Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

środa, 27 czerwca 2012

Orka

Tytuł mógłby wskazywać na ssaka morskiego wielkich rozmiarów, biało-czarnego, pod natchnieniem którego nawet powstał jeden z najbardziej znanych filmów familijnych.

Z przyjemnością bym sobie popisała o orkach, ale niestety tytuł opisuje mój stan w dniu dzisiejszym, wczorajszym, jutrzejszym i właściwie jeszcze wielu dniach, które mnie czekają.
Nie to, żebym narzekała, w końcu jako jedna z nielicznych nie narzekam, że nie mam pracy, albo że nieciekawa.
Bo ciekawa jest jak diabli - tematyka rozległa, trzy strony z zakresu przemysłu motoryzacyjnego, osiem związanych z muzyką, kolejnych cztery stanowi opis urządzeń myjących do użytku komercyjnego, którymi da się umyć tak dom, jak i czworonoga.
Jeszcze jeden mały tekst to akt - nie piszę jaki, bo jednak obowiązuje mnie tajemnica. o, właśnie był telefon. Są dwa akty. I niestety - nie takie akty, jakie bym sobie chętnie pooglądała, męskie najchętniej, a jak ładne kobiece, to czemu nie, też bym chętnie zobaczyła.
Ale wracając do pracy: na dokładkę mam jeszcze taki długi, przesiąknięty trudnymi pojęciami technicznymi tekst budowlany - czyli to co lubię, ale bardzo niszowa tematyka.
W międzyczasie doszedł jeszcze list odręczny raz.
I dokumenty do Urzędu Celnego.
I to wszystko jakoś przetwarzam.
Ale przyzna, że nie mogę się doczekać czegoś z zakresu prawa, bo to by było przynajmniej coś, co rozumiem.
I tak błądzę po tych nieznanych morzach i oceanach, starając się wyłowić jakiś sens w moich tłumaczeniach. Ale sensu nie ma. On istnieje tylko dla tych urzędów, a dla mnie w jedynej istotnej formie, czyli formie płatniczej.

Nikt nie obiecywał, że zawsze będzie łatwo, ale różnorodność nie pozwala się nudzić.
Jednak ilość tematów do ogarnięcia sprawia, że orka robi się trudna, praco- i czasochłonna, jednym słowem żmudna.
Gdybym tylko mogła wyjść do ogródka i zebrać wyrośnięte w tym czasie na drzewkach banknoty, z przyjemnością dałabym popracować komuś innemu.
A potem bym poszła najpierw do marketu, dokupić to co niezbędne, a na co nadal jeszcze nie ma środków.
Potem bym się poszła ubrać...
Nie to, że teraz siedzę i piszę tu rozebrana, ale wiadomo, jak kobieta w danym sezonie kupiła tylko jedną bluzkę, to nieubrana jest przecież!
Nakupiłabym sobie i córci całą stertę rzeczy, nurzałybyśmy się w stosach bluzek, spodni, spódnic, rajstop, bielizny i kosmetyków. Na dodatek jeszcze kilka par butów i torebek...
A potem bym nas wszystkich wywiozła na wakacje, niech by sobie tutaj mój Wiesław został i pracował, a my nad ciepłe morze... I na deskę z żaglem albo popływać, a potem na wycieczkę.
Albo chociaż w góry bym gdzieś pojechała, albo zamki pooglądać, tyle ciekawych miejsc wszędzie ...
Ech, marzenia!
A ja nic tylko - gabinet, kuchnia, łazienka, piwnica, sypialnia.
Zakupy: market jeden, drugi, trzeci. Market spożywczy.
Docieram i tak na zamknięcie, bo dopiero po skończeniu pracy i nie chce mi się jechać w korkach.
Czyli orka na całego.
Ale cóż. Pracuję i jeszcze chwalę, że mam co robić!
Żeby mi nie było nudno, przybyły dodatkowe obowiązki i z hukiem zwaliły się na mą biedną głowę. Ale powoli je wyprostowuję, a pracą staram się nadrobić powstałą w pewnym miejscu wyrwę.
Będzie dobrze, bo musi!

wtorek, 26 czerwca 2012

Dopełnienie

Lekcja języka polskiego w szkole, klasa 3 podstawówki.
Pani nauczycielka pyta dzieci:
- Powiedzcie mi proszę, jakie znacie części zdania.
Pada kilka odpowiedzi, oczywiście: podmiot, orzeczenie.
Pani drąży.
- A czy któreś z Was zna może jeszcze jakieś inne części zdania?
Ada (córka mojej Przyjaciółki) podnosi rączkę i wezwana do odpowiedzi mówi:
- Dopełnienie.
- O, jak ładnie, to przecież dopiero materiał 6 klasy! A skąd Ty znasz tę część zdania? - pyta dziecka.
- Bo proszę Pani, jak ja z siostrą mówimy coś nie do składu i mama nie wie, o co nam chodzi, to zawsze wtedy mówi: - Mówcie proszę całym zdaniem: podmiot, orzeczenie, dopełnienie!

p.s. Podkreślam, że to sytuacja z życia wzięta, a zarówno moja Przyjaciółka, jak i jej rezolutne córki istnieją i często są bohaterkami moich postów :)

niedziela, 24 czerwca 2012

Spamerom dziękujemy i nie zapraszamy

Post o sensie blogowania, określony przez niektórych nawet Bloger Statement, spotkał się z dużym zainteresowaniem. Czy to dlatego, że zamieściłam na nim spis moich najulubieńszych blogów (póki nie padłam z przeziębienia pisałam i pisałam ... ), czy może z innych powodów, odezwali się prawie wszyscy wymienieni blogerzy. Oczywiście nie odezwali się Ci, z którymi istnieje niepisana umowa, że zajrzą, jak im będzie po drodze.
I dobrze. Wiem, że zaglądają, nawet kiedy nie komentują.
I jestem spokojna, że jestem dla nich Kimś, kto może wyłącznie w sensie wirtualnym, ale istnieje jako żywa osoba, Autorka tego Bloga.

