Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

czwartek, 31 maja 2012

Satysfakcja

Veni, vidi, vici Moi Drodzy!
A było tak.
Już na wstępie, jak Wam pisałam, poinformowano mnie, że szef firmy, dla której mam tłumaczyć to istny Postrach.
Znam jednak i to od lat temat, w którym miałam tłumaczyć i nie odczuwam też strachu, jeśli dobrze się czuję w danym temacie.
Tak więc przeczytałam trochę przesłanych do przygotowania materiałów, stwierdziłam, że akurat dla mnie to pesteczka, po czym zajęłam się innymi czynnościami, w tym fryzjerem itepe, jak pisałam w poprzednim poście.
Tak przygotowana przedarłam się przez zabarykadowaną regularnie stolicę. Zawsze na szczęście wyruszam z wyprzedzeniem, więc i trasę przebyłam na czas.
Wsparcia udzieliła mi tego dnia Mama, bo ostatnio okazało się, że skończyły mi się środki na karcie do parkowania. Niestety o tym ponurym fakcie przypomniało mi się wieczorem tuż przed dzisiejszym zleceniem. Kochana moja Mama poszła uzupełnić kartę z samego rana, po czym dowiozła mi ją do domu, żebym się nie stresowała podczas dojazdu na zlecenie.
Kiedy dotarłam na miejsce, było jeszcze trochę czasu, więc szybko po przywitaniu skorzystałam z okazji i zaczęłam dowiadywać się, ile tylko możliwe, na temat spotkania, które miało się odbyć za parę minut.
Po kilku wstępnych minutach usłyszałam od Postracha: Jak na razie Pani jest najlepszą tłumaczką z tych, których mieliśmy przysyłanych przez ostatnie pół roku, jest Pani szósta i będzie Pani miała pracę przez długi czas przy tym projekcie.
Zawsze jest miło słyszeć takie słowa, nawet po wstępnej wymianie uprzejmości i omówieniu przypadku. Ja jednak zaapelowałam do Pana Postracha, żeby poczekał z tymi pochwałami, aż dokończę moją pracę.
A że pracowało mi się świetnie, na koniec opinia została powtórzona.
I takie momenty napawają mnie głęboką soczystą satysfakcją.
Przez cały dzień się do siebie uśmiecham i się chwalę.
Takie chwile są potrzebne, szczególnie po spotkaniach z kilkoma innymi, nie umiejącymi docenić dobrego warsztatu i fachowej obsługi klientów.

Wybaczcie, ale dopiero skończyłam pisemne tłumaczenia na jutro rano i nie mam już siły odpowiadać na komentarze pod poprzednim postem.
Tym bardziej, że wolałam o tym napisać teraz.

Do wiadomości Mości Pana Wachmistrza: z niemieckiego i na niemiecki. :)
Bardzo miło mi było wrócić do domu i przeczytać tyle Waszych życzliwych uwag i komentarzy!
A teraz jeszcze trochę odpowiem, na ile dam radę ...

A teraz idę spać, bo zasypiam już tu nosem na klawiaturze, a wyglądam podobnie jak kicia, która nota bene oberwała dziś prosto w pyszczek, ale nadal jeszcze nie wróciła do domu, znów wygląda na to, że będzie spała na dworze.

p.s. a jak już dostanę tę wielką kasę, to chciałabym podjechać takim autkiem, jak powyżej - zdjęcie zrobiłam jesienią zeszłego roku na wystawie nowości Bugatti.

wtorek, 29 maja 2012

Po kobiecemu

Nie mogłam się oprzeć, żeby nie zamieścić na początku tych moich kwiatów, chociaż one ani na temat, ani nie mają nic wspólnego z tym, co napiszę.

Dziś się mianowicie chwalę.
Bo właśnie dziś postanowiłam zrobić coś dla siebie.
Dla domu już przez ostatnie miesiące zrobiłam dość.
A ja jako ta myszka po kątach przemykałam, ledwo co nadążając ze wszystkimi sprawami.
Pewnego dnia myszka spojrzała na siebie w lustrze i zakrzyknęła z przerażeniem coś w rodzaju:
- O mein Gott!
Tak przecież wyglądać nie mogła!
Ale drugie spojrzenie w lustro potwierdziło tę smutną rzeczywistość.
Długo się nie zastanawiała.
Policzyła drobne i zadzwoniła do pewnego salonu.
Po pierwsze:
- wizyta u fryzjera,
a po drugie:
- kilka minut na solarium, w tymże salonie fryzjerskim.

Kolejne spojrzenie w lustro wykazało zdecydowane zmiany:
Włosy odświeżone, pachnące, odżywione i jak nowe :)
Skóra też nieco przybrązowiona, chociaż jeszcze za dobrze nie widać efektów, bo to było solarium brązujące.
A to wszystko, żeby jakoś przygotować się psychicznie do jutrzejszej pracy.
Podobno czeka na mnie Postrach.

Zobaczymy, jaki tam z niego postrach, ale specjalnie jakoś się nie obawiam. W końcu nie mam za niego wyjść za mąż, a tylko potłumaczyć przez parę godzin. :)

Moje najgorsze w życiu tłumaczenie już przeżyłam, a przynajmniej mam taką nadzieję, że nic gorszego już mnie nie spotka, więc tego się nie obawiam.
Lata praktyki robią swoje i sprawiają, że zawsze jestem przygotowana w zasadzie na każdą ewentualność.
Ale na wszelki wypadek przygotowałam się ze wszystkich materiałów, jakie otrzymałam.
Mimo wszystko trzymanie kciuków nie zaszkodzi!

Z wielką radością chcę się też pochwalić, że:
- prawie codziennie nadal jeżdżę na rowerku, dzięki czemu i ja cała, i moje kolanka w szczególności, czujemy się naprawdę o wiele lepiej, niż na początku sezonu;
- hydraulicy obiecali skończyć swoją robotę do końca tygodnia, maksymalnie do poniedziałku.
Nie mogę się doczekać, ale na razie przyjmuję te wieści ostrożnie!
Na szczęście dziś kot sprawił nam miłą niespodziankę i wrócił do domu tuż po 22-giej.
I jeszcze Wam napiszę, co mi się najbardziej marzy,
A więc marzę o tym, że że mam dokończoną całą pracę, na konto właśnie wpłynął mi duży przelew za ostatnią pracę, poza tym remont mam zakończony, a dorodny mężczyzna (najlepiej własny) wachluje mnie wielkim liściem, podczas gdy ja drzemię sobie i czytam na przemian na moim tarasie na huśtawce ... oj, z tym mężczyzną wachlującym to się chyba rozpędziłam, wystarczy, żeby o ogródek zadbał i skosił trawę, ale ogólnie chodzi o ten nastrój leniwej laby :)
Chciałabym też wreszcie napisać tu i nie tylko tutaj coś sensownego, zamiast kolejnych doniesień z frontu robót, ale przy takich obciążeniach po prostu nie daję rady.


Wszystkim Wam życzę udanej drugiej połowy tygodnia.

poniedziałek, 28 maja 2012

Pierwszy kryzys, czyli o bezmyślności albo o liczeniu na bezmyślność bądź niedomyślność Klienta niezbyt wesoło

Po raz pierwszy mi skoczyło ciśnienie.
To znaczy skoczyło z powodu remontu już raz.
I za każdym razem powodem była beztroska i jakieś takie dziwne myślenie hydraulików.
Czy oni myślą, że jak się umawiamy na wymianę całych pionów w domu, to ja nie zauważę, że do tegoż pionu podłączona również jest toaleta w piwnicy? Do wymiany w tej toalecie były dwie rury, jedna umywalkowa, druga sedesowa. Wymienili wszystko, co biegło do góry, a tę toaletę zostawili, nie wiem, po co.
A kiedy już się wzięli za wymianę tych dwóch rur, to tak im to szło, że zniszczyli ostatni nie przeciekający sedes i wymienili na inny odpadowy, ale za to zapychający się.
Z tego powodu byłam skazana na zakup nowego, którego jednak oni już nie wymienili, bo ich po prostu nie było. Gdyby nie pan Wiesław, wpadłabym w czarną rozpacz.
Na szczęście jemu nie trzeba było dwa razy powtarzać, w pół godziny wymiana została dokonana i dzięki temu mamy w domu nadal jedną funkcjonującą toaletę.
A wracając do hydraulików. "Zapomnieli" też o rurach umieszczonych w piwnicy, rozprowadzających wodę od głównego zaworu za pompą na cały dom. Przecież wszystkie te rury są rurami stalowymi, niosącymi w środku piasek, rdzę i osady, po to je przecież wymieniam na nowe.
Okazuje się, że te rury trzeba im będzie też co do jednej pokazać palcem i powiedzieć: te też proszę wymienić.
Bo jednak wbrew ich oczekiwaniom zauważyłam, że te rury nadal są nie wymienione.
I zdenerwowałam się o to już wczoraj.
Nie rozumiem dlaczego hydraulicy czekają, aż mi to palcem znowu pokażę, podobnie jak czekali na pokazanie palcem rur w jedynej używanej też przez nich przez cały czas toalecie w piwnicy.
Dziś niestety znów mnie to czeka pokazywanie palcem.
I dobrze, że w ogóle przyjadą, bo ostatnio byli tydzień temu.
To są w sumie bardzo mili, dobrze wychowani panowie.
Jak już im pokażę, to najwyżej trochę postękają (chociaż nie wiem, jakim prawem), ale zrobią, co trzeba.
Tyle że potem za każdym razem mam całe sprzątanie od nowa, bo wymiana każdego fragmentu rur to jest kucie, a potem mozolne czekanie na opadnięcie pyłu i znowu sprzątanie po tym wszystkim.
Kiedy robię po kilka podejść do tego samego pomieszczenia, to mnie już coś strzela.

Poza tym takiego typu podejście do pracy mnie dziwi w każdym zawodzie.
Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, żebym nie przetłumaczyła części tekstu tylko dlatego, żebym liczyła na to, że Klient tego nie zauważy!
Gdybym to zrobiła, nikt by mi za taką pracę nie zapłacił i jeszcze bym się skompromitowała i nikt by mnie więcej nie zatrudnił!

Myślę, że oni też o tym dobrze wiedzą, ale liczą po cichu na to, że jednak ten klient (czyli ja) to dupa i nie zauważy, że część rur jest nie wymieniona.
Inne wytłumaczenie mi do głowy nie przychodzi, bo przecież trudno mi uwierzyć, że są aż tak bezmyślnymi jednostkami (ale powoli zaczynam się zastanawiać, czy może jednak nie są).
No to sobie poużywałam.
Uwag do hydraulików nie warto jednak wygłaszać tonem strofowania, bo tego akurat nikt nie lubi i nikt w ten sposób nie chciałby słyszeć, że coś się klientowi nie podoba.
A mnie zależy na tym, żeby zrobili to chętnie i do końca.
Muszę się więc wyluzować i to wszystko, co mam do powiedzenia, powiedzieć im na spokojnie.
W dodatku dziś się spóźnią, bo samochód im nawalił.
Ech, mnie też czasem coś nawala, ale na zlecenie jeszcze NIGDY się nie spóźniłam.

Największy wysiłek wkładam na co dzień w sprzątanie, bo nie będę przecież siedziała na kupie gruzu przez dwa-trzy a może więcej miesięcy, muszę w domu prowadzić w miarę normalne życie.
Dlatego niezmordowanie powtarzam codzienny rytuał z mopem.
Ale to mnie kosztuje tyle sił, że potem padam na pysk co wieczór.
Córa pomaga, jak może, ale ma teraz już od dwóch tygodni sesję, więc teraz za bardzo nie może.

A kiedy ekipa hydrauliczna przychodzi mi teraz raz na tydzień i mówi, że przecież się nie spieszy, bo pan Wiesław jeszcze nie wszedł do górnej łazienki, to oni mogą znów przyjść za tydzień, to mam dość.
Zmusić jednak kogoś, żeby nie szedł do innej pracy, tylko jednak skończył u mnie szybko, sprawnie i w terminie, nie jest łatwo, a skoro już zaczęli i w sumie swoją robotę robią dobrze, to chcę też, żeby skończyli.
Co mnie to jednak kosztuje, tylko ja wiem.

I przez cały czas się zastanawiam, skąd ta nierównowaga, dlaczego ze mną, tłumaczem, wszyscy próbują się targować o cenę moich usług, kiedy są zrobione na najwyższym poziomie i do końca, nigdy nie zawodzę klienta i jestem naprawdę w 100% profesjonalna. Za to z takim hydraulikiem w zasadzie nie ma dyskusji.
Przychodzi do pracy, kiedy chce i kiedy akurat mu nie wpadnie inna robota, więc trzeba znosić pracę w przerwach pomiędzy innymi fuchami i jeszcze nie bardzo można się sprzeciwić, bo znajdzie sto argumentów na poparcie swojej tezy, po czym i tak zrobi to, na co ma ochotę, a niekoniecznie to, co trzeba.

Wiecie, że rzadko narzekam i marudzę, ale czasem i mnie przyciśnie.
Mam tylko nadzieję, że skończą dziś chociaż to, co zauważyłam plus moją łazienkę i nie będę musiała na to patrzeć przez kolejny tydzień.
Ale gwarancji na to nie mam żadnej.
Jedną z najgorszych konsekwencji jest to, że dopóki oni nie skończą, to będzie gruz.
Gruz póki co usypujemy w rogu ogrodu, ale wiadomo, że trawa pod tym już w tym sezonie przygnieciona nie wyrośnie.
A dopóki jeszcze ma być gruz i stare rury, to nie mogę zamówić kontenera. Więc kupa gruzu spoczywa w pokoju, a raczej w ogrodzie już ponad miesiąc i straszy, bo na niej leżą stare umywalki sedesy, spłuczki i inne takie.
Męczy mnie to niepomiernie, ale jak zwykle tylko sobie pogadać mogę i liczyć na to, że mi się już jednak dziś hydraulicy sprężą i skończą przynajmniej większość prac.

Trochę się wygadałam, co nie zmienia faktu, że nic tym wygadaniem nie zmienię, bo za chwilę trzeba będzie znów wrzucić uśmiech numer pięć, zacisnąć zęby i uzbroić się w cierpliwość, a jeszcze przy tym kuciu i przewijających się przez mój dom kontrolerach (bo to też nade mną wisi i nie powiem, że dobrze na mnie działa) jakoś moją pracę wykonywać, bo przecież kasa przy remoncie wypływa szybciej, niż się ją zarabia i potrzeba więcej i więcej...
A przyznam się Wam, że praca w tych warunkach łatwa nie jest.
Dlatego ostatnio dość trudno mi się pisze na wesoło.
Humor poprawiłoby mi szybsze zakończenie pracy przez hydraulików. Tego więc możecie mi życzyć.
Ratuje mnie to, że od czasu do czasu, kiedy już wszyscy wyjdą z domu, mogę usiąść na tarasie z kolacją i herbatką.
A kiedy popatrzę sobie za tarasu na te dwa zwierzaczki, to też mi od razu lepiej.
I właśnie tak staram się szukać spokoju.

niedziela, 27 maja 2012

Aktualizacje, remont, naprawy, trudności obiektywne i na koniec ucieczka w krainę kwiatów

W tej chwili mam w domu tyle roboty, że mi się o tym nawet pisać nie chce, bo od samego pisania odczuwam zmęczenie. Doszły też dodatkowe obowiązki i niestety nie jest to tylko praca.
A tymczasem jeśli się dobrze rozejrzeć, można zobaczyć po raz kolejny, że świat jest piękny, pokazuje nam milionami niby takich zwykłych a na co dzień ledwo co zauważanych biologicznych istnień, że warto żyć.
Jeśli tylko mieć oczy i uszy szeroko otwarte, można posadzić, a potem zobaczyć we własnym ogrodzie takie kolory, kształty, fakturę.
Te białe samosiejki nie przestają mnie zachwycać, rosną obok konwalii tuż obok schodów na ogród.
A ten jeden królewski kwiat postanowił pokazać, co to znaczy przepych.
Z drugiej strony według mnie wygląda, jakby pokazywał język :)
Znów łąka tych białych, jak mawia również Nika.
Nie mogę się też napatrzeć na kolory tego kwiatu.
Najzwyklejsze goździki rosną już od marca i wcale nie zamierzają przekwitnąć, trzymają się dziarsko mimo różnych zawirowań pogodowych.
Tuż za więdnącymi płatkami pelargonii momentalnie pojawiają się nowe.
 I znowu te maleństwa (w naturze mają nie więcej, niż 5 cm w obwodzie kielicha kwiatów).

Pogoda w ten weekend była wprost wymarzona: nie za gorąco, nie za chłodno.
Nie bardzo mi się chce pisać o tym, co jeszcze nie jest ogarnięte (a o zepsutym wężu ogrodowym i polewaczce też mi się nie chce), więc napiszę o tym, że mi sprawia radość.

Dziś po południu największą przyjemność sprawił mi niespodziewany krótki spacer z Córką i  kolacja na tarasie.
A przedtem spędzenie na luzie trochę czasu z Córką i jej chłopakiem (tu zdjęć nie będzie, chociaż korci).
Pogadaliśmy i pośmialiśmy się, było bardzo miło.
Dla zintensyfikowania przyjemności chwyciłam do rąk aparat, żeby uwiecznić najpiękniejsze kwiaty na tarasach i w ogrodzie.

A teraz trochę kalendarza osobistego.
1. Remont 
rozpoczął się 24. kwietnia, minął już ponad miesiąc. Póki co jeszcze żadne pomieszczenie nie zostało skończone, ale postępy są bardzo widoczne.
2. Prace dodatkowe 
rozszerzyły mi jak zwykle zamierzony zakres prac, ale są rzeczy, których nie da się zrobić później.

Trudności obiektywne (pominę najlepiej milczeniem).
Są też sprawy ważne, trudniejsze, ale o tych dziś pisać nie będę.
Pomyślę o tym jutro albo nawet pojutrze.
Dziś popatrzę na moje kwiatki.

Dziś chcę jeszcze posłuchać na tarasie ptaków i odgłosów spokojnego życia z całej okolicy.
I tak jest dobrze.

Aktualizacje
Dla poprawienia humoru ściągnęłam odpowiednie oprogramowanie z sieci i skonfigurowałam sobie pięknie synchronizację danych między komórką a laptopem!
Jakby co żaden kontakt a nawet SMS mi już nie zginie!
Poza tym oba urządzenia łączą się bez problemu między sobą za pomocą nie tylko za pomocą kabla, ale też łącza blutooth, a to przez ostatni czas mi nie funkcjonowało.
Ściągnęłam, wgrałam, połączyłam i zsynchronizowałam wszystko sama.
Jeśli więc trafi mi się konieczność odbioru kiedyś jakiegoś zlecenia podczas podróży, już nie muszę mieć innego przenośnego internetu, ten z komórki mi wystarczy. :) I to jest w tym wszystkim  najważniejsze!
Naprawy
Dla usprawnienia codziennego życia byłam zmuszona kupić nowy i wymienić w całości dolnopłuk w jedynej działającej toalecie w piwnicy, bo już nie tylko ciekła spłuczka, ale się zapychało... No więc walczyłam z "dekupażem" przy pomocy proszku do czyszczenia rur, czyli Kreta i gorącej wody.
Ale tak czy inaczej było to mało przyjemne, więc zdecydowałam się na radykalne działanie.
I powiodło się. Wszystko już działa, odpukać, doskonale!
Codzienność w czasie remontu
Myjemy się nadal jak na koloniach, czyli w piwnicy.
Poza tym nadal codziennie przelatuję mopem cały dom i pod wieczór wszystkie mięśnie mnie bolą i padam spać ledwo żywa.
Na szczęście miewam jeszcze siłę jeździć na rowerze, dzięki czemu patrzę też na innych ludzi, inne domy.
A dziś już chyba nie uda mi się popracować, zwycięża zmęczenie z całego tygodnia. Najlepiej myśli mi się o niebieskich migdałach.
W końcu to ostatnie wolne kilka godzin tego weekendu.

Dobrego tygodnia Wam życzę.
Dla tych z Was, którzy lubią zdjęcia kwiatów, TUTAJ zamieszczam ich więcej.
A na dobranoc:


I jeszcze ten z irokezem!




piątek, 25 maja 2012

Jak tarzał się pies

Piesio: Poczułem się doskonale? Jest mi dobrze?
To świetny pretekst, żeby się rzucić na murawę i wytarzać.
Aktualizacja!
Udało mi się dziś nagrać tarzającego się psa, na początku wprawdzie jest kot, a potem zaczyna się jazda i widać całe przedstawienie, jak się tarza piesek!
video
Wbrew oczekiwaniom niektórych z Was nasz piesio czas tarzania się w odchodach ma na szczęście (póki co, bo nigdy nie wiadomo, co będzie jak zniknie mi w obcym miejscu z pola widzenia) za sobą. A tarza się po prostu w trawie, wydając z siebie dodatkowo prześmieszne mruczenia, zawodzenia, radosne warknięcia, szczeknięcia, mlaskania i znowu mruczenia, pojękiwania itepe. Aż trudno to wszystko nazwać, a zaczyna się najczęściej z samego rana, powtarza kilka razy dziennie i moim zdaniem wygląda przebosko! :)
Szkoda, że Państwo tego nie widzą i nie słyszą na żywo. Może uda mi się go kiedyś nagrać, to Wam filmik puszczę. Ale te pozycje chyba też mówią same za siebie:

























Miłego oglądania :)