Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

wtorek, 31 lipca 2012

Rytm dnia i kultura języka

Zacznę od tego, że wiem, że nie powinnam się użalać ani nawet troszkę marudzić!
W sumie to nie mam prawa narzekać!
Bo przecież nie tak dawno to u mnie trwały dość głośne prace remontowe, z tym że w zeszłym roku na zewnątrz, więc przez pewien czas głośniejsze.
A w tym roku w środku, więc odpowiednio ciszej.
Ale na budzenie w środku nocy mogę sobie choć troszkę ponarzekać!
I u mnie cała akcja nie zaczynała się o 7, a w zasadzie o 6.

W związku z tym, że dom naprzeciwko kupiono, prace remontowe trwają już drugi rok. Jest szansa, że w tym roku będą zakończone. Już zacierałam ręce, bo panowie budowlańcy zaczynali przez większość sezonu ubiegłego skoro świt. A i w tym roku stuk-puk-stuk-puk zaczyna się około 7.
No ale dużo już jest gotowe, ostatnio było tynkowanie na zewnątrz, teraz daszek nad wejściem. Pozostały płytki na schodach, ale schody są gotowe, więc stukania nie będzie.
U mnie też najgorsze wiercenie i stukanie już poza mną, bo rury stare zostały albo usunięte bez śladu, albo zamurowane na amen w ścianach, a w ich miejsce poprowadzone nowe.
Obecne prace wykonuje u nas Wuj Wiesław, który jeśli absolutnie nie musi, nie robi hałasu.
Już się zatem cieszyłam, że oto nastanie cisza!
Jednak trzy dni temu ciszę zburzyły bezpowrotnie dwie kosiarki spalinowe, które ogołociły z chwastów i chaszczy parking na  posesji drugiego sąsiada, tym razem już tuż za płotem (ale to nie ten sąsiad, wiecie który).
Spalinowe potwory podczas koszenia chwastów wytwarzają nieziemski hałas.
Brzmi to trochę, jak warkot samolotu tuż przed zrzuceniem bomb.
Hałas odbiera resztki skupienia, wyrywa od pracy, zmusza do zamknięcia wszystkich okien nawet w taki upał.
Ale w takim hałasie nie umiem pracować, więc siedzę sobie w nagrzanym domu i staram się coś jednak zrobić.
Na szczęście dwa dni koszenia wystarczyły. Parking jest przejezdny.
Ale nie ma lekko.
Następnego dnia u sąsiada przyszli znowu ci sami ludzie i zaczęli obstukiwać ozdobny kamień, którym wyłożona jest fasada do wysokości wysokiego parteru domu, bo wszystko niestety odpada pod wpływem warunków pogodowych.
Równomierny stuk młotków i odpadanie kafli można wytrzymać.
Gorzej z nieludzką godziną, o której panowie zjeżdżają do pracy.
Otwieranie nienaoliwionej bramy długości tak około 5-6 metrów, która musi najpierw odjechać, potem wrócić na miejsce. I tak kilka razy, bo kilka samochodów.
Brama skrzypi więc niemiłosiernie i dłuuuugo.
A jeśli któryś przypadkiem nie ma klucza, to trąbi, a co! Niech sąsiedzi też usłyszą, że do pracy przyjechał!
Po otwarciu bramy każdy z samochodów przejeżdża na parking z tyłu domu. Oczywiście te 15 metrów trzeba pokonać tak, jakby go kto gonił, więc słychać każdy kamyczek odbijający się od spodu karoserii auta jadącego żwirową alejką wzdłuż domu tu pod oknami mojej sypialni.
Na koniec wesoła brygada wysiada.
Czy wtedy już tylko stukanie i pukanie?
Ależ skąd!
Do odgłosów budowy można się przyzwyczaić, jeśli trzeba i człowiek wie, że trwają one jakiś czas, a potem ustają.
Ale do takiej ilości jobów, panienek i innej zwierzyny wyzywanej bardzo głośno (a czemu to początek ulicy nie miałby usłyszeć!) trudno mi się przyzwyczaić.
Mogę zamknąć okno.
Ale moje zwierzaki przy hałasach już od 6-tej robią się aktywne.
Piesio próbuje odszczekiwać na psie nawoływania słyszalne po ulicy o tej porze, ale kiedy jest cisza, tylko sobie warknie. Ostatnio jednak w tym hałasie i on się chyba zrobił nerwowy, bo od razu szczeka.
Kicia jeszcze gorzej, bo zamiast o tej porze właśnie przemieścić się z dywanu na łóżko i podreptać mi po brzusiu, mrucząc z zamkniętymi oczami, a potem uwalić się i pospać jeszcze z godzinkę, wskakuje wprost z tego tupania na parapet. Bo to ciekawska mordka i wszystko co słyszy, musi od razu obejrzeć.
Tak więc za moment trzeba go wypuścić, bo się robi niecierpliwy.
Wstaję i wypuszczam.
Potem psa, bo patrzy na mnie takim wzrokiem, że nie mogę odmówić.
Kot półprzytomny wychodzi na ogródek i eksploruje pobliskie piaski.
Pies leci obwieścić ulicy:
- już wstałem! jestem! cześć psiaki! co tam u was nowego od wczoraj?
Próbuję się potem jeszcze się przyłożyć do poduszki, ale wszechobecna kakofonia już nie daje mi spać.
Wstaję więc, idę się wykąpać do piwnicy, a potem jadę na zakupy. Wcześnie, więc przynajmniej wszystko świeże i jeszcze nie ma tłumów.