Wpadło jednak do mnie również przy tej (i nie tylko przy tej) okazji parę osób, które chyba nie rozumieją, na czym dla mnie polega ta zabawa.
Wpadnięcie na moją listę blogów (bo najłatwiej, najbliżej i najmniej trzeba czytać) i prośba o zamieszczenie kompletnie nieznanego mi bloga autora, którego widzę i czytam pierwszy raz uważam za dość bezczelną próbę wskoczenia gdzieś, gdzie tego kogoś nikt nie zapraszał.
I właśnie w takich momentach przypomina mi się kawał opowiadany u mnie już w podstawówce o tym, co to (w kolejce oczywiście) nie stał, a wepchał się, kojarzony naturalnie jednoznacznie przez kolejkową społeczność.
Kawał z brodą, a jakże aktualny!

Jeszcze mniej zrozumiałą dla mnie formą są maile, które czasem otrzymuję.
Mail otrzymany z adresu, który pierwszy raz widzę, słyszę itepe.
Człowiek się niby grzecznie przedstawia i pyta, czy go nie dodam do linków...
Ale że co?
A dlaczego niby ja?
Co to ja agencję modelek prowadzę?
No sami powiedzcie?
Nie mam jeszcze stażu muzealnego, czyli blogerką jestem od 2009 r.
Moja Czytelnia jest tworem spontanicznym, uzbierało się trochę adresów i linków, które tam umieściłam przez wielką sympatię albo z powodu takiego, że to według mnie po prostu dobre blogi!
Przez ostatnie lata blogowania uzbierało mi się pewne grono blogerów, których czytam z lubością i o tym napisałam we wspomnianym wyżej poście.
A to ja u nich bywam, a to oni u mnie. Mam wrażenie, że większość z nich przeczytała chociaż ze trzy teksty, które napisałam w całości (a niełatwe to było, bo pisać lubię dużo i trzeba mieć krzepę!).
Te konkretne osoby, które kojarzę z nicka i bloga, często znam z imienia i nazwiska, często już po pierwszym komentarzu zaskarbiły sobie taką sympatię, że od razu z miejsca zaczęłam u nich bywać.
Jak mnie najdzie, dodaję ich blogi do Czytelni.
Ale ja znam tych wszystkich blogerów, blogerki, i lubię ich blogi. Oni bywają u mnie, komentują, zostawiają swoje myśli, swoją dobrą energię. To jest coś, czym mnie przekonują do siebie.
I właśnie dlatego te blogi są na mojej liście!
Nie ma tam blogów nieznanych mi, które wpadłyby z przypadku!
Więc proszę mnie nie prosić o zamieszczanie Waszych blogów na zasadzie - a nóż-wiedelec się uda!
Albo metodą adresik za adresik.
Wiedzcie proszę, że takie maile czy takie propozycje traktowane są podobnie do tych wszystkich propozycji kredytowych lub doradztwa finansowego, które dostaję w ilościach hurtowych na każdą skrzynkę dzień w dzień i KASUJĘ BEZ CZYTANIA!

A skąd się w ludziach bierze nagła chęć zaistnienia na mojej liście blogów?
Jest tyle różnych rankingów, a niech idą, niech się wpisują, reklamuję, ile wlezie.
Jeśli będą dobrze pisać, jeśli zajrzą tu i tam, przeczytają co kto napisał i skomentują z głową, z pewnością każdy normalny bloger da im szansę zaistnienia u siebie, a nawet wypromowania (często zdarza się to Klarce, ładnie o innych blogach pisze też Iva Pas).

Ale skąd się biorą takie dziwne osoby, które spadają znikąd i - przekonane o własnej niezwykłości, o której jednak wiedzą zapewne tylko one - żądają: dodaj mnie!
Albo lepiej: wpadnij, przeczytaj, jeśli Ci się spodoba, to mnie dodasz.
A czym mnie ta Osoba, że tak powiem, zachęciła do zajrzenia do jej bloga?
NICZYM mnie nie zachęciła, najwyżej spowodowała, że z całą pewnością po takim wstępie NIGDY tam NIE ZAJRZĘ!

Sami wiecie, że mam na liście mnóstwo blogów.
Każdy rozsądny człek zdaje sobie sprawę, że nie sposób zajrzeć na wszystkie nawet w jednym tygodniu.
Ale żeby mi tak włazić zupełnie znienacka i kompletnie bez zachęty i liczyć na rewanż w odwiedzinach (a bo ja jestem taki fajny/ taka fajna), to mi się w mojej pięknej głowie nie mieści.

Podobnie jak nie przepadam za wykorzystywaniem bloga do poszukiwania zaginionych: ludzi, zwierząt itp., do prowadzenia akcji charytatywnych itp. Pisała o tym też ostatnio Klarka.
Według mnie takie rzeczy można zrobić czasem, raz na jakiś czas, wyłącznie z potrzeby serca, jeśli coś wyjątkowo wzruszy. Poza tym swoją dobroczynność wolę uprawiać poza blogiem, jeśli mam taką potrzebę. I dlatego wręcz tej formy nie lubię, uważam że są lepsze miejsca do tego przeznaczone.
No więc może przez to będę miej popularna, albo mniej lubiana, ale tak mam i tego nie chcę u siebie zmieniać.

Blogi (wg mnie) są do pisania (przez Autorów) i do czytania (przez Czytelników).
Blogi nie są (wg mnie) do reklamowania innych blogów ot bo ktoś mi wrzuci spam, nie są też żywą reklamą czegoś lub kogoś, a jeśli już są, to powinno to być powiedziane wprost, bez ogródek: sprzedam ..., cena taka i taka ..., zapraszam do siebie, obsługa najwyższej jakości.
Ja nic nie sprzedaję, jeśli zauważyliście NIE PROWADZĘ również u siebie ŻADNYCH REKLAM, chyba że kiedyś dostanę za to porządne pieniądze i będę miała przekonanie do promowanych produktów.

