Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

sobota, 29 września 2012

Oszustka - finał

Jako, że mamy weekend, rozpoczynam go zdjęciem piesia, który jak widać lubi męskie zabawy, czyli grę w piłkę nożną.
Obiecałam Wam, że w sobotę się odezwę i napiszę ciąg dalszy historii detektywistycznej, czyli opiszę jak zakończyła się sprawa z nierzetelną klientką, która zamówiła u mnie tłumaczenie dyplomu, po czym nie miała zamiaru go odebrać, odrzucała połączenia ode mnie, nie odbierała telefonu i ogólnie udawała, że jej nie ma.

Wśród moich dobrych znajomych jest ktoś, kto oprócz tego, że jest nieprzeciętnie miły i uczynny, to jeszcze pracuje w firmie zajmującej się windykacjami.
Po tym, jak napisałam posta o oszustce, zwróciłam się do niego już mocno zniesmaczona całą sytuacją i poprosiłam o pomoc. Dzięki temu, że jestem znajomą, jeden telefon wykonał dla mnie wstępnie za darmo. Gdybym jednak kontynuowała zlecenie, oczywiście bym zapłaciła.
W czwartek, w niecałe pięć minut po jego telefonie do tej pani otrzymałam od niej maila, że owszem, odbierze ode mnie tłumaczenie, ale w Warszawie będzie dopiero w sobotę.
Od razu odpowiedziałam, że proszę bardzo po podanie adresu, a ja już dowiozę jej robotę osobiście, pod warunkiem, że będzie to w pierwszej połowie dnia.
W sumie kilka maili upłynęło, mimo że w każdym z mojej strony było zawarte bezpośrednie pytanie, pod jaki adres i o której dokładnie godzinie przed południem mam podjechać.
Odpowiedź: w sobotę będę na ulicy .... kończę po 16.00.
I znów cały wieczór nic.
Odczekałam do piątku, czyli do wczoraj do godz. 10.00.
W tym momencie byłam już jednak tak zniesmaczona i zmęczona całą sytuacją, że kiedy wyobraziłam sobie, że będę musiała przeczytać jeszcze 10 kolejnych maili, zanim ta kobieta nareszcie zrozumie, co to znaczy podać godzinę i adres, przestałam się patyczkować i napisałam jej maila o następującej treści:

-------------------
Szanowna Pani,

Jako że znowu powtarza się po raz kolejny taka sama sytuacja, którą przerabiałyśmy przez ostatnie dwie soboty, czyli:
- zbliża się sobota,
- Pani najpierw kilkakrotnie zapewnia, że odbierze dokumenty,
- ja znów idę Pani na rękę, proponując dostarczenie tym razem dokumentów w miejsce, gdzie Pani będzie przebywać w sobotę rano,
- mimo tego po wymianie tych wszystkich maili znowu niknie Pani w eterze
- ja ponownie zużyłam mnóstwo czasu na korespondencję z Panią, z której nic nie wynikło, mimo iż umówienie się zajmuje mi zwykle nie więcej niż 30 sekund
- wydałam już sporo na telefony, a potem Pani się rozłącza, więc nawet tym razem nie będę dzwonić
- zamiast umówić się na odbiór w sposób konkretny, wysyła mi Pani serię dziwnych maili, z których nie wynika ani precyzyjnie miejsce, ani dokładna godzina spotkania,
- nie przyjmuje Pani do wiadomości, że jestem zajęta w sobotę po południu i muszę się z Panią spotkać w godzinach przedpołudniowych,
- a przyjmuję, że dla osoby z Pani wykształceniem podanie w jednym mailu tak podstawowych danych nie powinno stanowić problemu,

czuję się zmuszona jedynie poinformować Panią, że jeśli jutro rano nie załatwimy ostatecznie sprawy, tym razem wszczęta wczoraj procedura windykacyjna będzie kontynuowana, bo moi zleceniobiorcy dysponują już wszystkimi niezbędnymi dokumentami i czekają tylko na mój sygnał, aby wszcząć działania mające na celu odzyskanie należnego mi honorarium.
Niniejszy mail jako ostatni z mojej strony zostanie dołączony do akt sprawy.

Jeżeli więc chce Pani uniknąć dodatkowych kosztów i nieprzyjemności, bardzo proszę ostatni raz precyzyjne podanie:
- NUMERU DOMU przy ul. xxx, jako że wolałabym uniknąć jeżdżenia do [nazwa miasta, gdzie sprawdziłam adres zameldowania tej pani], za to już bym Pani doliczyła koszt dostawy poza Warszawą - co najmniej xx zł)
- godziny odbioru dokumentu jutro, czyli w sobotę w przedziale od 7 rano do 12 w południe.

Chcę mieć wreszcie za sobą jutro rano i nie będę poświęcać Pani więcej czasu, niż to konieczne. I tak powinnam Pani doliczyć koszt osobistej dostawy dokumentów, ale już tym razem odstąpię od tego.
Mam nadzieję, że w odpowiedzi na ten mail tym razem otrzymam odpowiednie informacje.


pozdrawiam serdecznie

iw
--------------------------------------------
Potem jeszcze spróbowałam zadzwonić, ale oczywiście telefonu nie odebrała.
Jednak po tym mailu za jakiś czas, otrzymałam mailem nazwę miejsca i godzinę, na którą miałyśmy się umówić.
I tak oto, dziś wstałam bladym świtem, żeby dojechać do centrum na czas, czyli między 7.30 a 7.50.
Ja byłam na czas, pani była lekko spóźniona, ale tym razem odebrała telefon i podeszła.
Podczas spotkania pani była nieco nerwowa, żeby nie powiedzieć wystraszona.
Już z daleka wyciągnęła przed siebie pieniądze, nawet większą sumę i od razu mi je wcisnęła, więc wydałam resztę, załatwiłam niezbędne formalności, podziękowałam i poszłam do samochodu.
Z tego wszystkiego pani pożyczyła i zatrzymała sobie mój długopis, ale ani ona już nie wróciła, ani ja nie zdecydowałam się za nią pójść.
Nie oczekiwałam tego, ale gdyby mnie chociaż jednym słowem przeprosiła za nieprzyjemności, wybaczyłabym całą sytuację i zapomniała o sprawie.
Ale takiej klasy nie wykazała.

W każdym razie to co najważniejsze, mi się udało!
Za co niniejszym wręczam sobie tego oto kwiatka:

Odzyskałam moje honorarium i nie dałam się wykorzystać przez nieuczciwą cwaniaczkę.
Wy też walczcie o swoje i nie odpuszczajcie!

Wyróżnienie słitaśne :)


No i stało się: od Kataliny otrzymałam wyróżnienie, tym razem z rodzaju słitaśnych.
A że akurat nie jestem w nastroju boczącym się, to chętnie napiszę, że się cieszę i bardzo dziękuję ofiarodawczyni :)
Nie chcę, żeby wyróżnienie leżało i stygło u mnie, dlatego od razu przekazuję dalej.
Najczęściej, jako blogowy twór aspołeczny mianuję wyróżnieniem wszystkich, ale tym razem postaram się podać kilka blogów, którym to wyróżnienie się należy, głównie za wzbudzanie uśmiechu niemal zawsze, kiedy do nich wchodzę.
Mianuję zatem sześć blogów:
Brytusię - na której blogu zawsze można znaleźć dowcipny opis sytuacji życiowych - rodzinno-dziecięcych,
Aurorę - u której zawsze można znaleźć coś słodkiego i czekoladowego, a więc to wyróżnienie, jak znalazł,
Elę z blogu scenki - za perfekcyjne i pełne humoru opisywanie absurdów spotykanych na każdym kroku,
Akularnicę - bo to skandal, że blog, na który wchodzę przynajmniej raz dziennie i na którym niemal zawsze mam się z czego pośmiać z jego autorką, jeszcze nie otrzymał tego wyróżnienia!
Antoniego Relskiego - również za poczucie humoru i nieustanie wysoki poziom wszystkich notek, a poza tym kto powiedział, że słitaśne wyróżnienia mogą otrzymywać tylko dziewczyny?
Dr Bruneta - głównie dlatego, że się zastanawiam, jak on to udźwignie :), bo o poziomie, poczuciu humoru, zaangażowaniu w życie społeczno-polityczne, którego mogę jedynie pozazdrościć, nikogo z bywalców nie muszę przecież przekonywać :)

A wszystkim: nagrodzonym i bywającym u mnie życzę udanego weekendu!

P.s. ja chyba zaniedbałam umieszczenie na moim blogu posiadanych wyróżnień, wybaczcie ofiarodawcy, postaram się do pilnie nadrobić!

piątek, 28 września 2012

Dajcie już spokój Perfekcyjnej Pani Domu

*
Od jakiegoś czasu zauważyłam nasilającą się w mediach nagonkę na Perfekcyjną Panią Domu odgrywaną w programie pod powyższym tytułem w tvn przez Małgosię Rozenek.
Te wszystkie "zarzuty" już od jakiegoś czasu wydawały mi się na tyle absurdalne, że nie było z czym dyskutować. Siedziałam więc cicho. Ostatnio jednak nagonka się nasila, dlatego postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze do dyskusji.

Czepiają się jej jednak już niemal wszyscy: że wymaga wysprzątania własnego domu zołza jedna!
I że to nie jej dom jest pokazywany w programie, bo jej nie spełniał kryteriów!
Aha i jeszcze, że jest przeciwko feministkom, bo to one podobno są przeciwne sprzątaniu.
Tym ostatnim stwierdzeniem się jeszcze zajmę, bo zasługuje na kilka słów.

Ale w całości przyznam Wam, że ja oglądam i lubię programy z Perfekcyjną Panią Domu.
Lubiłam oglądać również wersję angielską z Antheą Turner.
Siadałyśmy sobie wtedy razem z córcią przed telewizorem i komentując dodatkowo miałyśmy z tego niezły ubaw, ale potem wiele pomysłów przejmowałyśmy we własnych włościach.

I szczerze mówiąc mam to w pompce, czy tamtą zostawił mąż, bo za dużo sprzątała, albo czy ta ma sprzątaczkę, bo gdyby mnie było stać, też bym zapłaciła komuś za tę robotę i mam nadzieję, że za jakiś czas się sprzątaczki dorobię, przynajmniej na większe roboty.
Dla mnie liczy się to, że Perfekcyjna Pani Domu w sumie uczy pewnych podstawowych zasad działania w celu zrobienia i utrzymania porządku oraz prowadzenia domu.
W tym tego, że zalegający brud i kurz są siedliskiem zarazków i mogą prowadzić do chorób, w tym groźnych alergii.
Podobają mi się prezentowane przez nią sposoby babuni na plamy i na układanie rzeczy.
Lubię też to, że patrzę na prowadzącą z przyjemnością, bo jest to piękna, zadbana i ciepła kobieta.
A przynajmniej tak odnosi się do uczestniczek programu, rozumiejąc ich słabości i pomagając w ich pokonywaniu.
Jak dla mnie wygląda naturalnie i estetycznie, nie podliczam jej więc kosztów operacji plastycznych, bo w jej przypadku nawet jeśli były, to efekty są udane!
Czy którakolwiek z Was, gdyby zarabiała dość kasy, nie zrobiłaby dla siebie wszystkich zabiegów, żeby wyglądać jak najlepiej?
Kiedyś takich rzeczy, jak prowadzenie domu, zarządzanie majątkiem, uczono na pensjach dla panien albo dziewczęta podpatrywały je w domach u swoich matek i babek.
W obecnych czasach niestety wiele się zmieniło, ja sama nie mam cierpliwości i czasu zawsze sprzątać systematycznie, do tego włączać w to zawsze aktywnie moją córkę, chociaż staram się, aby czyste i wysprzątane były przede wszystkim miejsca odbywania zabiegów higienicznych, odpoczynku i pracy.
Cóż w tym złego, że w telewizji pokazują nam te wszystkie zasady zdrowego sprzątania i podpowiadają, jak sobie radzić z uporządkowaniem wieloletnich stert niepotrzebnych rzeczy?
I czy bardziej przekonałaby Was do porządków jakaś zachowująca się niepokojąco baba, z ubytkami zębowymi, w pomiętym stroju, z nieułożonymi włosami, brzydkim makijażem albo mówiąca do uczestniczki:
- Wiesz co Maleńka, a tego kąta nie musisz sprzątać, i tak nikt tego kurzu nie zauważy, przecież ten kurz sobie leży na szafie, to nikt tam nie zajrzy przez kolejne pięć lat!

Uważam, że żadna z nas nie stanie się perfekcyjna od oglądania kolorowych pism z perfekcyjnie wystylizowanymi kobietami, nie będzie miała idealnego porządku tylko od samego oglądania takich programów.
A że Małgosia Rozenek to nie to samo, co grana przez nią postać w programie rozrywkowym? :)
A cóż to za nowina? Czy czasem nie oczekujemy za wiele po programie co bądź rozrywkowym?

Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to wypowiedź pani Rozenek w telewizji śniadaniowej czy w podobnym miejscu o tym, że do braku chęci sprzątania przyczyniły się feministki, świadcząca o niezbyt przemyślanych wnioskach być może niekoniecznie szalonej inteligencji.
Ale ja nie wymagam od kobiety, uczącej mnie sprzątać, żeby cytowała w tym czasie Kanta, bo pewnie zamiast się zająć robotą, zastygłabym i i zaczęła prowadzić filozoficzne dywagacje.
Uważam tez, że w programie powinno się też pojawić paru męskich uczestników.
To, co prezentowane jest w polskiej wersji, to głównie samotna kobieta stająca przed gigantyczną stertą brudu i śmiecia, z którym porządek zawsze musi robić sama.
To nie tak powinno być!
Za porządek w domu i sprzątanie odpowiedzialni są wszyscy dorośli członkowie rodziny. Powinni też od małego zachęcać do tego dzieci.
Tutaj jednak chyba raczej zawinił producent, a nie sama pani Rozenek, bo ktoś przecież te programy reżyseruje, a uczestniczki też wybierane są według określonego klucza.

Myślę sobie, że jednak mimo wszystko ten program robi dużo więcej pozytywnego, niż negatywnego.
A dlatego m.in., że wielu ludzi zapomina albo wręcz nie wynosi tego z domu, że czysty dom i porządek to podstawy w miarę zdrowego funkcjonowania nie tylko w domu, ale i w życiu.
I nie mówcie mi, że sterty rzeczy czy grube latami hodowane warstwy kurzu to życie komukolwiek ułatwiają, bo ciekawie to wygląda wyłącznie jako efekt specjalny w filmach o Rodzinie Addamsów, a poza nimi raczej powinno skłaniać mieszkańców do zabrania się do porządków.

Daleko mi do perfekcyjnej pani domu, ale i podczas remontu, żeby jakoś funkcjonować, musiałam zachować w domu jako taki porządek i czystość.
Na bieżąco i w miarę moich możliwości dostosowywałam więc kolejne pomieszczenia, na bieżąco usuwam odpady i śmieci, bo to pozwala jaśniej myśleć i lepiej oddychać, żyć.
W domu zawalonym milionami niepotrzebnych rzeczy, porozwalanych bez ładu i składu czy jakiegoś planu trudniej się funkcjonuje, a czasem nie sposób skupić się ani na pracy, ani na realizacji pasji.
Dlatego nie mam nic przeciwko programom o sprzątaniu, a nawet sporo na nich korzystam.
Uważam nawet, że czasem poodkurzanie starych albumów ze zdjęciami czy przejrzenie szaf może być całkiem zabawne i pouczające, można sobie powspominać dawne dzieje itp.

Piszę o tym tak obszernie, bo mam dość nagonki zarówno na sam program, jak i na styl życia reprezentowany przez perfekcyjną panią domu.
Ona przecież nikogo do sprzątania nie zmusza, panie zgłaszają się same, odważnie prezentując swoje domy i bałagan oraz najwyraźniej niektóre z nich z ulgą pozbywają się dzięki dobrej motywacji mnóstwa niepotrzebnych rupieci oraz brudu. Zapewne panie też nie robią tego za darmo, a spora ilość widzów świadczy, że program dostarcza jednak ludziom rozrywki.
A że powoli ten program wygrywa z publicystycznym programem Tomasza Lisa, to raczej może świadczyć o tym, że powoli społeczeństwo stwierdza, że na politykę ma niewielki wpływ, za to na swój własny dom i życie wpływ ma i każdy sam może coś z tym zrobić.

Jak dla mnie ważne jest to, że ona pokazuje, że jeśli się bardzo chce, wiele można zrobić samemu.
Bo najgorsze w zapuszczonym mieszkaniu czy domu jest przekonanie, że na pewno nie dam rady.
No i co z tego, że nie od razu, można robić tzw. odcinkami i po kolei, nie trzeba koniecznie rzucać się na wszystko na raz. Nasz dom to nie program w tvnie, to nasze życie i mamy na to więcej czasu niż 2 tygodnie!
Właściwie sprzątanie jest nieodłączną częścią życia.
Czyżby ktoś chętnie wychodził z domu nieumyty i brzydko pachnący? Raczej nie.
Ale już dom to można zapuścić, bo niewielu mam gości...
A co z samym sobą?
Dlaczego ja sama miałabym nie zasługiwać na przebywanie w czystym i pachnącym wnętrzu, na możliwość zalegnięcia wieczorem na fotelu pod odkurzoną lampą, na czystym kocu, ze świadomością, że w dom pachnie ładnie i świeżo, a nie stęchlizną?!
W dodatku nie opuszcza mnie przekonanie, że najbardziej krytykują ją ci, którzy z własnym bałaganem sobie po prostu nie radzą, albo nim pogardzają, bo czytać książki, gotować, spać i odpoczywać można przecież w syfie, a filozofia i inteligencja nie potrzebują czystych wnętrz i powietrza .... Tja, czy aby na pewno?

Jestem zadowolona z mojego domu, ale nie byłaby to ta sama radość, gdybym pozwoliła w szybkim tempie zarosnąć pajęczyną i brudem nowym łazienkom czy zapuścić kuchnię.
Jak mówiłam, daleko mi do perfekcji w sprzątaniu, czasem psie i kocie kłaki nazbierają się i mają się dobrze  przez tydzień lub dwa, bo fizycznie nie daję rady ich uprzątnąć, ale mam też wielką radość z wysprzątania każdego kąta, szuflady czy pomieszczenia.
Bo wstając rano chodzę przecież po domu, który jest moją twierdzą i oglądam te ściany, kąty i to ja tu żyję!
Dla samej siebie chcę móc oddychać świeżym powietrzem, chodzić po czystych podłogach i myć się w czystej łazience. I według mnie tego właśnie uczy PPD.

Jeśli kiedyś będzie mnie stać na pomoc domową, chętnie sceduję na nią część obowiązków, głównie  odkurzanie, mycie podłóg i okien. I czy ktoś z Was miałby mi z tego powodu coś za złe?
A póki co podoba mi się i program, i nasza polska PPD, i tylko mi w nim brakuje panów domu.
Ale może nadejdzie czas i na to.

*źródło zdjęcia - Dziennik.pl, a dokładnie tutaj

czwartek, 27 września 2012

Kuje się

Na początek polecam kocią minę Numer 102 oraz 103 i proszę o podpisy:
 Kicia 1
Kicia 2
Co też może sobie myśleć Kicia na zdjęciu 1 i Kicia na zdjęciu 2?

Zostawiamy na razie do soboty temat tamtej Pani, mam mimo wszystko nadzieję, że pójdzie po rozum do głowy i zrealizuje dane słowo oraz rozliczy się ze mną w ciągu dwóch dni. W przeciwnym razie wdrażam procedurę windykacyjną, mam już odpowiedni kontakt, przesłałam wszystkie niezbędne dokumenty i tylko na razie zawiesiłam czynności, prosząc żeby się wstrzymali do soboty. Z tego, co wiem, wpisanie na listę dłużników w Krajowym Rejestrze Długów nie jest niczym przyjemnym, więc ja sama życzę tej Pani, żeby się zreflektowała!

Dziennik budowy
Tak więc dla odmiany :) napiszę o tym, co tymczasem na froncie remontowym, Lipton mówił, że czyta z ciekawością i Akularek też, więc choćby dla dwojga Takich Czytelników się opłaca!
Co dalej? Otóż kuje się dalej i po kolei przybywają na ścianach grzejniki!

I już za chwileczkę będę mogła sobie ogrzać moje przemarznięte wieczorami cztery literki i nogi, okutane już na noc w grube skarpety.
Wieść niesie, że wszystkie brakujące jeszcze grzejniki mają zawisnąć na ścianach i zostać uruchomione już dziś.
Co oznacza, że już dziś wieczorem będę mogła wysprzątać moje włości, a przyda się bardzo, bo nakurzone pyłem od czerwonej cegły jest wszędzie!
A przede wszystkim, że już nie będę musiała podgrzewać się dmuchawą przemysłową tudzież grzejnikiem olejowym elektrycznym, który pewnie pożarł mi już tyle prądu, że na pół miesiąca by wystarczyło.
Jestem jeszcze dumna z tego, że udało mi się przekonać mojego hydraulika, żeby zamiast zostawiać mnie ze sterczącym z podłogi na środku ściany pomieszczenia kikutem rurowym:
Wkuł się z rurami w podłogę:


Dzięki temu rury zostaną w całości schowane pod podłogą, a ściana po położeniu podłogi będzie równa i bez kikutów!
I tak oto położone na poziomie zero biuro wraz z przyległościami kuchenno-pomocniczymi będzie, nareszcie porządnie ogrzane, a nawet świeżo odmalowane, uprzedzając pytania panów - do malowania będą zakręcone zawory i ściany za grzejnikami też się pomaluje.
Na koniec położę jeszcze na podłogę w pokoju kuchenno-pomocniczym linoleum, bo łatwiejsze w utrzymaniu niż panele. Jakby co to po prostu mopem ją i będzie czyściutko!

Choróbska w natarciu
W domu omijam moich fachowców szerokim łukiem, bo dopiero co wczoraj jakoś doleczyłam się z rodzącego się przeziębienia, jak obaj mi zaczęli prychać i kichać. Podzieliłam się lekami, żeby szybciej doszli do siebie, szczególnie mój Majster.
Co do tego ostatniego powiem Wam, że cieszę się, że jednak dałam mu szansę, bo teraz się sprężył i znów haruje za dwóch-trzech i robi wszystko jak zwykle z wielkim zaangażowaniem i precyzją. Co się zresztą dziwić, skoro w wojsku był saperem! :)

Dla wytrwałych, albo wszystkich innych, którzy nie interesują się remontem, ale lubią koty mam:
przepis na kota na huśtawce/ ławce / itp. na tarasie.
Otóż: na huśtawce/ ławce / itp. na tarasie kładzie się dywanik / ściereczki / jakikolwiek materiał.
Zostawia się na około godziny.
Po powrocie na / obok / wtulony w ściereczkę / materiał / dywanik - leży i śpi kot.
Koniec przepisu.
Ilustracje:




To dziś na tyle, chyba mi niechciej mija, chciał nie chciał, jak tyle się dzieje, to człek siada i spisuje! :)
Pozdrowienia dla wszystkich!
Wasza iw

środa, 26 września 2012

Oszustka


Zamówiła u mnie tłumaczenie swojego dyplomu 17 września czyli dziesięć dni temu.
Czasem zgadzam się na tłumaczenie dokumentów przesłanych skanem, żeby Klient nie musiał jeździć dwa razy.
Mailem poprosiła mnie o podanie numeru konta.
Podałam konto, ale zaproponowałam też odbiór u Mamy, bo będzie dla Niej bliżej, w końcu Klientowi życie trzeba ułatwiać, a nie utrudniać.
Wystawiłam też paragon za usługę, bo miała już-już odbierać.
A jak wiadomo dokumentu wystawionego nie da się cofnąć, tym bardziej paragonu, bo do faktury można jeszcze zrobić korektę, a z paragonu to przepadło na amen.
A VAT trzeba będzie zapłacić :(
Zawiozłam Mamie tłumaczenie, a to jest zawsze trochę problem, bo i repertorium (tę moją grubą książkę z wpisanym tłumaczeniem i dla kogo) trzeba też zawsze dostarczyć.
Pani Klientka umawiała się trzykrotnie, że odbierze, miała jeszcze dostarczyć jakieś inne dokumenty do tłumaczenia.
Ale kiedy nie odebrała raz, drugi i trzeci, a Mama za każdym razem specjalnie na określoną godzinę czekała i nic się nie działo, poczułam, że coś tu jest nie tak.
Mama dzwoniła do Pani Klientki, zostawiała wiadomość z prośbą o kontakt.
Potem dzwoniłam ja.
Niestety Pani od paru dni nie odbiera od nas telefonu, rozłączając się po sprawdzeniu numeru.

Czuję się oszukana, co też dzisiaj Pani napisałam w SMSie.
Żadnej reakcji.
Cóż.
Mam skan dyplomu tej Pani.
Pani jest (bo przy swoim zawodzie musi być) wpisana na listę zawodów zaufania w swojej Izbie...
Mam całą korespondencję mailową, wprawdzie bez adresu, ale mam również nazwisko panieńskie tej pani, oraz to po mężu.
Nie chcę Jej szkodzić, ale jak inaczej odzyskać dług?
Suma nie jest duża, ale uważam, że złodziei należy karać na każdym kroku.
W dodatku jestem zniesmaczona, bo jeśli taka osoba wykonuje taki zawód, jaki wykonuje i pracuje z bardzo wrażliwymi ludźmi, to powinna przynajmniej mieć coś takiego, jak sumienie.

A ja tylko chcę odebrać zarobione przeze mnie uczciwie pieniądze.
Nic więcej.
Nie zależy mi na tym, żeby komuś dopiec, szkoda na to mojej energii.
Ale ja tak tego nie zostawię!

Może ta Pani jakimś cudem przeczyta tego posta i pójdzie po rozum do głowy oraz nie będzie chciała narażać swojej reputacji oraz mieć kontaktu z policją.
Mam taką nadzieję.

Aktualizacja: czwartek 27.09.2012 r. godz. ok. 15.47
Akcja w toku, nie będę póki co nic więcej pisała ani tutaj, ani w komentarzach.
Powiem tylko, że po wszczęciu przeze mnie pewnych kroków Pani jednak się odmroziła i odpisała, że owszem odbierze i zapłaci, jednak nie wcześniej, niż w sobotę.
Cóż - dam jej jeszcze szansę.
Napiszę Wam, jak się skończyła historia, jak już będzie po wszystkim!

wtorek, 25 września 2012

Niechciej blogowy

Chwilowo dopadł mnie niechciej do pisania i blogowania.
Przysiadł się dość skutecznie i jak tylko usiądę do pisania, podsyła mi a to coś ciekawego do poczytania, a to do oglądania, albo kotka, który koniecznie natychmiast coś musi zjeść, a to pieska, którego akurat teraz trzeba wypuścić... itd.
Dopadł mnie niezidentyfikowany stan ni to przemęczenia, ni to braku napędu...
Może jakiś jesienny spleen ...
Komputer otwarty, bo i tak pracuję, przerwa, zabieram się do pisania: a to za ten temat, a to za tamten, ale żadnego nie umiem skończyć, albo po kilku słowach zaczynam myśleć o czymś zupełnie innym.
Podczytuję, co u Was, ale nawet to jakoś tak bez ładu i składu, czasem przeczytam dwa zdania i na tym koniec, czasem całego posta a pod koniec zapominam, co było na początku.
Zdjęciami wybrukowałam całego poprzedniego posta, więc mi na razie wystarczy.
A co do mojego pisania to nie zaserwuję Wam przecież swobodnego strumienia świadomości, bo mi się oberwie siekierką jakąś, czy innym toporkiem. :)

Ta blokada to raczej na pewno skutek przemyśleń na temat "skąd ja wezmę jeszcze tyle kasy, żeby skończyć to i tamto?". Nie chcę się nadmiernie zadłużać, ale przeciąganie pewnych prac w nieskończoność też nie wyjdzie mi na zdrowie, bo lepiej coś zrobić przy jednym bałaganie, a potem już sukcesywnie sprzątać, niż zabierać się za kolejny etap za kilka miesięcy czy rok i znów żyć kilka tygodni w generalnej rozpierdusze. W sumie więc ... jednak pomyślę o tym jutro!

I cóż, chwilami nawet mnie opada niechęć do myślenia o tym wszystkim, szczególnie, że na razie musiałam się wynieść nawet z mojego tymczasowego biura i teraz urzęduję znowu w domu, gdzie muszą do mnie przychodzić klienci. A w domu niestety nie mam teraz idealnego porządku, co jest dla mnie dodatkowo obciążające.
Ale cóż, żeby było ładniej, to zawsze najpierw musi być tymczasowo brzydziej, jak to powiedział ostatnio jeden z moich klientów.
Ale ja już od tego brudu i pyłu i tego, że ciągle coś jest w totalnej rozsypce dostaję fioła.
Wiem, wiem, że za trochę będzie już zupełnie ładnie albo jeszcze ładniej, a grzejniki nareszcie będą wisiały na właściwych miejscach, a nie ogrzewały sufity.

I nie piszę tego, żeby mi ktoś współczuł.
Ot tak opisuję, że mnie to trochę zmęczyło.
Chyba nic dziwnego, jeśli człowiek dopiero co miał to:


Potem chociaż tymczasem jeszcze to:
a teraz w tych pomieszczeniach musi znowu patrzeć na to:


Aż trudno uwierzyć, że za jakiś czas znowu będzie tutaj estetyczne, ładne, odmalowane na nowo biuro.
W dodatku ciągle a to czegoś brakuje, a to zapominam i w efekcie jazda nawet dwukrotnie w ciągu jednego dnia do marketu nie należy do rzadkości.
Dziś wieczór też się muszę tam wybrać, bo zapomniałam kupić uchwyty do powieszenia grzejników.
Poza tym Córcia wpadła jak po ogień, przy okazji moich zakupów ciągnie mnie do IKEI, gdzie zajrzę chętnie, ale nie kupię nic na razie, bo trochę trzeba wstrzymać
Najpierw muszą być zrobione same ściany i podłogi, zanim zacznę szukać mebli i zanim będzie mnie na nie stać.
I tak z posta o niczym i niechcieju wyszedł kolejny wpis do dziennika budowy.
A niech tam, jeśli kogoś to nie interesuje, nie musi czytać!
Kończąc dodam tylko, że poprzez napisanie tego posta też nie pootwierały się szufladki z innymi rzeczami ... i znów zapomniałam, co miałam napisać w podsumowaniu.
Ech, to ja już Was lepiej już dziś zostawię i pójdę sobie posiedzieć sama z własnymi myślami i dokończyć pracę.
A pracy akurat jak na lekarstwo, robię ostatnią korektę, ale co z tego, skoro wszyscy mnie olewają i nie płacą na czas. A ode mnie oczywiście wymaga się wszystkich płatności w terminie.
No to się trochę ulało.
Idę sobie, żeby Wam nie zsiapać humorków :/

niedziela, 23 września 2012

Spacerkiem po Warszawie - Stare Miasto

Ileż można o remoncie. Wczoraj mieliśmy nieco lżejszy dzień.
Wybraliśmy się więc po południu na spacerek po Starym Mieście.
Dlatego dziś będzie mało gadania, dużo zdjęć.
Najpierw przedstawiam zwiedzających:
iw&m
A to najciekawsze ujęcia z wczorajszego spacerku, podzielone tematycznie:

Zamek Królewski w Warszawie












Nowy Świat, w pobliżu rynku Starego Miasta:





 Widok na Kościół Św. Anny:

 Jeśli się nie mylę, skręt w Miodową, ale z ulicami to ja jestem trochę na bakier :), można poprawić, jeśli ktoś wie lepiej.


A tu już najwięcej ujęć z samej Starówki vel Starego Miasta Warszawy:


W jednym z okien przeczytałam, że przy tym małym ryneczku na tyłach Katedry mieści się Polska Partia Kobiet i świętuje właśnie 5 lat!
 Widok na Starówkę:

 Tędy można dojść do tarasu widokowego na Wisłę, ale tam tym razem nie byliśmy.

 Nieodłączny element: warszawska dorożka:

 Symbol serca Warszawy - Syrenka Warszawska
 Bardzo uśmiany pan dorożkarz:
 I jeszcze raz Syrenka Warszawska


Mniej znane zakątki Starówki:


 Koło restauracji Rycerska stoi jak należy rycerz:


 Widok zza barbakanu na zewnątrz murów obronnych:

A tu samBarbakan - kilka ujęć:


 Spacerkiem z Tatusiem wewnątrz murów Barbakanu, jakoś mnie ujął ten widok:

 Nieodzowne wystawy rzeźbiarzy i malarzy:

A na deser chyba ulubione moje miejsce, czyli Nowe Miasto:






 Jeden z najpiękniejszych kościół Św. Jacka:



A tutaj tuż za Barbakanem ciekawy kamień pamiątkowy świadczący w spisaniu kompleksu starego miasta na listę zabytków UNESCO.

Aha, jakieś szaleństwo padło na ludzi i co chwila spotykaliśmy państwa młodych:
a to przed Pałacem Ślubów:


A to na samym rynku koło Syrenki:

 A to pod kolumną Zygmunta:



A sama kolumna Zygmunta tego dnia wyglądała na tle nieba wyjątkowo majestatycznie:





A z daleka zza mostu Śląsko-Dąbrowskiego widać Stadion Dziesięciolecia:


Dziękuję Wam za wspólny spacerek :)
Miłego końca niedzieli!
Wasza iw