Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

czwartek, 30 sierpnia 2012

Życie w tempie

Nie przesadzam.
Oprócz pracy i urywanych rozmów z przyjaciółmi i rodziną nie mam czasu na nic.
Wybaczcie więc milczenie i odpowiedzi na komentarze z doskoku, ale taka już siła wyższa.
W dodatku właśnie dostałam kolejnego kopa na rozpęd, bo jeden z klientów przyspieszył mi termin zakończenia pracy ze środy na poniedziałek przyszłego tygodnia.
Zgodziłam się, oczywiście za dopłatą, ale w związku z tym znowu muszę przysiąść fałdów, żeby móc chociaż odrobinę odpocząć w weekend, a przede wszystkim, żeby w ogóle dokończyć tę robotę.
Poza tym już tyle się natłumaczyłam w tym tygodniu, że dziś od rana czuję się, jakby to już był piątek!
Czas płynie bardzo szybko.
Kolejne zlecenia na wrzesień już napływają i trzeba się dobrze zorganizować, żeby sobie ze wszystkimi poradzić.
Mój Mark niestety nadal w nie najlepszej formie.
Podobno z każdą kolejną wizytą jest lepiej, ale trudno mnie to ocenić, kiedy tylko słyszę go przez telefon.

No i kolejna niezbyt pozytywna sprawa: mój majster nadal chory i prace stoją w miejscu, a ja nadal myję się w piwnicy.
U moich znajomych jakiś pomór: zwierzęta chorują, niektóre trzeba było uśpić.
Nasza znajoma miała wypadek na rowerze, ze złamaniem ręki i zerwaniem ścięgien.
Jeszcze ktoś szuka pracy, ale ciągle powstają jakieś przeszkody, na przykład zdrowotne.
Dobrze, że to wszystko przemija i za jakiś czas będzie lepiej.
Ale jak tak zewsząd o tym wszystkim słucham, to czasem aż głupio odpowiedzieć: 
- U mnie? Trochę problemów zdrowotnych u mojego M., niewielkie opóźnienie remontu, ale poza tym wszystko gra! 

Wracam do pracy, powolutku robię swoje.
Pozdrowienia dla Was!
Nie mam czasu na zdjęcia, więc ten post ozdobię zdjęciami z archiwum.
Na zdjęciach Berlin, wnętrza jednej z najpiękniejszych galerii handlowych przy Friedrichstrasse.








wtorek, 28 sierpnia 2012

Kocia pobudka i zabiegi kosmetyczne

Dziś rano udało mi się to, co obiecywałam już sobie od jakiegoś czasu.
Kicia budzi się średnio między 5.50 a 6.00 rano.
Już się nawet przyzwyczaiłam.
Jeśli jestem bardzo zmęczona, to oczywiście zaraz potem na wpół świadoma walę się z powrotem do łóżka.
Dziś jednak poczułam się o tej szóstej rano właściwie wyspana.
Próbowałam jeszcze pospać, ale nie udało mi się poleżeć dłużej niż do 6.30.
Wstałam więc i wykonałam zabiegi kosmetyczne dość długo odkładane.
Dzięki temu znów mam włosy w jednolitym ciemnym kolorze! :)

No i dzięki temu już kwadrans po ósmej byłam "zrobiona"!
W trakcie wspomnianej wyżej czynności, a zatem w czepku na głowie, jak przystało na prawdziwą Hausfrau, pozamiatałam też prawie wszystkie kąty, bo kłaki już trochę za bardzo szczelnie przykrywały mi podłogę.
Lubię mieć pozamiatane, a co.

Wczoraj udało mi się wymienić w sklepie, a właściwie uzupełnić lampę, brakowało w niej paru elementów.
Jakie to teraz wygodne!
Można rzecz oddać w całości, jeśli tylko zachowamy towar nienaruszony w opakowaniu, a do tego fakturę albo paragon.
I już kasa z powrotem w kieszeni i można wybrać sobie inny model.
Mnie akurat model był potrzebny ten sam, ale bez tych elementów lampę trzeba byłoby jakoś tam sztukować, a po co, skoro już nawet otwory są wywiercone dokładnie na nią i pasuje do łazienki u córki!

Niestety wczoraj okazało się, że mój majster jest chory.
Już w sobotę czuł się niewyraźnie, a właściwie to wyraźnie osłabiony.
Czeka jeszcze na wyniki badań zrobionych w weekend, ale jest bardzo osłabiony i nie wiem, co dalej.
No a kto mi skończy remont?
Wprawdzie zarzeka się, że wróci, jak tylko lepiej się poczuje, ale to jednak znowu opóźnienie, chociaż przez nikogo nie zawinione.
Stwierdził też, że jeszcze nie umiera, a więc żebym nikogo innego nie szukała do skończenia remontu.
Ale już się boję, czy do Bożego Narodzenia będzie wszystko zrobione.
Póki co mam na szczęście za dużo roboty, żeby o tym myśleć.
Jasne, że poczekam, kto inny mi tego lepiej nie zrobi?!

Ech te chłopy, mój Mark też chory, z tego powodu, ale nie oszukujmy się, także z powodu remontu, mamy tylko krótkie i urywane wakacje. Nic to! Bywało gorzej, kiedy nie miałam żadnych wakacji.
Najważniejsze, żeby wyrobić się na czas z pracą.

A już dziś wieczorkiem wraca do domu... hmmm, na chwilę, bo potem od razu jedzie do chłopaka, moja Córcia.
Jak ten czas leci!
Dopiero co sobie popłakałam, kiedy wyjeżdżała, a tutaj już koniec lata i powroty.
Pracy dużo, codziennie coś nowego, więc zmienia się jak w kalejdoskopie!
A mnie się zaczyna chcieć spać, jednak tak wczesna pobudka to dla mnie niezwykła rzecz.
Będę musiała dziś nad sobą zapanować, żeby nie zasypiać podczas roboty! :)

p.s. a tak sobie kicia ostatnio spała w tym starym fotelu:


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Kocham moją pracę

Kocham moją pracę.
Może to mało popularne twierdzenie, ale kiedy słyszę, jak wielu ludzi ma problemy, jak zarobić cokolwiek, utrzymać pracę, wytrwać w trudnych warunkach pracy, znosić złe traktowanie przez szefów, znaleźć pracę w rejonach obciążonych wysokim bezrobociem albo chociaż dostać zasiłek na czas poszukiwania pracy, mogę tylko westchnąć z wdzięcznością, że ja jednak mam tę pracę.
Mam, bo ją sobie sama zapewniam.
Samozatrudnienie jest w tej chwili jedną z niewielu form zatrudnienia, które mimo wysokich kosztów, podatków, obowiązkowego ZUS-u, kłopotów z przedłużającymi się płatnościami, może jednak - przy zachowaniu pewnych środków ostrożności i niewielkich nakładach na materiały - zapewnić w obecnych trudnych czasach utrzymanie.
I żeby nie było.
W żadnym wypadku nie jest to czysta i bezkrytyczna pochwała samozatrudnienia.
W niektórych branżach nie jest możliwa praca samodzielna, bez pracowników.
I tak naprawdę w obecnych czasach tylko wykonując bardziej skomplikowane usługi, korzystając z usług kilku pracowników, można zarobić większe pieniądze.
W moim przypadku ograniczeniem są: własne siły i energia, czas, nakładanie się zleceń w czasach prosperity i ich brak, kiedy na rynku panuje zastój.
Kolejną różnicą w stosunku do zatrudnionych na umowę o pracę na etacie, jest to, że każdy mój urlop czy zwolnienie odbijają się na mojej sytuacji materialnej.
Kiedy jestem chora, czy dopadnie mnie migrena, albo wyjadę, po prostu nie mam pracy, a zatem nie mam też dochodów.
Nie mam płatnych urlopów, urlopu macierzyńskiego też bym nie miała i nigdy nie miałam (urodziłam dziecko po 2 roku studiów i studiowałam w na dziennych studiach wychowując jednocześnie malucha z udziałem mojego byłego męża i chętnych do pomocy dziadków, na początku jednak też jeszcze pracujących).
Są i inne ograniczenia w razie samozatrudnienia.
Nie zarabiam, kiedy leżę ledwie żywa, złożona grypą lub anginą.
I nie zarabiam, kiedy zdecyduję się wyjechać na urlop.
Aby nie zaskoczyła mnie nagła ewentualność, bo każdy może mieć wypadek i trafić do szpitala, wykupiłam specjalną polisę, która by mi w takiej sytuacji pozwoliła przetrwać jakiś czas bez dochodów. Nawet polisa by mi się w tym czasie sama płaciła, ale i tak wolałabym nie znaleźć się w takiej sytuacji, bo to by oznaczało, że nie ma kto utrzymać domu.
A dom to dość duże wydatki.
Przy czym w przypadku mieszkania można je świadomie zaplanować i oszacować, a w przypadku np. zmiennych kosztów ogrzewania nie da się.
Koszty utrzymania domu w sumie zawsze wychodzą większe, niż średniej wielkości mieszkania w podobnym rejonie.
Koszty i wydatki szacuje się ogólnie, lepiej oszacować z górką.
Podobnie podatki, które zawsze trzeba odprowadzić na czas w kolejnym miesiącu.
Generalnie na prowadzącego działalność gospodarczą czeka wiele trudnych decyzji i musi być on/ona osobą bardzo odpowiedzialną i niekoniecznie skłonną do wysokiego ryzyka, jeśli ma mu się udać!
Konieczna też jest bieżąca analiza ryzyka oraz planowanie potrzeb i wydatków w zależności od dochodów osiągniętych w danym miesiącu, żeby kupić materiały eksploatacyjne do biura akurat w miesiącu, kiedy osiągnęło się większy dochód i odliczyć sobie VAT.
Łatwo nie jest, większość dochodów pochłaniają daniny państwowe, albo te zakupy, żeby nie dać sobie wyszarpać całego VATu...
Często z 7-8 tys. na zwyczajne życie po odjęciu opłat, pozostaje jakieś 2 tys. złotych, a często i z tego trzeba opłacić jeszcze jakieś zapomniane podatki, wyrównania liczników itp.
Czyli trzeba się naharować, żeby zarobić, a nie zarabia się wbrew pozorom aż takich kokosów.

A mimo wszystko, kiedy czytam u Was na blogach czy słyszę od znajomych, jak się czują nie mając pracy czy szukając jej wiele miesięcy bezskutecznie, stwierdzam i tak, że BARDZO KOCHAM MOJĄ PRACĘ.

Każdemu z Was życzę więc takiej pracy, która sprawi, że będziecie się czuli zadowoleni i usatysfakcjonowani, że właśnie tym właśnie zajmujecie się przez większość Waszego życia (praca pochłania nas myślę co najmniej w 75% naszego czasu i większość dorosłego życia).

Co mnie dziwi:
Mając pracę wielu żyje tak, jakby nigdy nie miało jej zabraknąć, jakby pokłady sił i gotowości do zatrudnienia były nieograniczone, a kredyty spłacały się same.
Zamiast - osiągając przez dłuższy czas większy dochód - spłacić chociaż większe kredyty, oszczędzić co miesiąc jakąś sumę na cięższe czasy, żyje się ponad stan, wyjeżdżając po kilka razy w roku na urlopy, otacza się luksusem i nie zastanawia się, gdzie to może doprowadzić.
I potem nadchodzą gorsze czasy, trzeba zacisnąć pasa i nagle okazuje się, że nie ma z czego robić opłat, a już oszczędzić na cokolwiek to już w ogóle!
A przecież taką sytuację łatwo przewidzieć!
Powiem więcej: to się może zdarzyć każdemu, szczególnie w czasach kryzysu i dopaść każdego, kto ulegnie wypadkowi czy się rozchoruje.

Mimo wszystko pozostaję więc przy skromniejszym poziomie życia, mniejszych wydatkach na przyjemności typu:  zwiedzanie świata,  luksusowe wyposażenie domu czy samochodu, niezliczone gadżety, wysokie abonamenty, ryzykowne formy inwestowania.
Bez luksusów na kredyt można żyć.
Gorzej, jeśli potem na spłatę kredytu miałoby zabraknąć.

A teraz na deser:
MOI STRAŻNICY



To one pilnują, żeby mnie nie dopadła zbyt duża ilość owadzich najeźdźców, a kto wie, przed czym/kim jeszcze mnie chronią!

niedziela, 26 sierpnia 2012

Mój czarny przystojniaczek

Mój czarny przystojniaczek tak mi pięknie dziś pozował:







Uznałam, że pokazuję Wam za często kotka, a zbyt rzadko piesia.
A to dlatego, że piesio jest cały czarny i trudno jest mu zrobić dobre wyraźne zdjęcie.
Dziś jednak się udało, zapozował mi bardzo ładnie, więc to on, piesio, w całej okazałości.
Koło 23 wróciła do domciu kiciulka. Pomiauczała pod drzwiami piwnicy, więc otworzyłam jej drzwi.
Zeszła i długo nie wracała.
Zeszłam, sprawdzam, a ona sobie śpi na starym fotelu. Kiedyś zostawiłam na noc otwarte okno i raniutko znalazłam tam śpiącego obcego kotka. Może fotel pachniał tamtym kotem, ale ona po raz pierwszy tam się ułożyła i nadal tam śpi.
Pójdę po nią za parę minut, bo wolałabym jednak, żeby spała u mnie na kołderce :)
Wam też życzę dobrej nocy!

sobota, 25 sierpnia 2012

Rok temu

Czasem mnie nachodzi na przeglądanie zdjęć archiwalnych.
Nawet nie tak dawnych zdjęć.
Lubię sobie na przykład porównać, co robiłam rok temu mniej więcej o tej samej porze.
Znalazłam na przykład takie zdjęcie:
W zeszłym roku dostałam od Córci dwie takie filiżanki do kawy i tu właśnie siedzę i piję sobie kawę z mojej pięknej malutkiej filiżanki do espresso, w tle widać ciemny cukier w kostkach. Miejsce akcji: taras, poznaję po stole i komputer stoi obok.
Tok temu pod koniec sierpnia właśnie kończył się remont tarasów.
Nareszcie można było tam spokojnie usiąść i popatrzeć na swoje dzieło.
Wszystkie zdjęcia są albo z okolicy albo dokładnie z 23.08.2011 r.


Nie było jednak jeszcze gotowe moje biuro na poziomie zero.
Były tam tylko pomalowane ściany, podłoga (farbą do betonu) i okna, zawieszona lampa i karnisz oraz oczywiście powiesiłam zasłonki w oknach :)

Wtedy też Córcia właśnie złożyła wszystkie regały w spiżarni w piwnicy. Dziś są już oczywiście wypełnione po brzegi :), wtedy było jeszcze przejrzyście:
Potem wyjechaliśmy na kilka dni do Niemiec, ale to był nasz ostatni urlop u rodziny :).
Jednak nie ma to jak wyjazd gdzieś samemu.
9 września 2011 r..
Położyliśmy sami (to znaczy ja z Markiem) podłogę w moim biurze.
Ale nie miałam jeszcze ani mebli, ani nic.
Potem wpadła do mnie Przyjaciółka z wizytą i namówiła mnie do wspólnych zakupów.
Przybyło biurko i wreszcie w połowie października 2011 r. mogłam zacząć urzędować  w moim nowym biurze.
Z tym, że zaświadczenia, zegar i zdjęcia własnej roboty zostały powieszone przez Teścia dopiero pod koniec miesiąca.



A za jakiś czas ścianę naprzeciwko mojego miejsca dopełnił obraz mojej Córci:



Jednak nadal jest to najchłodniejsze pomieszczenie w domu, mieści się pod tarasem od frontu budynku.
Docieplenie tarasu i niewielki kaloryfer nie wystarczają do zachowania ciepła w zimie.
Za dwa tygodnie wymieniam tam więc jeszcze okna na cieplejsze i nowsze, te są drewniane starego typu. Bo jednak chyba jeszcze w tym biurze przezimuję, chociaż to biuro służy tylko do przyjmowania klientów, a pracuję piętro wyżej. Nic to, zmieniam i to i najpóźniej za rok będę urzędować w moim ostatecznym gabinecie. A i biuro się nie zmarnuje. Te pomieszczenia są naprawdę ładne, mimo że mieszczą się w tzw. suterenie, za biurem jest pomieszczenie gospodarcze nadające się na salon z kuchnią. Ale wymaga również wymiany okien, podłogi i wykończenia kuchni. Pewnie czytając to zadajecie sobie pytanie, a na co mi tyle pomieszczeń i jeszcze druga kuchnia!? No dla mnie nie będzie raczej potrzebna, ale coraz częściej zdaję sobie sprawę, że Mama też już ma swoje lata i mimo, że póki co jest w bardzo dobrej formie, to za kilka lat może być różnie. Na raz wyremontować od razu wszystkie pomieszczenia byłoby olbrzymim wyzwaniem. A tak robię coś co roku i myślę, że na spokojnie za dwa - trzy lata powstanie tam przytulny kącik, gdzie jeśli tylko znudzi jej się mieszkać na jej osiedlu wśród uciążliwych palaczy, będzie mogła się przenieść do mnie. Do mieszkania, które w międzyczasie będzie wykończone i co najważniejsze, ma własne odrębne wejście.
Ale wszystko po kolei i na spokojnie.
No ale ja tak już mam.
Zawsze wybiegam na przyszłość i to nie na rok, ale na co najmniej kilka... :)

Wracając do przeglądania zdjęć.
Wtedy wydawało mi się, że ciągnie się to tak długo, że już wielokrotnie miałam dość.
Kiedy dziś przeglądam sobie te zdjęcia przy kawusi na spokojnie, i porównuję daty, widzę, ile udało się dokonać w jeden sezon.
W tym sezonie zmiany będą również potężne.
Wspominki dodają siły, bo widzę, że było warto i jestem z siebie niesamowicie dumna.
No to do pracy - bo ten weekend też mam pracujący, trzeba skończyć pracę na poniedziałek!
A Wam życzę miłego wypoczynku Moi Drodzy! :)

czwartek, 23 sierpnia 2012

Mnóstwo roboty i zero czasu

Znów tyle pracy mi się zwaliło, że nie ogarniam.
Szczerze mówiąc do wczoraj jeszcze dawałam radę, ale dziś mnie wykończył cały dzień, najpierw tłumaczenie ustne u notariusza, potem w biegu do domu, pospieszne zakupy i tankowanie (pusty bak), biegiem do domu, bo może klient odbierze tekst, telefon od klienta, że odbierze jutro rano.
Telefon od innego klienta: ekspres na dziś, miałam na niego ok. 1,5 godz.
Zrobiłam, w międzyczasie zasnęłam z nosem na klawiaturze.
Obudził mnie telefon od Marka.
Po skończeniu i wysłaniu biegiem tekstu musiałam jeszcze odpowiedzieć na kolejne maile i zrobić wyceny, które muszę zgrać tak, żeby się ze wszystkim wyrobić.
Siły wyparowały, póki co idę paść na kanapę, dopić co tam sobie zrobiłam i wyłączyć myślenie.
Jestem wykończona!
Chociaż zadowolona, że tak dużo mam pracy.
Wolę to, niż marudzenie, że jest jej za mało i nie mam jak zarobić.
Pocieszające, że kwiaty dalej rosną same, różyczka się do mnie uśmiecha:
a inne kwiaty też sprawiają mi radość:



Piękne stworzenie, chociaż nie lubimy ich generalnie!

I jeszcze jeden bączek na słoneczniku - zdjęcia robiłam trzy dni temu, kiedy jeszcze miałam czas na wyjście do ogrodu.
Miłego wieczorku.
Pewnie na kilka najbliższych dni zniknę, żeby dokończyć pracę.
Wybaczcie, ale na komentarze odpiszę z opóźnieniem.

środa, 22 sierpnia 2012

Kot i mysz

Dziś zrobiło się bardzo późno.
Wieczorem długo, bardzo długo czekałam na Kicię.
Widać miała coś do załatwienia na dworze.
A i owszem.
Miała.
***
Pojawiła się kilka minut temu ... z myszką w zębach.
I ... jakby wiedziała, że będzie musiała oddać łup, znów hycnęła w ciemność nocy.
Kocia duma jednak kazała jej wrócić za kilka minut, żeby się pochwalić, co złowiła.
Położyła zadowolona myszkę na podłodze przed lodówką, jakby mówiła:
"No masz tu prezencik, wreszcie ugotuj sobie coś rozsądnego".
Sama położyła się na boczku pomiaukując z zadowoleniem i czekając na swoje jedzenie w nagrodę po najwyraźniej długim i ciężkim polowaniu.
Oczywiście kota trzeba było pochwalić i powiedzieć, jak ładnie złowił.
Małe szare zwierzątko już się prawie nie ruszało, ale niestety zauważyłam ledwie widoczne drgania świadczące o tym, że jeszcze oddycha. Tak zmaltretowanej myszki dawno nie widziałam.
Żywe staram się wyrzucać w krzaki, kiedy Kicia nie widzi, a zmarłe wyrzucam do kosza...
Tę ... zawinęłam w papier, w torebkę i w pudełko i zamroziłam w zamrażarce. Mam nadzieję, że śmierć przyszła szybko i łagodnie i że już nie czuła bólu.
Jutro z samego rana wyrzucę do kosza.
Kicia w tym czasie wyczyściła skutecznie obie miseczki.
A potem zaczęła obwąchiwać podłogę przed lodówką, szukając swojej zdobyczy...
***
Kocham tego czarno-białego puszystego i mruczącego zwierzaka, ale kiedy wstępuje w niego instynkt zabójcy, wprawdzie cieszę się, że jest taka łowna, z drugiej strony boję się o nią, bo kiedyś zjadła taką mysz i potem wszystko zwymiotowała, czyli nie służą jej myszy.
A poza tym strasznie mi zawsze przykro, że ginie inne żywe zwierzątko, którego tak naprawdę nie musiała zabijać.
Ale przecież to kot, dziki zwierzak, który ma instynkt zabójcy!
Wczoraj zapolowała w domu na konika polnego.
Ale konika wypatrzyłam za szafką pierwsza, wzięłam szybko w rękę i udało mi się go wynieść na taras, zanim go znalazła.
Myszka nie miała tyle szczęścia.
Z tym że kto się zastanawia, co innego jest w gotowych saszetkach dla psa czy kota, jak nie inne zabite zwierzęta?
***
Świat jest prosty w swoich zasadach: przeżyje ten, kto skuteczniej zabija.
I tylko wśród kolorowych opakowań i okazyjnych cen mięsa w supermarketach zapominamy i tym, bo nam wygodniej, albo po prostu nie zauważamy tego, bo bardziej kochamy nasze koty i psy, niż te obce zwierzęta, o których nie chcemy pamiętać.
***
Nie umiałam inaczej dobić tej myszy, ale teraz już po wszystkim. Wyniosłam ją przed chwilą i wyrzuciłam za płot w krzaki.
Mam nadzieję, że już nie cierpiała.
Są takie paskudne wieczory, że choćby nie wiem co zrobić, człowiek czuje się paskudnie.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Wrażenia kierowcy i pasażera - porównanie

Oprócz opisów moich cudnie spędzonych urodzin chcę się jeszcze z Wami podzielić wrażeniami z powrotu do Warszawy na A2.
A konkretnie wrażeniami kierowcy.
Natchnął mnie do dzisiejszego posta kolega z zaprzyjaźnionego bloga Racjonalne Oszczędzanie tym artykułem, przy czym ja akurat mam inne odczucia.
A przynajmniej jeśli chodzi o przejazd w charakterze kierowcy trasą A2.
Charakterystyka trasy A2
Autostrada jest płatna, przejazd od granicy do Warszawy kosztuje prawie 70 zł w jedną stronę.
Drugi minus jest taki, że odcinek ostatni, ten od Warszawy, jest jeszcze w budowie, stąd przez ponad 20 km trzeba jechać jednym pasem z ograniczeniem prędkości do średnio 70km/h.
Jednak nawet ten odcinek jest dobrej jakości i jedzie się sprawnie, przede mną w każdym razie nie jechała żadna zawalidroga i przejechałam ten fragment bez większych problemów.
Oprócz tego brak jest jak na razie w mieście dobrze widocznych drogowskazów kierujących na autostradę.
Ale pomijając te drobne niedogodności (jedzie się tak samo, jak poprzednio w stronę Poznania i można naprawdę dostrzec zjazd na autostradę) sam przejazd zaliczam do jednych z przyjemniejszych zaskoczeń: z racji dni wolnych, które wybrałam sobie na podróż, na drodze prawie nie było ciężarówek, bo z nimi na pewno nie byłoby tak różowo.
TIRowcy
Niektórzy nasi kierowcy TIRów i ci ze wschodu niestety uwielbiają się na tych drogach wyprzedzać, a to stanowczo za bardzo spowalnia ruch dwupasmową autostradą. W czasie kiedy jeden jedzie 80km/h, a drugi wyprzedza go z oszałamiającą prędkością 90km/h można jajko znieść!
W dni wolne natomiast TIRy należą do rzadkości.
Styl jazdy polskich kierowców
Z dużą satysfakcją stwierdzam, że większość polskich kierowców opanowała już jazdę po drogach szybkiego ruchu i na autostradach. Sprawnie jeżdżą, dostosowują prędkość do warunków jazdy. Bez problemu wpuszczają włączających się do ruchu kierowców np. zjeżdżających ze stacji benzynowej.
Ponadto najczęściej zjeżdżają po wyprzedzeniu na prawy pas - to niemal reguła, chociaż zdarzają się jeszcze kierowcy bez refleksu, którym bardzo ciężko jest zmienić pas ruchu, a już włączenie kierunkowskazu to wysiłek ponad siły!
Święte krowy na autostradzie
Zaobserwowałam natomiast, że niespecjalnie społecznie zachowują się na naszych autostradach (ale i u siebie) Niemcy i inni mieszkańcy Europy (po drodze jechał równo ze mną pewien samochód na holenderskich numerach, ale on i tak jechał lepiej od Niemca).
Wyprzedzanie
Kiedy na autostradzie wyprzedzają samochody na polskich numerach, manewr wykonywany jest szybko i sprawnie. W 99% samochód, który zaczął wyprzedzać z dużej odległości, ale widzi, że za nim lewym pasem nadjeżdża inny samochód, jadący o wiele szybciej, puszcza go, zjeżdżając z powrotem na prawy pas, a kończąc manewr wyprzedzania dopiero po chwili.
Kierowcy na niemieckich numerach uważają każdy z osobna, że droga należy do nich.
Jeśli więc jeden z drugim zdecydował się na wyprzedzanie, to mają równo w pompce to, że zbliżający się właśnie lewym pasem kierowca będzie musiał zredukować prędkość ostro hamując ze 190 km/h do 120km/h.
I tu mniejsza o to, czy właściwa prędkość na autostradzie wynosi 130 czy 180 km/h.
Oni po prostu wrzucają kierunkowskaz, kiedy im wygodnie, nie patrzą w lusterko boczne, tylko wjeżdżają i jadą potem np. wyprzedzając cały sznur samochodów, nawet jeśli dałoby się w międzyczasie zjechać i jednak puścić tego szybkiego przodem.
Uważam, że od tropienia wykroczeń jest Policja, a nie inni kierowcy, narzucający swoim zachowaniem innym kierowcom zasady jazdy.
Z moich obserwacji wynika, że dla nich każdy inny kierowca się nie liczy.
Oczywiście są wyjątki, ale zaobserwowałam tę tendencję już w Niemczech, a utrwaliła mi się podczas jazdy A2-ką w Polsce.
Polscy kierowcy stają się więc bardziej europejscy, a niemieccy pozostają w tyle.
Stan autostrady A2 i dróg dojazdowych
Nasze drogi w miejscach, gdzie są ukończone, to już zupełnie europejskie drogi, cieszę się niezmiernie, że ich stan tak się poprawił. Dla mnie oczywiście liczy się najbardziej wykończona A2, bo teraz jechałam nią po raz pierwszy do Marka i nareszcie przyjechałam nie tak zmęczona, jak zwykle.
Infrastruktura przy autostradzie
Bogata infrastruktura po drodze, stacje benzynowe, wszystkie z możliwością zjedzenia przekąski i wypicia kawy oraz kupienia czegoś do czytania i jedzenia, te wszystkie miejsca postoju, zwane w Polsce uroczo MOPami, czyli większe zatoczki z możliwością postoju i skorzystania z toalety, to wszystko sprawia, że człowiek czuje się na tych drogach bezpiecznie.
Widać też, że buduje się dalej i jest szansa, że takich miejsc z czasem powstanie jeszcze więcej.
Prędkość i komfort jazdy
Jadąc zaś ze średnią prędkością mogę na jednym baku pokonać tę odległość w niezłym czasie (u mnie to było w obie strony po 5,5 godziny).
Dla porównania - podróż pociągiem
Podróż pociągiem, szczególnie jeśli kupić bilety na dwa tygodnie - dziesięć dni wcześniej - kosztuje oczywiście znacznie taniej. Ale przy mojej pracy liczy się dyspozycyjność i elastyczność. Tym razem przyjechałam, bo mam tu pracę i muszę być w mieście, żeby ją wykonać (zlecenie u notariusza).
Biletów na pociąg, tych ze zniżką, nie można ani zwrócić ani wymienić.
Jeśli nie odpowiadałby mi termin, przepadłyby po prostu.
Poza tym sama jazda pociągiem relacji Warszawa-Berlin trwa ok. 6 godzin.
Dojazd z domu na dworzec w zależności od pory dnia to w jedną stronę minimum 40 zł (a jeśli najwcześniejszym pociągiem, bywa, że i drożej).
Gdybym zaś z uwagi np. na dostęp do gniazda el. (dostępny tylko w I klasie) kupiła bilet na pierwszą klasę (standard i wygoda podobne, jak w samochodzie, koszt trochę ponad 600 zł w obie strony), koszt podróży byłby podobny jak samochodem, ale za psa musiałabym dokupić oddzielny bilet, co oznacza, że w sumie podróż byłaby droższa, a ja przez cały czas musiałabym uważać, co zrobić z psem, szczególnie jeśli okazałoby się, że w tym samym przedziale podróżowałby inny piesek.

Przejazdy dodatkowe
Pozostaje jeszcze ponad te 6 godzin dojazd S-Bahn-ką z Berlina do Poczdamu, gdzie mieszkamy, czyli dodatkowa godzina z bagażami.
Czasem bywa, że S-Bahn ma awarię i pociągi nie jeżdżą.
Podczas jednej z nich zamiast 45 minut musieliśmy objechać pół Berlina metrem i dwoma różnymi autobusami, w sumie tracąc 2 godziny.
Powyżej widok dworca autobusowego, naprzeciwko dworca Hauptbahnhof w Poczdamie.

 Jedna z ulic w Berlinie.
Tu akurat fotka z metra w Berlinie.
Czas podróży
W sumie ponad 7,5, a nie 5,5 godzin w podróży, bardzo duże zmęczenie, niedogodności związane z
przewozem zwierzaka i dodatkowe koszty związane z dojazdem z miejsca do stacji i od stacji na miejsce.
Podsumowanie
Dla mnie więc mimo wszystko lepszą opcją wydaje się samochód, chyba że jadę zupełnie na luzie i zakładam, że mam urlop i nie interesują mnie żadne zlecenia, na które ewentualnie mogłabym wrócić wcześniej do domu.
W dodatku daje dodatkową możliwość dojechania gdzieś jeszcze na miejscu, chociaż po miastach w Niemczech najczęściej najwygodniej i najtaniej (bo trzeba uwzględnić koszty parkowania) jest się poruszać komunikacją miejską.
Dla tych wytrwałych, którzy wytrwali do tego miejsca w bonusie jeszcze kilka zdjęć z ogrodu botanicznego czy parku w Poczdamie.
Oczywiście uwagę przyciągały przede wszystkim posadzone na dużej powierzchni krzaki czerwonych róż:


 Tego koloru nie mogłam ominąć:
 Fontanna
 Lilie
I znów ten niesamowity kolor - to chyba akwamaryna:
 Na tej ławeczce można by przysiąść i słuchać bzyczenia pszczół:
Alejki, krzewy, różne pomniejsze rośliny, tworzą cudowny klimat, w którym można zapomnieć o troskach codziennych.



 Ogród różany bardzo mi się spodobał
Jedną z większych atrakcji jest ogromne drzewo pośrodku parku, rozłożyste i mające zapewne już dziesiątki, jeśli nie setki lat. Turyści niestety nie omieszkali wyryć na nim pamiątkowych napisów.
 Wracając natrafiliśmy nawet na jakiś koncert live, chłopaki nieźle śpiewali. :)
I to tyle na dziś.
A Wy jak wolicie podróżować? Koleją czy samochodem?