Tak więc proszę, szukajcie sobie innych metod promowania się, ale nie proście mnie o wpisywanie na listę blogów, bo WASZ EMAIL CZY KOMENTARZ zostanie po prostu USUNIĘTY do KOSZA!

Jeśli po przeczytaniu tego posta nadal nie wiecie o co chodzi, trudno, to już przypadek nie dla mnie.
Za to ja  od teraz zawsze będę mogła Was odesłać tutaj, żeby się więcej nie powtarzać!

Pozdrawiam serdecznie wszystkich moich ULUBIONYCH, przepraszam że zwracam się do ogółu,bo lwia część odwiedzających tego bloga nigdy nie miała takich pomysłów i dla których tekst powyższy składa się z oczywistości!
Piszę sobie tego posta głównie dlatego, żeby móc odesłać tych dziwnych ludzi do tekstu, który może czegoś ich nauczy, o ile to możliwe.

Zdjęcie dedykuję tym, którzy chcąc wejść na pewien pułap, koniecznie chcą pokonać odległość na łatwiznę, najlepiej na czyichś plecach.
Ale tak to nie działa proszę spamerów!
Trzeba włożyć trochę wysiłku, trochę się powspinać, żeby gdzieś dojść.

Podsumowując:


SPAMEROM DZIĘKUJEMY I NIE ZAPRASZAMY!

sobota, 23 czerwca 2012

Niemcy Grecja 4:2

Wczoraj i my mieliśmy swoją STREFĘ KIBICA.
Kibicowaliśmy NIEMCOM.
I to nie tylko dlatego, że strzelili bramkę NASZYM, polskiej reprezentacji, ale i dlatego, że według mnie grali nieczysto. Niemcy już wprawdzie nie pozwolili Grekom na uprawianie teatru dramatycznego na murawie zamiast gry, bo jak któryś z Niemców, padał, to najczęściej od razu wstawał i leciał z piłką dalej. Ale to po prostu mocna, dobrze zorganizowana drużyna.
Z przyjemnością obejrzeliśmy ten mecz, po pierwszym wyrównaniu Greków, jak było 1:1, Mar wyciągnął stosowne akcesoria i od tego momentu mogło być już tylko lepiej.
A wyglądaliśmy tak:



 A jak się Wam mecz podobał?

środa, 20 czerwca 2012

O sensie blogowania, czyli hołd BLOGEROM

Zgodnie z zapowiedzią w poprzednim poście napiszę parę słów o SENSIE BLOGOWANIA, czyli o tym, czym teraz jest dla mnie ten blog.
Nika dziś popełniła posta o sobie i własnych wrażeniach z blogowania.
Nika podzieliła się w tym poście swoim podejrzeniem, że nudzi nas pisząc o codzienności, zwykłym, spokojnym życiu i normalnych sprawach. Że za mało może u niej fajerwerków, wyjazdów po świecie, wyczesannych hobby i innych takich szampańskich przygód :).
A jak jest u mnie?
A no nie inaczej. Zamieszczam relacje z obiadów na tarasie:
No właśnie, miałam się ostatnio pochwalić, jaki to pyszny obiadek skonstruowała moja Córcia.
 Ale za to te suszone pomidory wprost się proszę o pokazanie, a smakują wyśmienicie!
 Pasował do tego ser Brie.
 Mięso z patelni, warzywa, ryż i kawior.
 A to pokażę huśtawkę...
A szczególnie z deserów.


Czasem pokazuję moje kwiaty.
A czasem psie i kocie harce.

I przyszło mi do głowy, że i ja mam czasem podobne przemyślenia.
Szczególnie kiedy przeczytam jakiś genialnie napisany tekst, przez blogera czy blogerkę, których podziwiam i szanuję oraz do których erudycji, oczytania czy ciekawego życia mi daleko, przynajmniej na ten moment.
Mnie też, tak jak Nice, podoba się jednak moje spokojne, ułożone i uporządkowane życie.
No dobra, będzie uporządkowane, jak się skończy remont, póki co rozpierducha na całego :)
Ale w sumie to lubię nawet ten mój remont, bo prowadzi do uporządkowania!
I dom mój lubię, bo tu właśnie jest miejsce, które mogę kształtować w całości własnoręcznie, a zależy to tylko od mojej wyobraźni i chęci, a i oczywiście na to i zarobić trzeba. Więc piszę o tym, co lubię w związku z tym.
Lubię też moją pracę.
Lubię zlecenia od stałych Klientów, bo z góry wszystko już wiadomo, wiem co i jak, zero stresu i obaw, co mnie zastanie na miejscu. W zasadzie od dawna nie odczuwam stresu związanego z tłumaczeniami ustnymi, a nawet z tłumaczeniami symultanicznymi w kabinie. Wiem, że zawsze jakoś sobie poradzę. To miłe uczucie. 
Ale mimo wszystko takie wyjście i spięcie, żeby przetłumaczyć dobrze konferencję to nadal jakiś wysiłek emocjonalny i oczywiście intelektualny, często poprzedzony mozolnymi przygotowaniami słówek (jeśli Klient będzie uprzejmy przesłać wcześniej prezentacje) itp.
I dlatego też lubię i o pracy czasem napisać.
W każdym razie w pracy mam silne emocje, intensywne przeżycia, choćby i coraz mniejsze wyjazdy, taka praca.

na blogu - chcę się czuć wyluzowana, spokojna, radośnie bezpośrednia.
I chcę pisać o mojej codzienności, bo tak naprawdę nie ma innego miejsca lepiej do tego przeznaczonego.
Ja również, tak jak i Nika, mam włączony filtr prywatności, bo nie o wszystkim jednak na blogu chcę i nie o wszystkim muszę pisać.