Po powrocie z zakupów wrzucam małe conieco na ząb i próbuję usiąść przy biurku i pracować.
Ale po dwóch godzinach pracy, kiedy jeszcze robi się goręcej, organizm domaga się jedzenia i drzemki.
Zazdroszczę snu mojej Córci.
Jej nie ruszyło to wszystko, ani nawet wiercenie w jej własnej łazience, na jej piętrze, 4 metry od niej!

Ale narzekać nie mogę. W końcu teraz po tych wszystkich moich remontach wyobrażam sobie, jak się czuli wszyscy moi sąsiedzi, kiedy to u mnie się działo i stukało itp.

Tyle, że żaden z moich panów budowlańców nie używał rynsztokowego języka.
Widocznie mam szczęście do wersalu wśród fachowców.
Do czegoś w końcu trzeba mieć szczęście!
Właśnie naliczyłam, że jestem już od 8 godzin na nogach.
Tak więc chyba się na chwilę położę i zdrzemnę.
Na szczęście trochę pracy zrobiłam, a resztę zrobię za jakąś godzinkę, bo teraz aaaaaa....
przepraszam, do zobaczenia z Państwem..... aaaaa

poniedziałek, 30 lipca 2012

Ostatnie dni miesiąca

Dla kogoś, kto nigdy nie prowadził własnej działalności gospodarczej to, co zaraz napiszę, będzie trochę jak magia, niekoniecznie czarna, ale coś w ten deseń.
Kto prowadzi, będzie wiedział już po tytule i po tych trzech zdaniach.
Chodzi o rozsądne spożytkowanie owoców własnej pracy.
I wyjątkowo nie chodzi mi o takie owoce:
ani o takie,
Ani nawet nie o takie pyszne musli, jak na załączonym obrazku:

Ostatnie dwa miesiące na rynku panował niezły zastój w mojej branży. Może akurat niektórzy mieli co robić, ale u mnie przędło się cieniutko. Ledwo co na koszty, czyli rachunki i nie za wiele do garnka.
A tu przecież jeszcze ciągle wydatki remontowe, bo i zakres olbrzymi.
Ale w lipcu słoneczko zaświeciło jasnym blaskiem, nie tylko ze względu na jak najbardziej letnią porę roku, ale także dzięki moim Klientom, którym nagle zachciało się tłumaczeń.
Aby nie wchodzić w szczegóły, zarobiłam trochę więcej, niż ostatnimi czasy.
Co oznacza: więcej faktur.
To z kolei oznacza: więcej VAT-u do odprowadzenia.
Płatności na daniny państwowe, czyli ZUS i podatkowe to żadna przyjemność.
Zarobi człowiek w pocie czoła, a im więcej zarobi, tym większy oczywiście narasta podatek.
Dlatego w czasie, kiedy mamy nadwyżkę, warto zainwestować.
W rzeczy odpowiednie do prowadzonej działalności gospodarczej.
Tak więc latam jak kot z pęcherzem od paru dni, w przerwach między pracą, a pracą, której też nadal mam zatrzęsienie.
Jako że wieść o większych zarobkach dociera do człowieka (czyli do mnie) najczęściej w ostatnim tygodniu danego miesiąca, ewentualne zakupy, z myślą o odliczeniu VATu, robi się najczęściej w ostatnich dniach miesiąca.
Można się przyzwyczaić.
A kiedy człowiek już zarobił, ale kasy jeszcze nie ma na koncie?
A od czego jest karta kredytowa!?
Dzięki praktyce zakupów w ostatnie dni miesiąca od 20 lat mam opanowane planowanie i decydowanie w sprawach zakupów inwestycyjnych w ciągu kilku minut. Nie oznacza to, że dopiero wtedy rozpoczynam szukanie.
Często przymierzam się długo do zakupu, łażę, oglądam za każdym razem, cmokam ... no może nie dosłownie, ale szczegółowo przeglądam np. dane techniczne sprzętu, który mnie interesuje i zapamiętuję.
Kiedy mam w pamięci większość parametrów czekam na lepszy miesiąc.
I wtedy staję do sprintu i od razu kupuję kilka rzeczy na raz.
W dodatku pokrywa się to najczęściej z dużą ilością zleceń na raz, bo przecież na czymś się zarabia.
Dlatego chwilowo moja uwaga jest skupiona na wszelkich sprawach pozablogowych, na własnego bloga zaglądam tylko, żeby się uśmiechnąć do Waszych komentarzy.
A sama latam po sklepach, albo zamawiam przez telefon.
W tym tempie człowiek nawet nie ma za bardzo przyjemności z kupowania, ale trudno. Taka już wyższa konieczność.
A że akurat dziś wieczorkiem wraca dodatkowo wytęskniona moja Córcia, po miesiącu nieobecności w domu, to sami rozumiecie, że wszystkimi zmysłami będę się cieszyć z niej i jej obecności w domciu.
Więc wybaczcie, jeśli znów moja obecność będzie wyrywkowa.
Mam nadzieję, że za jakiś czas nadrobię.
Chcę tylko powiedzieć, że czytam i cieszę się z każdego komentarza, a Was pozdrawiam, ściskam i przesyłam buziaki!
Wasza iw

p.s. Na zdjęciach jeżyny, jeszcze niedojrzałe, wypatrzone ostatnio na pewnym parkanie podczas spacerku, jagody nazbierane przez moją Mamę i musli z kefirkiem i orzechami.

sobota, 28 lipca 2012

Wygrana w konkursie u Jasnej kocia zabawka

Na początek kilka zdjęć, stali bywalcy na pewno będą wiedzieli, że chodzi o wygraną w konkursie, czyli zabawkę za zajęcie 3 miejsca w wakacyjnym konkursie u Jasnej:


Tak, tak Moi Drodzy!
Jak ostatnio pisałam, Kicia M., zajmując trzecie miejsce w konkursie na najpiękniej śpiącego w upale kota, tym zdjęciem wygrała w konkursie u Jasnej kocią zabawkę.
Zabawka została wysłana od razu w miniony poniedziałek i dotarła w środę.
Tak wyglądała zapakowana zabawka:

A tak po raz pierwszy ostrożne podchodził do zabawki Mozart:
Zdjęcia są zrobione głównie wieczorem, bo dopiero wtedy kot ma siłę przy tym upale się bawić.
I ogólnie zabawka pomogła mi rozwiązać pewien dość istotny problem (z zasypianiem kotka).
Kicia często ostatnio wracała wieczorami koło 22-23, ale jeszcze nie chciała spać, tylko był rozbawiona, bo dopiero o tej porze temperatury się robią znośne, dla kota w jego ciepłym futrze szczególnie.
Jeśli bym ją wypuściła, kot nie wróciłby co najmniej do północy albo i dłużej.
Tak więc o takiej porze już się staram zatrzymać kicię w domu.
Ale czym się tu bawić, kiedy w domu tak nudno!
Kotek się złościł, nie mógł usnąć, urządzał dzikie gonitwy po domu, a kiedy się znudziło, znów próbował sobie skakać na własny ogonek i gryźć go (ten odruch mu został z dzieciństwa, ale przeważnie już nie robi sobie krzywdy).
Dylemat kocich zajęć przed snem został rozwiązany, kiedy pierwszy raz pokazałam Mozartowi jego nowy gadżet!
Zabawka jest na długiej czerwonej gumce z kółkiem, żeby móc ją wygodnie utrzymać w rękach.
Dzięki temu, że na gumce, wydaje się, że to żyje, przemieszcza się i ucieka, a zatem jest na co polować!
Na końcu gumki umieszczona jest biało-czerwona kulka oklejona ozdobną biało-czerwoną nicią.
W środku kulki brzęczy dzwoneczek, a do jej drugiego końca przyczepione są białe i czarne wstążeczki.
Jednym słowem dużo tego, rusza się i brzęczy. A kotu w to graj!




 Teraz cię dorwę, o proszę z półobrotu:
 No a teraz cię przyszpiliłam, nie wyrwiesz się!
 Ani mi się waż!
 Teraz już jej nie puszczę! Moja!
Ileż było skoków, łapania kulki w łapki i w zęby, okręcania się ze wszystkim we wszystkich płaszczyznach wokół własnej osi, że aż piesio też próbował się bawić wspólnie!

Kiedy przenieśliśmy się do sypialni, kotek nadal chciał się bawić:





Zabawa była wyśmienita, tylko ten oślepiający blask trochę przeszkadzał w zabawie, więc po jakimś czasie kot się trochę zezłościł, że zamiast dać mu się pobawić, prześladuję go fleszem.

I postanowił, że zacznie się myć, ale zabawkę na wszelki wypadek sobie zatrzyma, żeby mu jej nikt przez noc nie zabrał!
Zdziwiłam się trochę, że podarunek był w taj dużej kopercie, ale okazało się, że zawierał też prezent dla pani, czyli dla mnie: pyszniutkie wisienki w czekoladzie, 
którymi jeszcze raz wzniosłyśmy z moją Mamą toast na cześć zdobywczyni 3 miejsca w konkursie!

Za zdrowie Mozarta!
Album ze wszystkimi zdjęciami kotka z zabawką jest TUTAJ-KLIK.

czwartek, 26 lipca 2012

Znalazłam kilka starych zdjęć

Kilka dni temu pisałam Wam o lalkach z mojego dzieciństwa.
Nareszcie znalazłam zdjęcie moich elegantek, które prezentowałam przed naszą starszą ciocią.
Mam więcej tych zdjęć z dzieciństwa.
Wszystkie robił mój Ojciec.
Wtedy jeszcze nie widziałam, jak doskonałe miał oko.
Dziś oglądam album, jedyny, który mi zrobił, wklejając wybrane przez siebie zdjęcia na czarnych kartach.
Na przykład takie:
Mam ich takie mnóstwo...
Na przykład takie, na których widać, że już wtedy lubiłam zwierzaki.
Kooootki...
 i kuuurki ...
No i wiadomo, czym najchętniej od małego się bawiłam:

Te dwa ostatnie zdjęcia już kiedyś pokazywałam, ale uwielbiam je nadal! :)
Mam jeszcze sporo takich zdjęć, przy których śmieje mi się gębusia, ale już przy tych tutaj widzę, że mój Tata miał szczególny talent do robienia zdjęć!

