Pracę biorę ze sobą, komputer też, ale przynajmniej pobędziemy sobie te dwa i pół dnia razem.
Tym razem dłużej się nie da, ale cieszę się, że się na to zebrałam :)
A wszystkim, którzy trzymali kciuki, dziękuję - pewnie dlatego podjęłam dobrą decyzję! :)
Odezwę się zza zachodniej granicy, może uda mi się zrobić jakieś fajne zdjęcia, to się z Wami podzielę.
Ściskam Was! :)
Fajnie, że jesteście!!!

wtorek, 21 lutego 2012

Zasada równowagi finansowej


Ostatnio próbuję uporządkować różne kwestie, a szczególnie doprowadzić do porządku sprawy finansowe.
Wszystko w porządku, zapewniam od razu tych, którzy mieliby wątpliwości, zapewniam, że żadnych problemów aktualnie nie mam, chociaż nadal jeszcze pracuję nad zarobieniem tego pierwszego miliona :).
Zdarza się oczywiście, że czasem Klientom się wydaje, że tłumacz to się żywi korzonkami i szarańczą, ale już za ich wypłatę to najwyżej idzie się potem upić ze szczęścia po miesiącu czy dwóch!
Już prawie wszystkie wpływy zaległe właśnie mi poschodziły, ale na resztę na pewno już za moment się doczekam.
Ale do rzeczy.
Kto lubi płacić mandaty, ręka do góry?
Nie ma chętnych?
Ja też nie przepadam.
Ale nie lubię też mieć kredytów, nie zapłaconych rachunków, długów i w ogóle wszelkich zaległości.
Tak więc w miniony piątek zapłaciłam mandat za wykroczenie sprzed miesiąca.
Wisiał mi nad głową na tablicy "Zapamiętaj" i straszył mnie swoim żółto-czerwonym paskiem.
Mandat za niewłaściwe parkowanie.
Jak tylko go zapłaciłam, zadzwoniła Klientka, której firma zalega mi z płatnością już jakiś czas (za długo) i powiedziała, że ponieważ jej księgowość ma u siebie bałagan, to ona sama mi tę kasę wypłaci już w poniedziałek.
Coś mi się wydaje, że jest coś takiego, jak zasada zasada równowagi finansowej (albo właśnie to wymyśliłam).
Dlatego sobie pomyślałam, że pilnowanie mojej własnej płynności finansowej nie tylko uchroni mnie przed odsetkami od nieterminowych płatności (sporo ich ostatnio zapłaciłam - a to przecież bez sensu, bo najczęściej nie płaciłam zwyczajnie przez zapomnienie, a nie że nie miałam), ale też zapewni mi w każdej chwili realny obraz mojej sytuacji finansowej oraz zgodnie z wymyśloną powyżej zasadą zapewni mi regularne wpływy na konto.
Na zasadzie: ja swoje zapłaciłam, teraz moja kolej. :)

Inna zaobserwowana przeze mnie regularność jest taka:
Czasem biorę pożyczki od Mamy, od na jakieś płatności, kiedy akurat spóźniają się klienci.
Wszystko jest dobrze, kiedy regularnie jej tę pożyczkę zwracam.
Ale kiedy tylko zaprzestanę i przeciągam zwrot rat pożyczki, także moi klienci nie spieszą się z płatnościami dla mnie.
Dlatego kiedy tylko obserwuję słaby wpływ pieniędzy na moje konto, zastanawiam się czy przypadkiem ja sama wobec kogoś z czymś nie zalegam.
I szybko płacę wszystko, co trzeba, czasem nawet za ostatnie dostępne na koncie pieniądze.
Bo właśnie wtedy najczęściej następuje uwolnienie energii, a należne mi przelewy wędrują jak należy na moje konto.

Ciekawe, czy macie podobne spostrzeżenia na własnym podwórku?
A tak przy okazji życzę Wam wszystkim jak najwięcej tego:
 i tego:
 i tego:

i jeszcze tego:

żeby umożliwiać spełnianie marzeń różnych, kwadratowych i podłużnych.
I niech się i Wam mnoży po tysiąckroć!!!
(jak ktoś mi podeśle dwusetki, zrobię jeszcze ładniejsze fotki :))))
W tym miejscu oczywiście nie może zabraknąć tej piosenki!

poniedziałek, 20 lutego 2012

Śnieg

Śnieżnie
Popadał śnieg i po raz kolejny okazało się, że zawsze najlepiej mu się pada, kiedy mój Chłop wyjeżdża.
I to nawet kiedy przyjeżdża na dłużej, choćby na cały tydzień.
Wtedy pada sobie raz ale za to spektakularnie, żeby się Chłop mógł pochwalić czynami chwalebnymi, po czym przestaje (śnieg, nie Chłop) i czeka skrupulatnie do dnia, kiedy Chłop opuszcza znów nasze domostwo, udając się w celu odbywania pracy w siną dal.
Póki co śnieżek popadał leciutko i jestem mu za to wdzięczna.
Więcej naprawdę mi nie trzeba.
Ale w miniony tydzień, a szczególnie w ten weekend było śniegu aż za dużo.
Jak ja bym chciała, żeby już było lato!
Chcę nosić głęboki dekolt i bluzki z krótkim rękawkiem, sandały bez skarpetek ani rajstop, zwiewne sukienki, krótkie spodenki i włosy bez czapki!
Cieszyć się wiatrem i słońcem, siedzieć na tarasie popijając kawusię pod markizą, zamiast wyglądania na śnieg nawet pod bardzo niebieskim niebem!
I liczyć gwiazdy na nocnym niebie, obserwując je podczas wolnych całkowicie swobodnych i luzacko spędzanych dni!
I patrzeć na kwiaty, które zasadzę w tym roku na tarasie, ciesząc się ich soczystymi kolorami i przepychem...
O, i tam znów bym chciała być na przykład:
p.s. Mam nadzieję, że mi wybaczycie, ale ostatnio rzadziej bywam na Waszych blogach, za to wyrabiać się zaczęłam punktualnie z pracą. I jeszcze mi czas wolny zostaje! :)

niedziela, 19 lutego 2012

Aby do przodu!



Byle do przodu / Aby do przodu!
Od wielu lat strasznie drażniło mnie jedno takie powiedzonko mojej Mamy.
Bardzo często mawiała, i robi to nadal - najchętniej w każdej dziedzinie - "aby/byle do przodu".
To "aby" czy "byle" kojarzyło mi się z bylejakością.
"Do przodu" z kolei z jakąś taką bezładnością działania, nieważne jak, nieważne w jaki sposób, aby tylko robić cokolwiek.
Trwałam w swoim buncie przeciwko twierdzeniu Mamy aż do dziś.
Forsowałam swój perfekcjonizm w każdej sprawie, w każdej dziedzinie.
Chciałam być idealna: począwszy od pracy, poprzez wygląd, a skończywszy na porządkach w domu i zagrodzie.
Marzyłam o idealnym życiu, domu, wychowywaniu dziecka i innych idealnych rzeczach.
A kończyło się na rozbijaniu sobie głowy o ścianę wielu niemożliwości.
Bo nie da się być perfekcyjną w każdej dziedzinie, tak jak nie da się uszczęśliwić i zadowolić wszystkich bez wyjątku.
Mimo wszystko na tej walce o perfekcjonizm upłynęły mi całe lata.
Za sobą mam etap dużych dokonań, ale tuż za sobą etap niemal całkowitego zatrzymania się na drodze do rozwoju, bo w pewnym momencie przestałam ogarniać w sposób doskonały moją rzeczywistość.
A skoro nie ma być doskonale, to lepiej wcale nic nie robić.
W ten sposób prawie zrezygnowałam z moich codziennych ćwiczeń, z konsekwentnego dbania o siebie, chodzenia do kina, i z wielu, wielu innych rzeczy.


Nadal jeszcze siedzi we mnie i kusi swoim pawim ogonem demon perfekcjonizmu, ale powoli zdałam sobie sprawę, że rozwiązanie zostało mi dane, niczym na dłoni od kołyski.
Bo właśnie dziś uświadomiłam sobie wielką genialną mądrość, która się kryje za stwierdzeniem "Aby do przodu".
Bo właśnie od wczoraj na pobolewające (bo chyba wapniejące od zasiedzenia) kolana zaczęłam codziennie po pięć minut jeździć na stojącym obok szafy rowerku stacjonarnym. Skoro nie mogę wyjść na rower, bo śnieg i chlapa, to poruszam się chociaż tyle i chociaż troszkę.
Podobnie było z odśnieżaniem.
Nie mogło być odśnieżone byle jak, tylko bez zarzutu.
Ten, kto ma dom, wie dokładnie, ile czasu, pracy i siły wymaga utrzymanie wjazdów i posesji w jako takim stanie zimą.
A ten, kto nie wie, a dysponuje odrobiną wyobraźni, może sobie wyobrazić.
Od kilku dni znów spadło sporo śniegu, a dziś śnieg z deszczem - mordercza kombinacja. Jak się nie uprzątnęło zalegających zwałów śniegu, każde ochłodzenie mogło doprowadzić do tego, że ten śnieg zamieni się w iskrzącą, twardą niczym diament skałę nie do ruszenia ani miotłą, ani łopatą.
Ale zarówno ostatnio, jak i dziś zabrałam się do tego z uśmiechem na ustach, mówiąc sobie, że zrobię, co się da i jak się da. Może nie będzie idealnie, ale w sumie dobrze, że się trochę ruszę i będę miała taką naturalną siłownię.
A co najważniejsze jest mniej śniegu i następnym razem będzie go gdzie znów przesypać.
Aby do przodu!
Dziś odśnieżała ze mną dzielnie odwożąc sterty mokrego śniegu moja kochana Latorośl.
Nie dość, że zdolna i mądra (naprawdę!), to jeszcze pracowita i uczynna! :)
Robiąc to razem, świetnie się uzupełniałyśmy, a Latorośl wymyślała ciekawe nazwy dla kolejnych fragmentów ogródka.
I powiem Wam, że w dodatku po tym odśnieżaniu i rowerku czuję się o wiele silniejsza. Jeszcze bolą mnie mięśnie, jeszcze mam gdzieniegdzie zakwasy, ale czuję się po prostu dobrze sama ze sobą.
W dodatku połączyłam przyjemne z pożytecznym.
A co do mądrości mojej Mamy - pewnie napiszę jeszcze niejeden raz, jak to po latach okazało się, że Ona jednak miała rację.
I aby do przodu! :)
Czasem można zrobić jeden mały krok na drodze do wykonania Czegoś Naprawdę Wielkiego, ale bez zrobienia tego małego kroku człowiek nie ruszy z miejsca.
Zanim powstały takie organy, jak na obrazku, ktoś kiedyś musiał najpierw wystrugać z patyka piszczałkę.

Zbytnie przywiązywanie wagi do przygotowań do podróży, pakowania walizek czy czytania wszelkich przewodników może nas czasem tylko opóźnić.


Zanim zrobi się za bardzo patetycznie dodam jeszcze coś z własnego doświadczenia.
Przez ostatni dłuższy czas bardzo rzadko wychodziłam z domu, żeby zrobić coś dla siebie, dla własnej przyjemności.
Jakoś tak się skupiłam na pracy, obowiązkach, a jeśli już wyjazd, to koniecznie po zakupy spożywcze itd.
W efekcie doszłam niemal do perfekcji w łączeniu wyjazdów w zgrabny ciąg: centrum handlowe: market spożywczy, parking, po drodze wpadałam najwyżej tam, gdzie ciągnął mnie ktoś, kto był ze mną, ale i tam najwyżej na pięć minut, parking i prosto do domu!
W efekcie nie wyszłam nigdzie tylko dla siebie, spontanicznie, jak kiedyś.
Ot tak, żeby iść rozejrzeć się po świecie, zrobić jakieś fajne zdjęcia, czy odwiedzić znienacka (oczywiście po telefonie) znajomych. Od dawna wmawiałam sobie, że ja przecież nie mogę, bo mam tyle roboty w domu, zawsze jakieś zlecenie zostawało mi na weekend, do tego pranie, sprzątanie, porozmawianie z córką... i trzeba przecież co chwila być, żeby wpuścić czy wypuścić kota czy psa, czy nakarmić zwierzaki. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że zaczynam być niewolnicą własnego domu!
Przeraziło mnie to do tego stopnia, że nie mogłam wyjść ze stuporu dłuższy czas.
Ale wreszcie wczoraj poszłam i odwiedzić pewną bardzo starszą Panią (o tym napiszę pewnie za jakiś czas), potem znajomych. Tęskno mi do mojej Przyjaciółki, ale ją też zamierzam odwiedzić niedługo, dziś nie pojechałam tylko dlatego, że źle się czuła.
Tak. Jak chciałam, okazało się, że nie ma problemu.
Czasem po prostu trzeba założyć płaszcz i wyjść z domu, czyli zrobić ten PIERWSZY KROK!
A potem już jakoś idzie dalej.
I no właśnie: aby do przodu!
Bo stojąc w miejscu można się najwyżej przykurzyć albo zwapnieć do reszty!
Dziękuję Ci Mamo :)

wtorek, 14 lutego 2012

Walentynki 2012

Z okazji Walentynek będę dziś dobra, miła, sympatyczna i uczynna i pełna uśmiechu - dla siebie :)
Wszystkim z Was, którzy zapomnieli o sobie - życzę tego samego.

Wszystko działa! :)

Udało się!
Liczby nie pokonały mojej niezłomnej woli, ani nie unieruchomiły mi w całości myślenia.
Tylko troszkę wczoraj na kilka godzin był włączony filtr.
Ale to okazało się dopiero po rozmowie dziś z serwisem firmy-twórcy programu.
Najwyraźniej ze zmęczenia pod koniec dnia włączyłam (bezwiednie) filtr danych z poprzednich lat.
To znaczy, że tych danych nie było widać, ale nie zniknęły!

Nie widząc danych z zeszłych lat, napsociłam sobie dodatkowo, bo próbowałam je odtworzyć z poprzedniej wersji programu, a okazało się, że to cofnęło mnie do początku pracy, jeszcze przed zainstalowaniem aktualizacji.
W efekcie miałam wszystko, tylko zza filtra tego nie widziałam.
Jestem właśnie po rozmowie z miłą panią z serwisu firmy, która pomogła mi dojść do rozwiązania problemu.

Na szczęście za każdym razem po wystawieniu nowego dokumentu księgowego robię pliki zapasowe, toteż miałam i plik z dnia wczorajszego, ze wszystkimi fakturami od początku roku, zapisany.

No i po ponownej aktualizacji instalacji, wygenerowaniu kodów aktywacyjnych i wpisaniu ich gdzie trzeba, zrestartowałam program i JEST! DZIAŁA!
Nic nie zginęło, z wyjątkiem jednego paragonu (który skasowałam sobie przez nieuwagę parę dni wcześniej), który jednak i tak muszę odtworzyć już z istniejącego wydruku (nie wiem tylko, co z datą, bo paragon wystawia się tylko danego dnia), ale z tym da się żyć.

W każdym razie odetchnęłam! I to pełnom piersiom!

Nie wyobrażacie sobie, jaka to ulga mieć to wszystko w jednym miejscu i nie bać się, że mi coś zginęło.
Ktoś, kto nigdy nie musiał księgować swoich dochodów i sam się rozliczać, może nie zdaje sobie sprawy, co znaczy dla samodzielnego przedsiębiorcy jego program do fakturowania.
Ale każdy z Was, kto się z czymś takim styka na co dzień - jestem pewna - odetchnął teraz razem ze mną.

To tyle pozytywnych aktualności... teraz mogę iść sobie zrobić jakieś przyjemności z okazji Walentynek :)

Walka o liczby


1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20 .....

Są rzeczy, które lubię i takie, których najchętniej unikałabym przez całe życie.
Do tych ostatnich należą liczby.

Nie jest tak źle, żebym nie umiała sobie z tym poradzić.
Ale nie mam zapędów do chwalenia się szybkim liczeniem - nie byłoby się czym chwalić.
Błogosławię istnienie komputerów i kalkulatorów.
Jedną z najfajniejszych rzeczy zaś jest mój program do fakturowania.
Dzięki niemu wiem, ile kto mi ma zapłacić.
I tak oto ostatnio zakupiłam sobie aktualizację programu do księgowania.

Wszystko by było dobrze, gdyby nie to, że zainstalowałam go sobie w zupełnie nowym katalogu.
Bo tak.
Dziś chciałam sprawdzić jakieś stare dane z zeszłego roku.
I się wydało!
Otóż okazało się, że żadnych danych po prostu NIE MA!
Po chwili zastanowienia chciałam wykonać operację odtworzenia starszych danych z plików archiwum...
Niestety okazało się, że próba odtworzenia archiwum z okresu sprzed instalacji zakończyła przejściem do wersji demonstracyjnej programu, a co za tym idzie, nawet faktury nie mogę teraz wydrukować!

Tak więc od jutra rana czeka mnie walka o odzyskanie moich danych...
W najgorszym wypadku będę musiała wystawić ponownie wszystkie faktury od początku roku, a trochę już tego było.
Jak się domyślacie, rozsadza mnie pierwotna ... radość.
Nie mogę się powstrzymać od rzucania wszelkich wyrazów ... w tym tych najpopularniejszych.
Czeka mnie więc kompletny reset.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Nie będzie o Walentynkach

Mam nową oś czasu na fejsie, jak mówią niektórzy.
Kompletnie nie wiem, po co mi ona, ale widziałam u innych i pomyślałam, że wypróbuję.
Ogólnie od czasu awantury o ACTA zaczynam odczuwać dreszcze na samą myśl, ile jest mnie w tym, co można swobodnie i publicznie przeczytać w sieci.
Jeśli dodać do tego moją bogatą korespondencję prywatną, bo nadal jeszcze lubię pisać do konkretnych paru osób, które nie odpowiadają zdawkowo, tylko lubią też czasem napisać coś do mnie od serca, robi się z tego właściwie lepsze źródło wiedzy, niż niegdysiejsze teczki KGB, Bezpieki czy innych służb.
Ciekawe tylko, czy kogoś mogłabym interesować tak bardzo jak Kim i to nie Kim Basinger, tylko ta Kim Kardashian, którą już nawet ja znam, chociaż wiem tylko tyle, że jest celebrytką znaną z tego, że jest znana.

Dziś rozmawiałam z pewną bliską mi młodą damą o współczesnej ścieżce kariery.
Wyszło nam, że ma warunki, bo natura obdarzyła ją w naturalne atrybuty kobiecości.
Teraz jeszcze tylko seks-taśma albo romans z kimś znanym, koniecznie starszym od niej co najmniej o 20 albo o 40 lat i już może robić karierę.
Tylko trochę skandalicznych artykułów, parę pieprznych wypowiedzi, kilka śmiałych zdjęć i już dzwonią do Ciebie telewizje, kupując Twoją znaną ... no tę, twarz ....
No tak, ale jeszcze trzeba chcieć. A tu jakoś chęci brak.

Ostatnio rozmowy odbywam głównie z osobami bardzo bliskimi i z samą sobą.
Stęskniłam się za tymi kontaktami, bo mocno je zaniedbałam w ostatnich czasach.
Stęskniłam się też za spokojem, za milczeniem, za urlopową pustką myśli.

Pisałam jakiś czas temu, że czuję zbliżające się zmiany.
Chcę sobie dać czas na przemyślenie, co tak naprawdę chcę zmienić.
Wypróbować różne ścieżki i różne metody.
Tylko tak się przekonam, co mi do szczęścia potrzebne.
Szukam swojego właściwego rytmu.

dobrej nocy Wam życzę nocni Wędrowcy

wtorek, 7 lutego 2012

Zwierzak potrafi!

Zwierzaki i ich możliwości!
To pewnie jakaś pozycja jogi - tylko nie rozpoznaję jaka ...
Ja w każdym razie tak nie potrafię.
Zimowe widoczki: 
Czy aby na pewno tu jest bezpiecznie?
 Którą by tu łapką ...
Tu mnie nikt nie znajdzie!
No i jeszcze piękna metoda schodzenia z drzewa:

czwartek, 2 lutego 2012

Świat zza szkieł

No to się dorobiłam okularów!
Tak wyglądała przymiarka:
Oczywiście tylko jaja sobie robię :)
Ale stwierdziłam, że moje okulary są bardzo fotogeniczne:
A ja w nich sobie też się podobam.

Lata pracy przy komputerze zrobiły swoje i wreszcie trzeba było pod koniec roku iść do okulisty, stamtąd do znajomego optyka, wybrać najpiękniej dopasowane oprawki i wreszcie zaczęłam je nosić.
Nie muszę nosić okularów przez cały czas, ale oczy zdecydowanie lepiej znoszą oglądanie telewizji pod koniec długiego dnia przed kompem.

Czasem też lepiej widzę bez okularów.
Pewniej czuję się w nich podczas jazdy samochodem.
Większość czasu i tak je zakładam, przecieram ściereczką i zdejmuję.


Chociaż i za kółkiem nadal lubię nosić moje okulary przeciwsłoneczne, bo te po prostu trochę za mało się przyciemniają mimo posiadanej warstwy fotochromów.