Tutaj, na moim blogu, nie chce mi się tu uważać na słówka, chcę i mogę pisać językiem potocznym, na luzie, wiedząc, że znajdę pośród Was zrozumienie i że nie oczekujecie, że będę kimś, kim nie jestem.
Wiem, że nie jestem i nigdy nie będę taką erudytką, jak Dr Brunet, nie mam i nigdy nie będę miała tak szerokiej wiedzy, jak Jacek z Koni Ałchetiańskich, nie opisuję tak pięknie swoich wspomnień i nie piszę z takim zaangażowaniem o sprawach drażliwych a ważnych, jak Klarka Mrozek, daleko mi do wychwytywania takich perełek, jak Ela ze scenek, nie będę raczej nigdy umiała z taką swadą pisać o swoich własnych zadach i waletach, o ludzkich sprawach ważnych opisanych z niesamowitym poczuciem humoru i siłą charakteru, jak Akular. Daleko mi do Czarnego (W)Pieprza jeśli chodzi o poziom literacki opowieści i być może nigdy nie dorównam pogodzie ducha i niesamowitej żywotności prezentowanej przez Stardust. Nie ozdobię tak domu jak Ada, a przynajmniej pewnie nie w najbliższym czasie.
Nawet nie będę próbowała równać się z Margarithes w pisaniu wierszy :)
I nie marzy mi się nawet, że kiedykolwiek narysuję tak genialne rysunki jak Zawrócony.
Nie będę nawet próbowała podrabiać niepowtarzalnego stylu Nivejki i jej historii o Nadwornym czy jej opowiadań. I wreszcie nie dorównam Ivie Pas w znajomości ogrodu i roślin, a do jej zdjęć i motywów mogę się uśmiechać i mogę brać z nich przykład, ale póki co tyle mi zostaje :)
Na ten moment tylko mogę pomarzyć o wytwarzaniu i możliwościach udziergania takich cudów, jakie ot tak z palcem w D... robi Anabell, ani nie jestem w stanie uchwycić aż tylu fotomigawek ani opisać aż tylu ciekawostek kocich, co Retro77, która w dodatku ma jeszcze czas na czytanie i pisanie recenzji książek, których ja w tej chwili nie mam czasu nawet iść kupić :).
W życiu nie podjęłabym się pisania taką piękną staropolszczyzną, jak Imć Pan Wachmistrz, ani chyba nie jest mi dany taki dar narracji, jaką opanował Antoni Relski.
Nie wyobrażam sobie też blogosfery bez opowieści codziennych o życiu rodzinnym, wekach i przemyśleniach Zgagi. A już z całą pewnością blogosfera nie zniosłaby, gdyby umknęły jej niesamowite pełne humoru a czasem gorzkiej ale doskonale przedstawionej porcji prawdy o naszej rzeczywistości w opowieściach Brytusi o Kudłaczach vel Eumenidy z bloga Niech żyje bal.
Na deser zostawiam klasę samą w sobie, Nitagera, do tekstów którego zasiadam zawsze z wielką radością i nigdy jeszcze się nie rozczarowałam.
Nie wyobrażam sobie blogowni bez Piotrusia Pana i jego osobistej listy przebojów oraz wrażeń z występów własnych i synowych, jego opowieści czasem radosnych, a czasem przesiąkniętych melancholią. Zdążyłam niedawno poznać i polubić również blog Mateusza, którego niezwykle otwarty sposób pisania wciąga i każe się zastanowić również nad poziomem własnej wrażliwości.
Świetnie czuję się również na blogu Socjo, gdzie często można podyskutować o różnych aspektach życia na obczyźnie. Z przyjemnością zaglądam też na niedawno poznany blog Grzdyla, a raczej Miśki, jego Mamy. Mogłabym wymieniać jeszcze długo, ale nie mogę zapomnieć też o blogu Judith, siostry zakonnej, dzięki której poznaję Afrykę i jej zwyczaje. Pełny klimatów nie do końca bezpiecznych i spokojnych blog Tamiriana też z przyjemnością odwiedzam wiedząc, że zawsze czeka mnie tam ciekawa lektura. Wariactwo, wymianę poglądów na temat obecnej sytuacji społeczno-politycznej albo kompletnie abstrakcyjne wariacje znajdę zawsze u pkanalia. A notatki z chwil z dzieckiem znajdę z kolei u Al. U Moty zawsze historia i kultura na najwyższym poziomie. Jeśli czuję natomiast niedobór słodyczy, z zamkniętymi oczami udam się na Blog Czekolady i tam ją znajdę! Mimo długich przerw niezmiennie czekam na nowego posta u Pozytyw_ki, która przez ostatnie lata dała się poznać z nieprzeciętnego poczucia humoru i jako mistrzyni ciętej riposty. Z radością zaglądam na Marszewską Kolonię, do Baby ze wsi, gdzie opowieści z dzieciństwa na wsi przeplatają się z obecnymi historiami na temat odświeżania starej wiejskiej siedziby. Nie mogę też pominąć bloga Lui, mieszkającej od lat we Włoszech, piszącej o różnicach między świętami ... nie nie, nie Wielkanocy, a Bożego Narodzenia, tylko między np. polskimi świętami, a świętami włoskimi, o których przeciętny Polak nie ma pojęcia :). Blog pełen zwierzaków Anki Wrocławianki też zawsze niesie jakieś pozytywne opowieści zwierzakowe.
Nie wiem, jak to się stało, bo byłam pewna, że napisałam wyżej, ale przecież to właśnie od posta Niki się zaczęło, więc muszę dodać koniecznie, że wielokrotnie właśnie przemyślenia czy posty Niki są dla mnie natchnieniem lub motorem do napisania czegoś :), dzięki Ci Wiedźmo moja Droga!

Tak, wiem, wielu z Was poczuje się w tym momencie nieprzyjemnie zaskoczonych tym, że nie znaleźli się na mojej liście wymienionych blogów, ale zaglądam regularnie lub chociaż od czasu do czasu na około 100 blogów i nie dam już dziś rady pochwalić reszty blogoludzi, u których bywam. Samo to, że bywam i czytam, świadczy o tym, że ciekawi mnie Wasz los i chcę być z Wami w kontakcie. Czasem z powodu trudności technicznych nie uaktualnię listy blogów, o co Was uprzejmie proszę, bo często nie ze złej woli niektóre blogi nie uaktualniają się, bo po prostu nie znalazłam czasu, żeby wpisać ich adresy na główną listę ulubionych blogów. To właściwie dobra okazja, żebyście sprawdzili, czy Wasz blog tam jest i jakby co mailem lub na stronie Czytelni Blogowej przypomnieli mi, żebym w swej sklerozie wpisała i Wasz blog tamże!

Wiele blogów niestety w tej wyliczance pominęłam, po pierwsze dlatego, że właśnie mija godzina 20.00, kiedy muszę wziąć moje leki (antybiotyk), a po drugie mam na liście jeszcze całe mnóstwo świetnych blogów, ale mnie już umiejętności ich wychwalania pod niebiosa brakuje - a zatem to moja słabość i mea culpa, że się tak wyrażę, że ich tutaj nie uwzględniłam.
Ale wierzcie mi lub nie, na wszystkie blogi na mojej liście zaglądam z przyjemnością i zastępują mi one najczęściej nudne wiadomości Cw tivi albo na portalach.
Jesteście kupą świetnych ludzi, którzy są dla mnie może znani tylko z wirtuala, ale równie ważni jak moi przyjaciele z reala. A często znajdujecie słowo pocieszenia i chwilę, żeby się nade mną użalić czy ze mną razem ucieszyć i o to właśnie chodzi.

Dlatego dziękuję Wam, że ze mną jesteście!
To, że jesteście, że nie piszę sama dla siebie i że najwyraźniej kogoś jednak interesują: moje prace remontowe, wrażenia z pracy czy użeranki z urzędami albo kocie i psie wygibasy czy kwieciste laurki.
Raczej wykluczam Wasze odwiedziny przez kurtuazję, bo tej na długo by nie wystarczyło, a z niektórymi znamy się już jak stare konie, rozumiemy często bez słów.

Rzadko piszę o tym, ale jest mi z Wami cholernie dobrze i mam nadzieję, że zostaniemy tu razem jeszcze na długo. Brakuje mi każdego odchodzącego blogera. Nadal w mojej Czytelni wisi sobie ostatni post Volusia, który niestety skasował bloga... Szkoda wielka, bo pięknie pisał i fotografował.
Mam jeszcze taką nadzieję, że bycie sobą się nie znudzi.
Obyście nigdzie nie odchodzili, zostańcie i piszcie dalej!
Nie zawsze mam czas na odwiedzanie, czasem nawet własnego bloga nie mam kiedy obrabiać, ale to miejsce dla mnie jest ważne, bo zapełniacie je Waszymi słowami, Waszym poczuciem humoru, czasem radami, czasem zwyczajnie pozdrowieniami. I o to właśnie chodzi.

Ale jeśli bym kiedyś zaczęła strasznie przynudzać, to mi proszę po przyjacielsku dać po łapach, albo przestańcie przychodzić.
Będę wtedy wiedziała, że przynudzam za dużo.
Ale lepiej mi to jednak wygarnijcie wprost, bo ja mało domyślna jestem :)
Miłego wieczoru!

Maliny i poziomki od Wuja Wiesława, czyli dzień powodzenia

Mam dziś taki dzień, że wszystko mi się powiodło.
Po pierwsze czuję się zdecydowanie lepiej, antybiotyk działa i przeziębienie daje mi żyć.
Poza tym skończyłam i wysłałam tłumaczenie dla bardzo miłej Klientki, naprawiłam drobne potknięcia z tym związane (wyłapałam własny błąd i udało mi się go skorygować, zanim wysłałam ostateczną wersję).
Na tapecie mam dwa kolejne niełatwe, wymagające zlecenia. Ale mam pracę!
W dodatku skończyłam dwa inne, tyle że klienci muszą się zdecydować, żeby te zrobione zlecenia odebrać!
W dodatku właśnie dziś przyniósł mi te wspaniałe owoce z własnego ogrodu pan Wiesław, zwany od pewnego czasu Wujem Wiesławem, bo już na dobre go przyjęliśmy do Rodziny :).
Zobaczcie tylko, jakie cuda!
Smakują tak samo dobrze, jak wyglądają, a pachną jeszcze lepiej!






Więcej zdjęć tych przepysznych owoców znajdziecie TUTAJ-KLIK.
A teraz piszę posta pod natchnieniem Nikowego posta dziś :).
Pewnie jeszcze dziś się ukaże, a tam już będzie trochę więcej do poczytania, więc póki co nasyćcie oczy tymi pysznościami ... Mniam!

wtorek, 19 czerwca 2012

Uczciwemu znalazcy bardzo dziękuję :)

W rowerze pod ramą mam taką trójkątną torbę, gdzie wożę szminkę, misia, czasem jeszcze klucz do domu i komórkę, ale zawsze też mam tam kluczyki do mojego łańcucha rowerowego.
To ta czarna torba, widoczna na zdjęciu. A pod tą torbą widać zwinięty na kształt ślimaka łańcuch rowerowy, bo jednak wiadomo, roweru nie zostawia się u nas samopas.
Dziś mimo zdechlaczej formy trzeba mi było udać się po pewien czekający już od wczoraj przekaz pieniężny, nadany przez Klientkę. O tym pisać nie będę póki co, bo mnie trochę wnerwili pozbawiając znacznej sumy na niezrozumiałe przeliczniki, ale niech tam.
Kasa wypłacona i zaraz własnoręcznie wpłacona do wpłatomatu, bo jej potrzebuję na spłatę rachunków, więc nie ma co trzymać w domu.
Za to po powrocie do domu natychmiast wstawiłam auto do garażu i zajęłam się trochę pracą, trochę polegiwaniem, a na koniec obiadem, bo sam się jakoś nie chciał zrobić.
Po dwóch godzinach do domu zjechała Latorośl i wręczyła mi do ręki dwa kluczyki z czarnym uszkiem.
- Ktoś na bramie zawiesił - dodała. - Ale to nie nasze.
- Oj, nasze, nasze, czyli moje! - Odpowiedziałam, rozpoznając od razu moje kluczyki od roweru.
Dodam tylko, że na rowerze jeździłam ostatni raz w sobotę, czyli minęły 3 dni, a i tak ktoś znalazł i nie zniszczył, ani nie wrzucił do kosza, tylko powiesił na mojej bramie moje dwa małe kluczyki, bez których mój łańcuch mogłabym sobie ... nie powiem co, bo (dupa ze mnie wołowa) nawet zapasowego kluczyka w domu nie zostawiłam i nie mogłabym zdjąć nawet tego łańcucha z roweru, trzeba by pewnie odpiłowywać lub coś w ten deseń.
Tak więc bardzo Ci dziękuję Wędrowcze, który byłeś na tyle miły i uprzejmy, że zechciało Ci się te kluczyki na mojej bramie powiesić.
Jestem Ci za ten czyn chwalebny bardzo wdzięczna i cieszę się, że mieszkam w dzielnicy, gdzie są tacy ludzi i jeden z tych ludzi sobie o mnie pomyślał i oddał mi taką przysługę! :)
Jeszcze raz dziękuję!


p.s. I Wam też wszystkim dzięki za wszystkie życzenia powrotu do zdrowia, pewnie głównie dzięki temu już mi coraz lepiej :)

Choróbsko w natarciu

Kochani,
od wczoraj zdycham dokumentnie, z bólu głowy rozwinęła się infekcja górnych dróg oddechowych.
Byłam wczoraj późnym popołudniem u lekarza, na szczęście jest w mojej przychodni coś takiego, jak opieka lekarska poza godzinami zwykłego leczenia oraz w dni wolne i święta.
A że zareagowałam szybko (o ile to w moim stanie było możliwe), dostałam się z pierwszym numerkiem na 18.00. To znaczy teoretycznie na 18.00, bo zanim pani doktor była gotowa do pracy upłynęło około pół godziny.
W międzyczasie walczyłam ze sobą na przemian, żeby nie zasnąć, nie ześlizgnąć się po ścianie, nie zemdleć.
Po wszystkim jednak pani doktor okazała się już osobą bardzo kompetentną i po zbadaniu nawet wczesnych objawów wypisała mi antybiotyk. Tak, wiem, niezdrowy.
Ale o wiele bardziej niezdrowo jest leżeć i zdychać w takim stanie, jak byłam do dzisiaj jeszcze godzinę temu.
Wybaczcie zatem, że chwilowo zniknę na troszkę, bo mimo stanu zdrowia muszę pracować, bo terminy uciekają, a klienta nie można rozczarować.
Ale na bloga i Wasze blogi wrócę dopiero jak się poczuję trochę lepiej.
To pa, na razie!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Koci aport

Od dwóch dni mnie zmogło i ledwo na oczy patrzę.
Te dni często mi się łączą z paskudną migreną, nie bólem głowy, tylko właśnie migreną.
Ale że ja nie z tych, co się lubią skarżyć, to na tym zakończę moje opowieści hipochondryka i pokażę Wam coś wesołego.
Film nakręciła moja Latorośl, a na filmie główną bohaterką jest nasza KICIA.
Gdybym tego nie widziała, chyba bym nie uwierzyła! :)
Miłej zabawy i udanego tygodnia.
A FILM JEST TUTAJ!
Bawcie się dobrze :)

sobota, 16 czerwca 2012

Mamo, nie budź mnie

Miałam najszczersze chęci, naprawdę, żeby Jej nie budzić!
A było tak.
Wczoraj do mojej Córci zjechał dość późno, bo późno skończył pracę, jej chłopak.
Chłopak się nie oszczędza, pracuje przez cały tydzień, a w weekendy studiuje.
Ma więc prawo być zmęczony i tak faktycznie było. Ale mimo to spędziliśmy miło wieczór rozmawiając sobie jeszcze troszkę, a Córcia zadbała, żeby nie poszli spać głodni.
W każdym razie poprosiła mnie wyraźnie wczoraj, żebym za żadne skarby im dziś rano nie przeszkadzała, nie budziła, ani nie otwierała drzwi na jej pięterko.
Dla mnie to oczywiste i raczej bym na taki pomysł nie wpadła, bo nie mam tam czego szukać, a moja przestrzeń życiowa mieści się doskonale na moim poziomie oraz w kuchni i salonie.
Poza tym rozumiem potrzebę intymności każdej pary, chociaż dzieci i młodzież nie zawsze rozumieją naszą potrzebę pod tym względem.
No bo wiadomo, w tym wieku to już przecież wstyd się całować, można się jedynie przytulać platonicznie. A jeśli już się masować to jedynie po to, żeby wsmarować maść przeciwbólową. Natomiast podnoszenie nóg kojarzy się już tylko w celach wykonywania ćwiczeń antyreumatycznych.
Tak przynajmniej najczęściej myśli młodzież o "wapniakach" po czterdziestce i starszych. Ale pukać do drzwi ich nauczyliśmy, więc na szczęście mamy spokój. No przeważnie pukali do tych drzwi. Moja pukała, zanim weszła. Ale jak już stała za drzwiami i koniecznie natentychmiast chciała się tylko czegoś dowiedzieć ... to i tak wiadomo, że potem to sobie można ... najwyżej poprzytulać się platonicznie.*
Ale do rzeczy. Chciałam tylko podkreślić, że nauczyłam tego moją Córkę i sama też nie zamierzam naruszać jej prywatności. Nie chodzę tam więc, jeśli ma gości, nie pytam, co chce na śniadanko, nie robię akurat wtedy przeszukania szafy itepe. Moja Babcia podobno była w tym dobra, kiedy Rodzice do Niej jeździli. Mama mi opowiadała, jak Babcia wpadała do nich o 5 lub 6 rano, bo wstawała wcześnie, i przemykała w tempie błyskawicy do swojej szafy (sypialnia rodziców była w pokoju przechodnim do pokoju z szafą  - taki układ domu), mówiąc tylko:
- śpij, śpij, Córcia, ja tylko po sukienkę, po czym w tempie wyszukiwała potrzebną część garderoby i równie szybko, powtarzając, żeby dalej spali, Babcia wychodziła, zamykając za sobą drzwi. A oni oczywiście mieli dalej spać :).*
No więc tego mojej Córci nie zrobię, a i na szczęście nie muszę, bo swoją szafę profilaktycznie ustawiłam u siebie, a nie u Córci.

W każdym razie wczoraj zgodnie z naszą rozmową Córcia starannie zamknęła drzwi na swoje pięterko i poszli spać.
Dziś rano pierwszy telefon był o 7.30 od Marka, że dojechał wczoraj szczęśliwie do Rodziców i udało mu się przenocować po sąsiedzku u siostry. No dobra. Kota mi już obudził, ale ja sama próbowałam jeszcze dospać do ósmej.
Kot na początku był grzeczny, trochę się posnuł, poskakał po parapetach. Kiedy już zaczął chodzić mi dookoła łóżka i pomiaukiwać cichutko już przeczuwałam, że nie da mi pospać. Nacieszył się jeszcze jednym parapetem, po czym zdecydowanie wyszedł z sypialni i czekał na mnie, miaucząc: no wstawaj, wstawaj śpiochu, ile można spać, taki ładny dzionek!
Chcąc nie chcąc i rozumiejąc, że ja wprawdzie mogę już iść na mój nowy piękny tron, ale kicia jednak musi wyjść na dwór, poczłapałam w półśnie za nią. Myślałam, że będzie chciała jak zwykle zejść na dół. Ale kicia najwyraźniej miała inne plany. Dawno nie widziałam jej takiej szczęśliwej, rozmruczanej i nagrzanej porannym parapetowym słoneczkiem. Kicia miała jasny plan: do drzwi Córki i a nuż miauczeć jej pod drzwiami na pięterko, a nuż się łasić, mruczeć i odstawiać taniec jakby chciała powiedzieć:
- Kicia jest przecież bardzo grzeczna, to kicia może już tam wejść do swojej Pańci, mrrrr, mrrrr, mrrrr"?
A ja stoję pod tymi drzwiami i jej tłumaczę:
- Kicia, ale Córcia wczoraj mówiła, że nie można do niej wchodzić. Chodź na dół, wypuszczę Cię, dam Ci chrupeczek".
A kicia swoje: ociera się o te drzwi, cała jest jednym wielkim mruczeniem, uśmiecha się do mnie porozumiewawczo - o nawet jakby mrużyła do mnie oczko i dalej swoje:
- Ojtam ojtam! Pani moja się na pewno bardzo ucieszy, jak zobaczy swojego kotka! Kotek przeleci jej tylko przez łóżeczko, pobawi się na swoim słupku do wspinania, pomruczy, połasi się, pomiauczy i poleci dalej. Mrrrrr, mrrrrr, mrrrrr. Miau, miau, miauuuuuuu.
I to akurat dziś! Nigdy raczej się na górę rankiem nie pcha, moje towarzystwo najczęściej jej w zupełności wystarcza. Ale dziś - prosiła, błagała, stawałam na dwóch łapkach, prawie pukała w te drzwi jęcząc:
- Wpuść mnie, ja tylko na chwilę!
Ale byłam twarda: cierpliwie, ale stanowczo dałam znać, że nic z tego, nie będziemy zakłócać spokoju Córci.
Wreszcie po paru obrotach, przeraźliwych miaukach i mruczkach kicia zrezygnowała i dała się przekonać, żeby zejść na dół i zjeść coś pożywnego, a potem wyjść na dwór.


Myślałam, że to już koniec dzisiejszych przygód i moja Córcia spokojnie sobie pośpi co najmniej do 10-tej.
Ja jednak po wypuszczeniu kota i odbyciu tak długiej pogawędki już spać nie mogłam.
Zeszłam więc na dół, żeby napuścić sobie wody, bo jak wiecie nadal myję się w starej wannie w piwnicy, tam jest teraz nasza jedyna czynna łazienka.
Zeszłam, puszczam tę wodę, aż tu nagle dobiega do moich uszu dziwny dźwięk...
Coś ... jakby pies wył.
No wyje.
To ja myślę, że go musiałam pewnie na dwór wypuścić razem z kotkiem i teraz biedny tam wyje, bo o nim zapomniałam. Ale piesio zwykle na dworze nie wyje, tylko skacze na drzwi.
Ale sprawdziłam, na tarasie go nie ma.
A tu dalej wyje, i to coraz głośniej. Przez jego przeraźliwe ale i płaczliwe i melodyjne wycie dotarł do mnie jeszcze jeden dźwięk: mojego budzika! Z tego wszystkiego wstałam i nie wyłączyłam mojego budzika w komórce, którą zostawiłam w sypialni, gdzie leżał sobie jeszcze i drzemał pies. I  zapomniałam zupełnie, że przecież mamy bardzo muzykalnego piesia. Piesio śpiewa zawsze lub prawie zawsze przy dźwiękach komórki, na przykład kiedy wypróbowuję nowe dźwięki w aparacie. A już kiedy komórka gra dłużej, jak ten budzik, to piesiowego śpiewania nie sposób powstrzymać! To jest taka psia melodia, że nic tylko siąść obok i dołączyć się do wspólnego wycia.  Kiedyś spróbuję Wam to nagrać.
Zlokalizowałam go po wyciu: piesio leżał sobie nadal na swoim posłaniu w mojej sypialni i wył w niebogłosy do wtóru melodii budzika.
Wbiegłam jak najszybciej na piętro i wyłączyłam budzik, a razem z nim Piesia. W końcu co będzie sam śpiewał. :)
Piesio się uspokoił a ja się poszłam myć.

Ledwo zdążyłam spłukać włosy i zarzucić szlafrok, kiedy do drzwi punkt 9.00 rano zadzwonił ktoś.
W mojej piersi stopniowo rodził się diabelski chichot. No bo najczęściej jest cisza i spokój w wolne dni, nawet pan Wiesław już ma swój klucz, więc nie słyszymy nawet czasem jak wchodzi.
Na dźwięk dzwonka diabelski chichot przybrał na sile, bo miałam nie budzić Córci. Poza tym nie spodziewałam się nikogo, ale po wyjrzeniu z okna od razu sobie przypomniałam. To byli złomiarze: obiecałam im tydzień temu starą kuchenkę z piwnicy, co ma tam stać i zalegać. No więc wychyliłam się, powiedziałam tylko, żeby mi dali 5 minut, wskoczyłam błyskawicznie w jakieś ciuszki i wpuściłam panów po kuchenkę.
O godzinie 10.00 przyszedł Klient, z którym byłam umówiona po odbiór dokumentów. No jasne, że dzwonił do furtki.
Ale o nim uprzedzałam Córcię już wczoraj :)
Wprawdzie o 10.30 przypomniałam sobie, że już wczoraj miałam wynieść śpiwór zalegający mi w garderobie do pokoju gościnnego mieszczącego się zaraz obok pokoju Córci na jej pięterku, ale wtedy przypomniałam sobie moją Babcię i jej szafę i szatański chichot rozległ się w mojej głowie po raz kolejny... i powstrzymałam się siłą woli. :)

* Te dwa zdjęcia zapożyczyłam z sieci

piątek, 15 czerwca 2012

Wojna o tron

Szanowni i Kochani Czytacze,
Pragnę niniejszym uprzejmie donieść, że właśnie ochrzciłam nową toaletę.
To znaczy po raz pierwszy z niej skorzystałam, co jest wydarzeniem o tyle doniosłym, że czekałam na nie półtora miesiąca.
Właściwie z takiej okazji powinno się z tej okazji otworzyć szampana, albo chociaż wino i wypić w pozycji siedzącej w stosownym miejscu, to jest na NOWYM TRONIE.
Pan Wiesław przyklasnął pomysłowi, jednak po namyśle dodał, żeby rozbijać tę butelkę szampana nie o ściany, tylko najwyżej o głowę.

Dziennik budowy na dzień 15.06.2012 r., godz. 15.00
Autor: Kapitan iw
Miejsce: TOALETA na parterze:
Gotowe: wszystkie ściany, położone płytki i fugi oraz silikon.
Sufit i ściany: pomalowane!
Oświetlenie: zamontowane
Gniazda i przełączniki elektryczne: zamontowane, ale chociaż nowe, odstają i nie najlepiej wyglądają, jeśli nic się nie da zrobić, trzeba się będzie przyzwyczaić.
No i najważniejsza rzecz: dziś rano zamontowany został TRON! Z wolnoopadającą deską sedesową!

Do zamontowania pozostały:
- umywalka z szafką
- druga szafka
- grzejnik
- wentylator (czekamy z tym, bo będzie się uruchamiał na czujnik ruchu, więc teraz by pana Wiesława coś strzeliło, jakby mu tak ciągle chodził!).
- aha i uchwyty na ręcznik i na papier toaletowy, ale ich jeszcze nie mam.
- klamka do nowych drzwi (a właściwie dwie klamki, bo drzwi na dole jest dwie pary, jedna do toalety, druga do przedsionka, ale już i tak wyglądają po prostu bez porównania do tych starych!)

Stan ogólny:
Wszystko nowiutkie, pachnące świeżością, jeszcze tylko wypolerować płytki z resztek pyłu, ale to zostawiam sobie już po zamontowaniu wszystkich urządzeń, bo będzie się jeszcze troszkę kurzyło.

Jak już wszystko będzie skończone i gotowe, to chyba naprawdę otworzę szampana, albo lepiej moje ulubione wino białe wytrawne i wypiję lampkę właśnie na TRONIE!

A potem - coś mi się wydaje - będzie się rozgrywać WOJNA O TRON, bo już nikomu pewnie nie będzie się chciało chodzić do piwnicy, chociaż od wczoraj tam jest już nawet ciepła woda w kranie.
Mark już zapowiedział, że zaraz po skończeniu prac to będzie JEGO TOALETA :))), ale myślę, że będzie miał sporą konkurencję...
Ja z kolei będę się musiała opanować, żeby wszystkim naokoło nie przypominać o tym, że klapa sama opada, wystarczy ją lekko opuścić. Albo hmmmm ... napiszę tabliczkę informacyjną, a potem tylko będę na nią wskazywać palcem - w razie potrzeby ma się rozumieć.
Nie ma co się śmiać, w końcu nikt z nas do tej pory w domu do tego typu toalet nie był przyzwyczajony :), to się trzeba przestawić.

Ech, fajnie jak widać efekty tej całej harówki.
A TRON - bardzo wygodny!
Więcej zdjęć pokażę dopiero, jak już skończę tę łazienkę.
Ale jeszcze kilka proszę bardzo:









Dzisiejszy poranek zaczęłam znowu w roli sprzątaczki, ponieważ wczoraj już nie dałam rady wieczorem posprzątać całego rozgardiaszu, który pozostał po montażu reszty urządzeń w piwnicy.
Dziś rano latałam na szczotce i mopie, żeby tam się dało wejść, przez bite dwie godziny.
Ale to pomieszczenie wynagrodziło mi wszystkie trudy.
Możecie się śmiać, ale moja poprzednia łazienka wyglądała tak, że lepiej nie mówić.

Dla porównania: jeszcze niecały miesiąc temu to samo pomieszczenie prezentowało się tak:



Sytuację ratował trochę kot ...


... ale to niestety nie wystarczyło mi do szczęścia.

Nie odmówię sobie dziś wieczorem opicia tego sukcesu!
Wasz zdrowie!!! :)