środa, 25 lipca 2012

Spacerkiem wokół Stadionu Narodowego w Warszawie

Mam wrażenie, że na stadionie wszyscy już byli.
Wielu z Was pisało, że udało Wam się albo być na meczu, albo odwiedzić go podczas dni otwartych.
Niestety stadion był otwarty i udostępniony dla zwiedzających tylko na krótko przed Mistrzostwami Euro 2012, a już podczas Mistrzostw ma się rozumieć dostępny tylko za okazaniem biletów.
A u mnie jak nie remont, to praca, więc do tej pory tylko go mijałam z podziwem.
W ubiegły weekend wybraliśmy się z Markiem i jego synem obejrzeć budowlę z bliska.
Brama jest otwarta codziennie między godz. 10.00 a 18.00.
Szkoda tylko, że wokół ani żywego ducha: nie ma ani bufetu z kiełbaskami, nie ma się gdzie napić wody, coli czy piwa.
Każdy zwiedzający, założę się, chętnie wydałby nawet ze 25 zł na bilet, żeby wejść na trybuny i obejrzeć ten piękny obiekt.
Ale nawet dla wycieczek w ubiegłą sobotę nie było już wstępu. Wycieczki wykupione są do 31. sierpnia 2012 r.
Pozostaje przejść się wokół stadionu i zajrzeć między kratami, jak to wszystko wygląda.
Przygotowałam Wam kilka migawek z naszego zwiedzania. Oto one:
Nie ma siły, żaden człowiek się nie przeciśnie:
Te bramki budzą mój podziw. Nie ma szansy przejścia bez ważnego biletu!
Jak widać barierki można wykorzystać ciekawiej, niż tylko do przechodzenia:
Balon Orange krąży nad miastem chyba codziennie, a tutaj chowa się na spoczynek:
Ten pomnik przetrwał poprzedni stadion i trwa nadal przy tym!
Widok na Most Poniatowskiego oczywiście, mam nadzieję, że nikt nie zwrócił uwagę na poprzednią skuchę :)
Wsparcie stadionu na potężnych pylonach robi z bliska naprawdę duże wrażenie:
- Przez kraty widać fotele kibiców. Czy wiecie, że specjalnie zostały pomalowane nieregularnie w kolorach narodowych? Biało-czerwone krzesełka sprawiają wrażenie dynamiki, takie trybuny będą wyglądały dobrze na ekranie telewizora i z murawy boiska, nawet jeśli nie będą w pełni wypełnione widzami! To specjalny zabieg i uważam, że bardzo udany.


Widoczne tutaj nad głowami przechodniów schody ruchome nigdy nie są włączane. Ktoś widocznie uznał, że to zbyt niebezpieczne przy tak wąskich schodkach :)

Cały album TUTAJ.

Dzięki moje Córci udało nam się zwiedzić Stadion z jej kumplem z liceum, który tam pracuje w obsłudze. Zrobił nam prawdziwe oprowadzanie, prawie jak z przewodnikiem.

- Wiecie, ile obecnie jest toalet w obiekcie stadionu? Pewnie nie. Około tysiąca.
A wiecie, ile było toalet w poprzednim obiekcie? JEDNA!

- Czy wiecie, że dach stadionu zasuwa i odsuwa się w czasie ok. 15 minut?
Dowodzi tym specjalna komórka nadzorująca funkcjonowanie techniczne stadionu, która ma swoją siedzibę podczas każdej imprezy na jednej z górnych trybun. Odpowiada ona też za bezpieczeństwo.
Całe trybuny są pod dachem, a zasuwana część pokrywa tylko samo boisko.

