Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

środa, 28 marca 2012

Jak pies z kotem, czyli pełnia szczęścia






Tak oto wygląda nasza psio-kocia symbioza.
A kotek lata przez cały czas albo zupełnie samopas, albo przez cały czas dołącza się do człowieka.
Miło dopóki nie wlezie w kwiatek, który akurat chcę sfotografować (może tym razem już na 100% powiecie, co to jest - już trochę rozwinięte to niebieskie):




Tak wyglądało kwiecie po zmiażdżeniu przez kotecka:
 A na tym nie mogłam złapać ostrości, aż się poddałam, ale to jedyne zdjęcie wyszło jako tako:
A tu mi mały drań podżera co zieleńsze fragmenty:
A potem, w takim stanie:

włazi mi do łóżka!
Piesio też znalazł dla siebie zabawkę:

I wszyscy szczęśliwi, co udokumentowała niniejszym Wasza iw.

p.s. Wszystkie zdjęcia w tym albumie Google+, jakby ktoś się jeszcze nie zorientował, że znów tam jestem :)
Albo w zwykłym albumie, ale nawet nie wiem, czy mam do niego jeszcze dostęp tak wprost.

wtorek, 27 marca 2012

Spokój i zadowolenie z chwili, która jest teraz


Dziś chcę napisać o tym, do czego po licznych lekturach zdaję się chyba wreszcie zbliżać.
Wiecie, że jestem jednostką z natury niecierpliwą, która ciągle chce coś zmieniać, tworzyć, poprawiać.
Cóż, jestem kobietą, to mi wolno.
I z całą pewnością tak będzie dalej.
Mam jednak wrażenie, że doszłam do innej, głębiej leżącej motywacji.
Otóż do niedawna motorem wszelkich zmian było dla mnie niezadowolenie z tego, co panuje wokół mnie.
Ewentualnie z porównywania swojego stanu posiadania czy swoich działań z innymi.
Oba motywy mają u źródeł raczej negatywne emocje.
Czyli:
Zmieniam, bo mi się nie podoba.
Zmieniam, bo jestem niezadowolona.
Zmieniam, bo coś jest brzydkie, niewygodne, nieustawne itd.

Jakiś czas temu jednak chciałam sobie wyobrazić mój dom kompletnie wyremontowany, no tak dla podniesienia motywacji chociażby.
Bo negatywna motywacja ma to do siebie, że ciągle ją można nakręcać i tak ten proces może trwać w nieskończoność. Więc na takich założeniach można oczywiście osiągnąć kolejny poziom sukcesu, czy zadowolenia, ale w podtekście zawsze gdzieś tam pod spodem będzie się krył jakiś negatyw.
Wracając do wyobraźni.
Starałam się wyobrazić sobie mój całkowicie wyremontowany dom.
I okazało się, że mi się to nie udało!
Nie z braku wyobraźni, bo tej mówiąc nieskromnie, mi chyba raczej nie brakuje.
Raczej z tego powodu, że jak już w myślach miałam wymienione wszystkie instalacje, pomalowane wszystkie ściany, wymienione wszystkie płytki, a ogród urządzony od A do Z zgodnie z zasadami feng-shui, okazywało się, że dokładnie w tym momencie zaczynałam go (nadal w myślach) przebudowywać.
Czyli stwierdzałam, że przydałaby się drabinka zewnętrzna do wchodzenia na dach, żeby nie używać wewnętrznej klapy do wychodzenia na ten dach (bardzo ciężko chodzi).
No a skoro już mowa o drabince, to dobrze by było dobudować zewnętrzną klatkę schodową, żeby można było w przyszłości podzielić się i swobodnie bez kolizji użytkować oddzielnie poszczególne piętra. Bo wtedy córka miałaby własne oddzielne mieszkanie, albo Mamę mogłabym kiedyś do siebie zabrać, jakby już sił jej nie starczało, albo gdyby okazało się, że samotność jej za bardzo doskwiera.
Potem oczywiście pojawiał się pomysł, żeby jeden taras przykryć wielkim szklanym dachem i przekształcić tę niewykorzystaną w sumie za bardzo powierzchnię w ogród zimowy.
A jakby już na tarasie był ogród zimowy, to można by było jeszcze urządzić oświetlone alejki w ogrodzie...
A właściwie to można by było zmienić układ pomieszczeń: kuchnię przenieść do gabinetu i odwrotnie!
Jeśli myślicie, że to koniec moich możliwości, to bardzo się mylicie :)
Mogę tak właściwie bez końca i zawsze znajdę jeszcze coś do zrobienia, przestawienia, przemeblowania, zastąpienia jednego drugim itd.
Jak mnie czasem takie myśli dopadną wieczorem, przed zaśnięciem, to urządzam i remontuję późną nocą, nie mogąc się wyciszyć i zasnąć. Czasem do 2 w nocy, a czasem dłużej.

W pewnym momencie udało mi się poobserwować siebie z boku i doszłam do wniosku, że problem leży tu we mnie. Czyli, że to nie dom ma pewne niedoskonałości, tylko ja nie potrafię zaakceptować tego, że nie wszystko jest perfekcyjne i idealne. Krótko mówiąc brakowało mi ciągle poczucia spełnienia i zadowolenia z tego, co już w nim zrobiłam. I czułam w środku nieustannie takie wewnętrzne ssanie, które nie pozwalało mi się cieszyć z tego, co jest, co dla wygody już sobie urządziłam, czy urządziliśmy.

Na szczęście znalazłam kilka mądrych książek, które mnie sprowadziły z powrotem od tych dalekosiężnych planów do TERAŹNIEJSZOŚCI.
I kiedy tak się wokół siebie rozglądam, to widzę wyraźnie, że przecież ja już mam wszystko, czego mi do szczęście potrzeba: są cztery ściany i szczelny dach. Jest ciepło i mam gdzie spać, pracować jeść oraz zarabiam na to, co wkładam do gara. Mam się w co ubrać, moja Córka też, mamy najważniejsze sprzęty do pracy, mamy materiały eksploatacyjne i zarabiam co miesiąc na opłaty różnych rachunków za media: prąd, gaz, w tym ogrzewanie, telefon, internet...
W zeszłym roku poprawiłam w domu to, co przeciekało i było zepsute, a te parę rzeczy, które są zniszczone i wymagają naprawy, nie wołają jeść, można żyć i z takimi, dopóki nie zbierze się więcej kasy.
Mam swoje łóżko, mam się czym przykryć, mam lampy do oświetlenia sobie domu nawet w nocy.
A od paru dni mam jeszcze doniczki porozstawiane na tarasach z pięknymi kwiatami i już jest wiosna i zaraz trawka wyjdzie zielona i będzie pięknie i jeszcze bardziej pozytywnie. I już stoją meble na tarasie, na których za parę dni będę mogła wyjść i posiedzieć oraz popatrzeć na ogród.

Skąd u mnie ten pęd niczym leminga, od jednej zmiany do drugiej - nie wiem.
Zmiany są oczywiście konieczne, ale nie wszystkie muszą być tak gwałtowne.
Trzeba też zostawiać sobie czas na ucieszenie się ostatnią poważną zmianą, na posmakowanie jej, na przyzwyczajenie się do niej. A czasem na urządzenie świętowania, że ta zmiana się dokonała.
A mnie te wszystkie pośrednie etapy umykały.
Uczę się zatrzymywać na nich i doceniać to, co już jest.
I dobrze mi z tym, spokojnie i czuję nareszcie zadowolenie.
Nawet, jeśli już widzę kolejne punkty na liście zmian.
Staram się wpasować w naturalny bieg rzeki zwanej życiem i czasem popłynąć też trochę z prądem, kładąc się na plecach i ledwo tylko poruszając ramionami i nogami. Wtedy w głowie słychać tylko taki jednostajny szum rzeki, a ciało jest zupełnie rozluźnione i spokojne.
Albo jak leśna droga, którą po prostu idzie się, nie zastanawiając specjalnie, jaki jest cel.

poniedziałek, 26 marca 2012

Sezon wiosenny oficjalnie rozpoczęty!

Witajcie w ten słoneczny poniedziałek Moi Kochani.
Odgrażałam się ostatnio, więc niniejszym prezentuję galerię moich nowych mieszkańców tarasowych i ogródkowych.

I nareszcie się doczekałam.
Kiedy tylko wstaję i schodzę wypuścić kota i psa, wyglądam na taras i widzę to:





 Te bratki zajęły honorowe miejsce na stole na tarasie:

 Bratki model mniejszy:
 Nie pamiętam nazwy tego kwiatu, ale dla mnie liczy się jego kolor i kształt, bardzo lubię takie wielokwiatowe kwiatostany z drobnymi kwiatami:
 Goździki zamieszkały w doniczce razem z bratkami, myślę, że im razem do twarzy:
 To są chyba krokusy, ależ ja lubię taki żywy żółty kolor:

Te wylazły z ziemi samiusieńkie, bez mojej pomocy, czy to są może krokusy?
Klarka mi pomogła, to są szafirki, naprawdę pięknie sobie radzą, są wieloletnie, nic kompletnie z nimi nie muszę robić, a one i tak co roku zachwycają swoją niebieskością!

 A te bratki dosadziliśmy do wytrwałych sukulentów, które dzielnie przetrwały zimę:
 Jeszcze wprawdzie trochę za chłodno, żeby tu pić kawę, poza tym wieje wiatr, ale wszystko już przygotowane na sezon:

 Te słoneczniki tak się do mnie uśmiechnęły w sklepie, że musiałam je zabrać ze sobą do domu i ustawić w przedpokoju, a w zasadzie w przedsionku. Pasują do modelu pojedynczego sprzed kilku lat.
Meble tarasowe umyłam dokładnie w ubiegły weekend, a wszystkie kwiaty posadził w ten weekend Mark.
Patrzenie na nie, przyglądanie się, jak rosną i stają się każdego dnia coraz większe i bardziej kolorowe to dla mnie ogromna przyjemność.
Zrozumiałe więc, że okna też umyłam :) Zostało mi jeszcze tylko jedno na dole i parę na piętrze sypialniano-garderobianym.
Ale czuję się po tym myciu okien i sadzeniu kwiatów (najpierw trzeba było pojeździć po sklepach i wyszukać odpowiednie) i sprzątaniu kolejnych kątów w domu jak po niezłym fitnessie.
Zresztą zawsze takie porządki dedykuję przede wszystkim sama sobie, bo na przykład takie patrzenie przez umyte i wreszcie przejrzyste okna to dla mnie czysta przyjemność.
Poza tym doszorowuję i porządkuję kolejne pomieszczenia.
W strefie Klienta stanął wysoki wazon ze sztucznymi kwiatami, ułożonymi przez moją Kochaną Latorośl! Wygląda super i tylko ja niemota zapomniałam dopisać autorstwa, ale się moje Dziecko właśnie upomniało, więc niniejszym ogłaszam, że moja Artystka też mi bardzo w ten weekend pomagała i w ogóle w takich sprawach bardzo chętnie pomaga!
Zresztą we wszystkich kątach stoją jej wyroby ceramiczne :)


ozdabiam też powoli łazienkę i pokój przechodni, przez który się do niej przechodzi.
Mały przedpokoik za garażem, znajdujący się tuż przed wejściem do łazienki dla klienta też wysprzątałam i powiesiłam niedrogie, ale gustowne obrazki.
Nie jestem jednak jeszcze do końca usatysfakcjonowana, coś tam jeszcze na pewno w najbliższym czasie dodam.

Tu prośba o poradę na temat trudnej do doszorowania podłogi:
Mam przed sobą jeszcze jedno ważne zadanie: doszorować w piwnicy, przynajmniej w miejscach, gdzie mogą przechodzić klienci (do łazienki i w łazience) stare i mocno wżarte i straszliwie chłonące brud maleńkie kafelki ułożone w biało-czerwoną szachownicę.
Zeszłoroczny remont dołożył swoje, bo robotnicy całkowicie mi te płytki zdeptali - nie byłam w stanie przez pół roku utrzymać tam czystości, chociaż starałam się chociaż raz dziennie przelecieć w piwnicy podłogę mopem.
Trochę szkoda mi kupować i rozkładać tam jakąś wykładzinę czy zrywać te i układać nowe płytki.
Ale szorowanie tej podłogi mopem ledwo co daje efekt.
Spędzam więc wiele godzin na szczotkowaniu pojedynczych kafelków małą ręczną szczotką.
Efekty powoli widać, ale obawiam się, że moja praca pójdzie na marne, jak tylko nastanie lato i zaczniemy częściej tamtędy chodzić.
Może macie jakieś sprawdzone sposoby na doczyszczenie i może jakieś zakonserwowanie potem takich płytek?
W zeszłym roku zapastowałam tę podłogę i to trochę pomogło, nowy brud się nie wżerał.
Ale czuję, że jak nie doczyszczę tego tak porządnie, to pastowanie spowoduje tylko, że brud zostanie tam już na amen. Metody mogą być pracochłonne, bo i tak moja póki co wydaje mi się najbardziej pracochłonna, byle by były skuteczne!
Jeśli panie i panowie domu mogą mi tu jakoś pomóc, to chętnie przyjmę Wasze porady.

Ogólnie rzecz biorąc, jak widać, wiosenne porządki idą mi lepiej niż praca :)
Aha, i oczywiście WIĘCEJ ZDJĘĆ ZNAJDZIECIE TUTAJ!

piątek, 23 marca 2012

Niektórym to dobrze...

Niektórzy mogą się od rana pobawić w palenie ogniska:















 Jest też czujny pies pasterski, który czuwa nad tym, żeby nic się nie stało i nie zaatakował żaden wróg:
 ... i korzystająca na całego z wiosennej aury kiteczka:
 Trzeba zachować czujność:
No i jak ja mam w tych warunkach siedzieć przy komputerze i pracować? No jak!?