- System bezpieczeństwa na wypadek ataku terrorystycznego czy innej tragedii jest trzystopniowy: jedna ekipa pilnuje stadionu z loży na samym stadionie. Drugi zespół bezpieczeństwa ukryty jest pod stadionem. Trzecia grupa jest umieszczona w pobliżu ronda, gdzieś w budynku obok.

- Pod stadionem, a dokładnie pod murawą stadionu, mieści się trzypoziomowy parking.
A tędy można wjechać wprost na murawę boiska (ale wjechać mogą tylko karetki w razie potrzeby i pojazdy specjalne):

- Aby wejść na mecz, trzeba było przejść przez potrójny system zabezpieczeń: na samym początku przy bramach umieszczony był rękaw, przez który mogli przejść tylko ci, którzy mieli ważne bilety. Były one wykonane ze specjalnych materiałów, odpowiedni mazak pozostawiał na nich różowy ślad.
Było jednak trochę zamieszania w deszczowe dni, bo okazało się, że wtedy mazak nie pozostawiał na biletach odpowiedniego koloru! I paru chętnych odeszło z kwitkiem. Mam nadzieję, że wrócili, bo potem kierownicy oddziałów dostali od centrali na słuchawki informację, że to kwestia deszczu i żeby wpuszczali dalej. Kolejna kontrola odbywała się ręcznie przez służby porządkowe a ostatnia to te bramki elektroniczne, które widzicie na zdjęciach, po skasowaniu biletu był on już ważny tylko na tę imprezę, nie dało się go wykorzystać więcej.
Taki elektroniczny system kontroli jest jednym z najnowocześniejszych na świecie. Nie ma go nawet stadion Olimpia w Berlinie.

- Na miejsca na stadionie nawet z ważnym biletem wpuszcza się tylko odpowiednią bramką, pracownicy kierują kibiców do swoich bramek, chodzi o to, żeby nie kręcili się po całym stadionie, tylko przechodzili od razu na swoje miejsca.

- Największym frajerem (sorry) okazał się pewien kibic rodem z Japonii, który kupił "bilet na mecz" z Portugalią na Rondzie Waszyngtona tuż przed imprezą za 1000 złotych! Bilet okazał się sfałszowanym wydrukiem ze zwykłej drukarki!

- Osoby z obsługi nie mogą się gapić na stadion, bo za do dostają ochrzan, one mają pilnować swoich odcinków pracy! :)

- Na całym stadionie ogólnodostępnym jest zakaz picia alkoholu. Można pić tylko napoje zakupione w kioskach umieszczonych na stadionie, w końcu sponsorzy wyłożyli mnóstwo kasy i chcieli mieć z tego zwrot. Jednak w wydzielonych lożach, wykupionych za ciężkie pieniądze, które zamieniają się w tym momencie w zamknięte enklawy dla VIPów pije się to, co akurat jest w barku.

- W czasie imprez niektórzy próbowali wnosić na stadion parasole. Był jednak zakaz, podobnie jak wnoszenia jakichkolwiek napojów. Na początku parasole przyjmowano do depozytu. Nikt jednak nie przewidział takiej ilości parasoli, więc potem wszystkie parasolki wtykano po prostu w ogrodzenie. W ten sposób powstało kolorowe tęczowe ogrodzenie wokół stadionu, które przyciągało uwagę jeszcze przez dłuższy czas po zakończeniu imprezy!

- Stadion wyposażony jest w jeden z najnowocześniejszych na świecie systemów nagłośnienia. Musi on być cały czas włączony, w czasie, kiedy nie jest nic nadawane, emitowany jest dźwięk o częstotliwości niesłyszalnej dla ucha ludzkiego, ale nie można go wyłączyć, bo byłoby to szkodliwe dla systemu.

Tą bramą wjazd był możliwy tylko dla VIPów: