Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

piątek, 30 listopada 2012

Nareszcie gotowa :)

Po wielu miesiącach oczekiwania, przerw spowodowanych innymi robotami, które trzeba było wykonać w międzyczasie i po różnych problemach nareszcie okazało się, że jest gotowa!
Moja najosobistsza z osobistych łazienek :)
Oczywiście muszę się Wam pochwalić, bowiem moja duma z wykonanej pracy nie zna granic.
Pierwszą kąpiel zrobiłam sobie w niedzielę.
Był olejek zapachowy i relaks, muzyka i spokój.
Przed wanną rozłożyłam sobie ręcznik, żeby wyjść mokrą nogą z wanny na coś ciepłego, a nie wprost na podłogę.
Po dwóch minutach, jakby to było dokładnie zaplanowane, na ręczniczku leżała zwinięta w kłębuszek Kicia.
A jeszcze niedawno wyglądało to tak:
A jeszcze wcześniej, czyli przed remontem było tak:
Tam na ścianie którejś zimy odpadły kafelki, własnoręcznie wyklejałam tę powierzchnię masą szpachlową, a potem robiłam wzorki palcami i pomalowałam.
Najgorszy był ten kaloryfer, pod sufitem było wprawdzie gorąco, za to przy podłodze strasznie wiało!
Z tej szafki z lustrem Córcia zrobiła sobie teraz toaletkę :)

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie umiem wyrazić, jaka to radość, że ten dłuuuuugi czas remontów powoli zbliża się do finału i że mogę wreszcie korzystać z mojej własnej łazienki.
Mnie się w niej podoba wszystko i jestem absolutnie i do końca ze wszystkiego zadowolona!
Jeszcze niedawno mogłam popatrzeć tam tylko na puste ściany:
O prysznicu też marzyłam od dawna. Wstawiłam go w wolny róg i bardzo się z tego wyboru cieszę.
Okazało się, że nie przeszkadza mi to, że szyba jest ciemniejsza.

 I o ładnej szafeczce na kosmetyki:
 Ten grzejnik jest wygodny, nie tylko grzeje, ale i ręczniki na nim powiesić do przeschnięcia można.
Widok od wejścia: na razie rzeczy do kąpieli zebrałam w koszyczkach i porozkładałam po kątach, czeka mnie jeszcze skompletowanie wieszaczków na szampony, duszbady i takie różne.


I tam właśnie za moment zamierzam się udać.
Wszystkim, którzy czasem wątpią, że może się udać zrobić w domu coś, o czym od dawna marzyli, powiem: warto wierzyć i robić wszystko, żeby się udało, a uda się! :)

Kiedy w marcu tego roku zaczynałam remont, nie wierzyłam, że uda mi się zrobić oprócz wymiany instalacji wodnej wszystkie trzy łazienki w domu.
Nie mówiąc już o przeniesieniu grzejników i odnowieniu biura, a także pomieszczenia gospodarczego za biurem. O dziesiątkach innych wykonanych przy okazji robót nawet nie wspominam.

We wszystkich pomieszczeniach starałam się rozmieścić jak najwięcej gniazd elektrycznych.
W każdej z łazienek znajduje się wentylator i poprowadzona gotowa instalacja do piwnicy, do miejsca, gdzie kiedyś być może założę piec gazowy ze zbiornikiem wody i pompą cyrkulacyjną. Wtedy woda będzie dopływała do wszystkich kranów równie szybko i zawsze będzie ciepła.
Dlatego przed każdą łazienką znajdują się dodatkowe przełączniki :), póki co nieczynne.
Byłam sercem i rozumiem przy każdym etapie tych działań wojennych, bo tylko z tym mogę porównać to, co się dzieje w domu podczas remontu.
Na pytania, kiedy kończę, dziś nie odpowiem, mam jeszcze do skończenia moją odnawianą właśnie sypialnię, a muszę się przenieść, bo w mojej obecnej sypialni niestety na ścianach wyszła jakaś wilgoć. W nowej też trzeba dobrze zabezpieczyć ściany specjalnymi preparatami przeciwgrzybicznymi, żeby mnie nie przytruły jakieś grzybki czy pleśnie.
Tęsknię za dokończeniem prac, a jednocześnie wykluwa mi się w głowie ciągle tyle nowych planów, że nie nadążam za ich wprowadzaniem w życie.
To dlatego czasem nie mogę zasnąć wieczorem.
Jak sobie coś wyobrażę, w myślach robię plany, odnawiam, przestawiam, mebluję ... :)
Myślę, że najważniejsze jest podejście do remontu - nie można go nie lubić, bo będzie gehenną.
Trzeba się nastawić, że będzie trudno, ale że wszystko dobrze się skończy.
Z tym nastawieniem o wiele przyjemniej i łatwiej jest znieść wszelkie nieprzewidziane rzeczy i pogodzić się z pustoszejącą kasą.

czwartek, 29 listopada 2012

Chorobowej szopki ciąg dalszy

No tak.
Można się było tego spodziewać.
Moje gardło z racji zawodu, który tego wymaga znam lepiej, niż jakikolwiek lekarz na ziemi.
Kiedy w niedzielę mówiłam panu doktorowi, że mam wysuszone gardło i że antybiotyk nie zadziałał i po poproszę o nowy, zlekceważył mnie, twierdząc, że to wirusówka.
Że płukanie, że wietrzenie pokoju, że aspiryna i witaminy i leki na katar i kaszel.
Przez jakiś czas powstrzymały one objawy, dlatego nawet sądziłam, że jest lepiej.
Uwierzyłam, a raczej dałam się przekonać, bo trochę mi to leczenie pomogło.

Ale od wczoraj wieczorem mam skórę w gardle tak wyjałowioną i przesuszoną, jakby ktoś ją specjalnie wygarbował do potrzeb uszycia butów.
A gardle nacieki coraz gorsze, migdały prawie zupełnie wyżarte, dlatego nie widać czopów.
No i czeka mnie ponowna wyprawa do przychodni, czekanie, zarażanie się od innych pacjentów itepe, cholera! A ja mam pracę do skończenia!
Już na tamte leki przyszło mi wydać ponad stówkę, bo wszystko dostałam na 100 %, żadnego leku zniżkowego, sama lekowa śmietanka. Teraz, po kilku dniach bezskutecznego trucia się ersatzami zamiast leków, wybieram się ponownie do lekarza. Niestety bez antybiotyku to ja naprawdę mogę zejść na jakieś suchoty, bo jest coraz gorzej, a kaszel mnie wręcz dobija.
A się głupia tak cieszyłam!

Nie cierpię wpisów chorobowych i tego, że można co najwyżej komuś współczuć, ale przecież komentarzem nikt mnie nie wyleczy, więc na tym kończę i szykuję się do przychodni. Pójdę na tuż po 7, mam nadzieję, że dostanę wczesny numerek.
Ej, życzcie mi tym razem kompetentnego doktora, a nie konowała, któremu wydaje się, że wie lepiej. :(

środa, 28 listopada 2012

Wspominki wakacyjne dla ogrzania atmosfery

A zebrało mi się na wspominki :)
Rok 2008, Kreta, nasz wspólny urlop, chyba drugi wspólny wyjazd nad ciepłe morze.
Wstałam któregoś dnia rano, M. jeszcze mocno spał.
Nie chcąc go budzić wstałam i sama poszłam nad morze.
Oczywiście z aparatem.
Nie żałuję.
Widok, który tam zastałam, był jednym z najpiękniejszych widoków, jakie w ogóle kiedykolwiek trafiły do moich oczu i przed mój aparat:




Myślę, że to dobra przypominajka na ten kolejny mglisty jesienny dzień.
Miłego dnia Wam życzę :)

wtorek, 27 listopada 2012

Potrzeba samotności

Ostatnio zauważyłam, że brak mi samotności, a dokładniej spędzenia trochę czasu samej w domu, bez robotnika, który jest sześć dni w tygodniu prawie od świtu do nocy.
I niekoniecznie chodzi tu tylko o pochodzenie po domu w samych stringach, ale o to, żebym nie musiała nieustannie podejmować tych wszystkich decyzji, co chwila biegać po marketach, żeby dokupić piankę, worek zaprawy, czy klamkę.
Właściwie codziennie mogę się zająć sama sobą dopiero wtedy, gdy dom jest pusty, wtedy biorę się za gotowanie czy sprzątanie. A po tym wszystkim potrzebuję pobyć jeszcze trochę sama ze sobą. Z tego bierze się potem siedzenie do późna w nocy, kiedy mogę sobie spokojnie poczytać, bez żadnych odgłosów kucia, malowania, szlifowania, czy nawet nie-mojego radia z offu.
Czasem oglądam sobie takie zdjęcia i wyobrażam sobie, że idę gdzieś daleko tą dróżką, wokół śpiewają ptaki, niespiesznie spacerują turyści itp.
A tak realnie ciągle sprzątam, podsumowuję, dalej planuję, oglądam, poprawiam i sprzątam, dalej planuję ...
Sama się dziwię, jak wytrzymałam tak długo.
Sprawia mi to wszystko wiele radości, ale też bardzo wiele kosztuje.
I nie mam na myśli tylko wydatków pieniężnych.
Chwilami czuję się tak, jakbym fizycznie sama też odnawiała, malowała, przyklejała te płytki czy nosiła meble, tak się czuję zmęczona.

Bywa, że ogarnia mnie zwątpienie, czy to wszystko w ogóle ma sens i czy się kiedykolwiek skończy. Cóż, chwile słabości zdarzają się nawet mnie.
Kiedy jednak czuję się doskonale w każdym z odnowionych pomieszczeń, utwierdza się moja wiara w dobrze zaplanowaną i sprawnie przeprowadzoną akcję "remont".

A chwilami mam już tego tak dość, że najchętniej opłaciłabym rachunki, żeby mnie nic nie ścigało, a potem uciekła gdzieś daleko chociaż na tydzień.
Po czym przychodzi taki dzień, że patrzę na EFEKT KOŃCOWY i wtedy wszystko nabiera z powrotem sensu!

Mimo totalnego zmęczenia i walki ze sobą, żeby kolejne set złotych wyłożyć na remont, a nie na ciuchy czy kosmetyki.
Bo przecież ważne jest, że potem będę miała te kosmetyki gdzie ułożyć :)

Póki co nastał wieczór, zrobiłam i zjadłam kolację, rozluźniłam się, a teraz pójdę sobie porozkoszować się moją samotnością. Nareszcie! :)
A Wam życzę miłego wieczoru!

Trochę historii, czyli tak wyglądała kocia szafka-widmo

Trochę mi się zeszło ze znalezieniem zdjęć tej szafki, o której pisałam w ostatnim poście, tej której tak nieszczęśliwie szukała kicia, na której tak wygodnie jej się odpoczywało. A tych zdjęć z kotem na szafce będę musiała jeszcze poszukać, to Wam pokażę :)
A oto ona, szafka-widmo w mojej łazience przed remontem.
Jak się tak dobrze zastanowić, to faktycznie kotek miał coś jakby schodki czy drabinkę - na parapet nad grzejnikiem - hooops, potem na parapet - hooops, wreszcie na półkę nad umywalką - hoooops, a samo wskoczenie stamtąd na szafkę było kocinnie proste!

A na szafce ... zasypiał.
Na tym zdjęciu widać, jak już zaciekały rury, uff, jak to dobrze, że wymieniłam te całe instalacje itd.
Szafka od lewej:
 Szafka od prawej:
Specjalnie dziś nie piszę o tym, co mnie bardzo korci, ale potrzebuję zrobić jeszcze kilka zdjęć.
Napiszę najprawdopodobniej już jutro.

p.s. czuję się trochę lepiej, chociaż do zupełnie dobrze to mi jeszcze daleko.

niedziela, 25 listopada 2012

Leczenie w niedzielę i kocie szukanie szafki-widma

Powiem Wam, że cieszę się za każdym razem bardziej z mojej przychodni.
Dziś rano po przebudzeniu poczułam, jakbym w gardle miała Saharę, drugim co usłyszałam po trzeszczeniu mięśni przy pierwszej próbie ich rozprostowania, był mój głośny kaszel.
Nie było na co czekać.
Wydrukowałam potwierdzenie wpłaty na ZUS na ubezpieczenie chorobowe z listopada i tak uzbrojona udałam się do mojej przychodni. Kiedyś już się Wam chwaliłam, że jestem bardzo zadowolona z jej usług. Dziś też dostałam się do lekarza praktycznie bez czekania.
Po zbadaniu orzekł, że antybiotyk zadziałał, ale wdała mi się w gardle tzw. wirusówka, czyli pewnie wirusowe zapalenie gardła. Zapisał mi aspirynę i trochę środków na kaszel i katar, wapno i kazał płukać gardło sodą oczyszczoną, sześć razy dziennie! Do tego wietrzyć dobrze sypialnię i nawilżać w niej powietrze oraz skręcać kaloryfery. To ostatnie nie jest potrzebne, w całym domu mam nie więcej niż 20-21 stopni, a w sypialni 18.
Co najważniejsze - zostałam zbadana i dostałam zalecenia do leczenia.
W mojej okolicy jest też całodobowa apteka, czynna zawsze. Podjechałam, kupiłam, wróciłam.
Jestem po śniadaniu i lekach.
Leżę pod kocykiem i niestety mam jeszcze trochę pracy.
Chciałam napisać, jakie to jednak pocieszające, że w taki dzień, jak niedziela mogę otrzymać bezpłatną opiekę lekarską, kupić leki i nie zdycham sobie bezbronna do poniedziałku, popadając w coraz gorszą chorobę.
Tak zwyczajnie się cieszę, bo od tego jakby lepiej się czuję.
Na dworze mgliście, wilgotno, niebo szare.
A ja sobie poleguję na sofie, pracuję troszkę no i zdycham, bo słaba jestem strasznie nadal.

Ale za to dziś wyjątkowo przyjechał Pan Wiesław dokończyć montaż urządzeń w łazience, bo wczoraj musiał pojechać wcześniej, ponieważ zamek wejściowy do domu mu się popsuł i nie wiedział, ile godzin mu zajmie dostanie się tam za pomocą wiertarki. Potem jeszcze musiał dokupić wkładkę do zamka i zamontować ją.
A moja łazienka prawie gotowa.
A tak!
Prawie mi się nie chce wierzyć w to szczęście.
Czyżbym miała już dziś wieczorem umyć się w mojej łazience?!
Wszystko na to wskazuje!
A co lepsze, po zamontowaniu wszystkiego widzę, że mogę tam jeszcze wstawić wysoką szafkę przy kabinie prysznicowej, gdzie będziemy mogli przechowywać ręczniki, bo miejsca na szerokość jest dość.
Poza tym będzie można jeszcze wykorzystać miejsce nad sedesem i powiesić tam szafkę na jakieś tam inne rzeczy.

W tym miejscu nie mogę się powstrzymać i muszę Wam napisać, jak nasza kicia przeżywa rozstanie z poprzednią toaletą, a raczej z szafką, po której zawsze z radością skakała, zdobywając domowe "szczyty". Wygląda to tak, że wchodzi to tej toalety na dole, wskakuje na szafkę, która wisi w miejscu, gdzie kiedyś znajdował się parapet zamontowany nad kaloryferem...
Potem przeskakuje na parapet, zalicza jeszcze półeczkę nad spłuczką i stamtąd już patrzy tęsknie w górę, jakby mówiła: no nie wygłupiaj się, dawaj tu z powrotem te szafki! Gdzieś przecież muszę się położyć!
A skoro to, nawet po kilkukrotnym długim i przeciągłym miauczeniu, jednak okazuje się niemożliwe, próbuje poszukać tej szafeczki od drugiej strony. Zeskakuje więc z powrotem na sedes, a potem ...
 Skacze o ląduje w umywalce.
Mimo wszystko nie przerywa poszukiwań i nadal miauczy, oglądając się na mnie:


Ale i w ten sposób jakoś nie może się dostać do szafeczki, bo zwyczajnie już jej tam nie ma i już raczej nigdy nie będzie!
Miłej niedzieli!

sobota, 24 listopada 2012

Praca, kultura, remontu ciąg dalszy i szanuj zieleń

Czołem Kochani,
Dzisiejszy wieczór spędzam sama, bo mi się dziecko znów wybrało do swojego chłopaka, a jutro idzie z przyjaciółką do teatru.
Przyznam szczerze, że Młoda zawyża nasz wspólny poziom kulturalny, czyli kiedy ja od dwóch lat nie chodzę prawie nigdzie (jak to nigdzie, a markety budowlane!?), to przynajmniej na Niej spoczywa przyjemny obowiązek podtrzymywania życia kulturalnego w naszym domu.
Ale i ja nie próżnowałam przez ostatnie wieczory czytałam z wypiekami na twarzy książkę "Zamek i klucz" Sarah Dessen wydaną przez Naszą Księgarnię.
Książka opowiada o młodej dziewczynie, w wieku licealnym, która stanęła nagle przed bardzo trudnym momentem w życiu, bo porzuciła ją matka. Życie zaczyna się więc dla niej na nowo. Polecam, przeczytałam jednym tchem - bardzo wzruszająca lektura, opowiadająca o przeżyciach młodych ludzi.
Myślę, że sporo o emocjach swoich dzieci mogą się z tej książki dowiedzieć także rodzice. :)
Piątek upłynął mi praktycznie od połowy dnia na tłumaczeniu kabinowym w samym centrum Warszawy.
Jeśli ktoś zaglądał na FB, pojawiło się tam nawet zdjęcie Placu Piłsudskiego i Zachęty w tle, zamglone pięknie.
Lubię takie zlecenia, po których czuję, że coś dobrze zrobiłam, a myślę, że wczoraj udało się nam poradzić ze wszystkim w dobrym stylu.
Było miło, bo z moją ulubioną koleżanką do kabiny zawsze tak jest i poszło nam dobrze mimo skomplikowanej tematyki (tym razem lotniczej).
Ze środy na czwartek tłumaczyłam z kolei historyczny dokument - akt zgonu. Mężczyzna zginął w jednym z obozów koncentracyjnych w 1941 r.
Powiem Wam szczerze, że takie dokumenty traktuję zawsze z odpowiednią estymą, a i pani, która ten akt do mnie przyniosła, zrobiła na mnie bardzo miłe wrażenie. Sporo po 70-tce, a mimo to nadal starająca się być aktywna, miła i uśmiechnięta. Takie Osoby nie starają się na siłę zatrzymać upływu czasu, starzeją się z godnością. Wprawdzie przywiozła do mnie osobiście dokumenty, ale już dowóz tłumaczenia zorganizowałam we własnym zakresie i gratis. Taką oto pieczęcią był opieczętowany tłumaczony przeze mnie dokument.
Mimo, że upłynęło tyle lat, nadal takie rzeczy robią na mnie wrażenie.
Dzisiejszy dzień upłynął mi na zakupach ostatnich dodatków do mojej łazienki, której remont jest już na etapie montażu urządzeń i szafek.
Czyli znowu miałam rajd po marketach budowlanych, a właściwie po jednym.
Z dobrym planem pobyt w takim dobrze znanym miejscu mija szybko a zakupy idą sprawnie, ponieważ ograniczam się do przejścia przez odpowiednie regały i wrzucenia do wózka tylko potrzebnych rzeczy.

Dziś dzień pracy w łazience miał być ostatni, albo prawie ostatni.
Udało się opanować cieknącą nie wiedzieć czemu, choć nową - spłuczkę. To byłby niezły problem, gdyby się nie udało, bo ... rozbieranie całej zabudowy spłuczki wiązałoby się ze zdejmowaniem płytek, rozwalaniem konstrukcji z płyt gipskartonowych itd. Wczoraj szłam więc spać z duszą na ramieniu, że tuż przed finałem może być taka skucha. Ale w zeszycie koło łóżka zapisałam sobie tak: "będzie fajnie, kiedy spłuczka jutro będzie naprawiona".
I udało się!
Spłuczka nie cieknie!
Moją radość z tej przyczyny może docenić chyba tylko ktoś, komu się to przydarzyło.
Do zamontowania brakuje jeszcze tylko baterii z prysznicem do wanny, baterii z prysznicem do kabiny i klamki. Wszystko już jednak jest w domu, a ja znowu mam przeciąg w portfelu, szczególnie, że musiałam jeszcze dokupić jedzenie i zatankować.

Z moich dzisiejszych dokonań podzielę się jeszcze wytarciem z kurzu wszystkich płatków jednego z kilku moich kwiatów liściastych beniaminów, który nagle z szarego z powrotem zrobił się zielony :)
Nie widać tego może za dobrze na tym zdjęciu, bo zdjęcie jest archiwalne :)

Nie udało mi się zostawić sobie całkowicie wolnego weekendu, więc jutro czeka mnie jeszcze praca. Może się zatem zdarzyć, że na Wasza komentarze odpowiem dopiero późnym wieczorem.
Kończę, bo znów się rozpisałam nieprzytomnie :)

p.s. i już chwilowo może nie wracajmy do tematu z poprzedniego posta, bo mam dość :)

środa, 21 listopada 2012

Zawiłości męskich emocji

Ostatnie dni spędziłam w kilku rzeczywistościach jednocześnie.
W pierwszej rzeczywistości czuję nadal potężne osłabienie, pokładam się kiedy tylko mogę, łykam antybiotyki i mimo wszystko mam wrażenie, że nie zdrowieję zbyt szybko... Ale na poleżenie to ja nie mam czasu, bo istnieje również druga rzeczywistość: zawodowa.
Tutaj zapanowała równowaga, wróciły zlecenia w normalnym tempie i terminach.
Codziennie dzwoni kilkunastu klientów, którym trzeba udzielić stosownej odpowiedzi, aby dać sobie szansę na wykonanie zlecenia. Udzielam, dostaję zlecenia i z powrotem intensywnie pracuję.
Jest jeszcze trzecia rzeczywistość: okazuje się po raz nie wiem który, że jestem kobietą!
Ano niby wiem, ale zajęta jestem, to się nad tym specjalnie nie zastanawiam.
Okazuje się jednak, że na moją płeć i inne walory zwrócił uwagę pewien przemiły pan, z którym mam kontakty wyłącznie zawodowe, a spotkaliśmy się drugi raz - za każdym razem w moim biurze.
Ja za każdym razem byłam zwyczajnie miła, tak mi się wydawało.
Przyjęłam tego przemiłego Człowieka dwa razy w biurze i ugościłam kawą, a drugi raz nawet ciastem, bo to naprawdę przemiły Człowiek.
Poza tym parę razy wymieniliśmy się mailami zawodowymi, czyli on mi zlecenie, ja wykonanie.
Czasem parę miłych słów o pogodzie czy życzenia spędzenia miło weekendu.
Krótko mówiąc, z mojej perspektywy nie było nic innego tylko zwykła życzliwość i podziw dla Kogoś Szczególnego.
I właśnie wtedy stało się TO:





Przyznaję, poczułam się bardzo miło, takich bukietów nie dostaje się codziennie.
W właściwie nie pamiętam, kiedy ostatnio dostałabym aż taki bukiet.
Ale przyznaję, że od mojego M. dostaję regularnie za każdym razem jedną różę, ZAWSZE!
I z tych wszystkich róż na pewno uzbierałby się o wiele większy bukiet :)
Musicie jednak przyznać: te róże są przepiękne!
Jednocześnie dopiero w tym momencie poczułam, że atmosfera się zagęszcza i że to jest właśnie ten moment, żeby w rozmowie koniecznie piętnaście minut później wtrącić, że mam męża...
Po reakcji, która nastąpiła po tym spotkaniu służbowym, czyli całkowitemu zamrożeniu kontaktów, widzę, że było to i tak nastąpiło zbyt późno.
Widocznie moje zachowanie - choć dla mnie całkowicie neutralne, jedynie miłe, komuś wydało się zaproszeniem do gry.
Że też takie sytuacje praktycznie nie zdarzały mi się, kiedy jeszcze szukałam Mężczyzny mojego życia...

Pewna bliska koleżanka ostatnio zwróciła mi uwagę, że podobno ja flirtuję, czyli reaguję na mężczyzn i zachowuję się w ich towarzystwie ... no właśnie, podobno zalotnie.
A mnie się znowu wydawało, że ja byłam po prostu miła.
No więc jak to jest?
Czy bycie po prostu miłą musi od razu prowokować drugą stronę do myśli: a może można spróbować...? :)
A może zdziczałam, bo dawno nie wychodziłam do ludzi? Ale to nieprawda, bo wychodzę w zasadzie regularnie do pracy, a czasem nawet do znajomych. Nie mówię tu o wychodzeniu do marketów, bo to akurat tematu nie dotyczy.
A może ja nie jestem miła, tylko faktycznie flirciara ze mnie?

A więc najwyraźniej jednak mimo specjalności remontowej okazało się, że jestem Kobietą!
Przy okazji uznałam, że kobieta to jednak dziwna istota...
Istota, która nawet kiedy dostanie piękny bukiet kwiatów i tak potrafi w tym znaleźć powód do zmartwienia.
Powiedzcie mi szczególnie Wy Babeczki, czy coś ze mną nie tak, że mi dziwnie i smutno?
Mimo, że nie zrobiłam nic złego, czuję dyskomfort.
I najzwyczajniej w świecie szkoda mi tej miłej znajomości, w której szukałam jedynie inteligentnej rozmowy i starałam się w sposób miły ale i w sposób profesjonalny okazywać sympatię.
Ale chyba jednak ze mnie dupa, a nie profesjonalistka...

poniedziałek, 19 listopada 2012

Artystycznie chorobowo przerąbane

Wróciła proza życia.
Przez połowę weekendu wyglądałam niczym uczestniczka programu Perfekcyjna pani domu: dzień zdominowało sprzątanie, odkurzanie, przestawianie mebli.
Bo jak już mnie dopadnie chęć zmiany, to nie ma przebacz.
Kilka mebli zmieniło swoje miejsce, przy czym ich stan się nie zmienił.
Niestety ponadto przez większość czasu męczył mnie ból głowy.
I tu zmierzam do sedna, ale jeszcze trochę mi to zajmie, więc proszę o cierpliwość, albo o zaprzestanie czytania w tym miejscu.

Fama głosi, że artysta tworzy najlepsze rzeczy, kiedy nie powodzi mu się najlepiej.
Preferowana jest wilgotna, ciemna pracownia gdzieś w piwnicy lub na poddaszu, ale koniecznie z przeciekającym dachem.
Taki artysta na ten przykład na przeciekającym strychu tworzy z bólu istnienia, czyli tworzy, żeby zapomnieć, że go boli albo dlatego, że jedyne miejsce z nieprzeciekającym dachem znajduje się przy biurko lub przed sztalugami.
Nic zatem dziwnego, w krzyżu go ciągle łupie, więc żeby nie marznąć, woli się ruszać: a to coś namaluje, a to napisze.
Ale że nie dojada i nie dosypia, bo przecież musi się pokazać w artystycznym milieu, czyli prowadzić życie nocne i brać udział w przeróżnych imprezach artystycznych, to i biedaczek czy biedaczka często choruje, bo wrażliwa z niego sztuka i stąd też powstaje Sztuka przez duże "SZ".
Malownicze życie artysty przebiega zatem pomiędzy tworzeniem w bólu a wyprawami na wernisaże i odczyty innych artystów. Po drodze marznie, bo go na ciepłe palto nie stać.
I wtedy artysta choruje, bo przecież taki zdrowy jak ryba artysta to brzmi niemal jak kpina!
Najlepiej w biografiach wyglądają galopujące suchoty, zmora wielu artystów wieków ubiegłych.
Poza tym prawie każdy ma jakieś uzależnienia: mile widziany alkoholizm, narkomania, a przynajmniej trawka. Nie wypada się też przyznawać, nawet jeśli nie pija niczego oprócz mlecznych koktajli. Najlepiej przeróżne izmy wyglądają w połączeniu z nieprzeciętnym dla zwykłego zjadacza chleba trybem życia.
Dobrze wygląda bigamia, albo sadomaso, a już co najmniej minimum to gay lub chociaż bi. Niektórzy w ramach urozmaicenia ozdabiają w sposób niezwykły swoje siedziby (nawet piwnica czy poddasze ciekawie pomalowane czy udekorowane sprawia wtedy niesamowite wrażenie).
Jeżeli o czymś zapomniałam, a zapomniałam na pewno, bom chora i te suchoty mi grożą, to proszę uzupełniajcie, czym też charakteryzuje się prawdziwy Artysta!

Miałam nadzieję, że mnie nie dopadnie żadna z tych artystycznych przypadłości.
Nie uwzględniłam, że artyści prowadzą - co oczywista - nocny i niezdrowy tryb życia.
Na wspomnianym w poprzednim poście Praskim Slalomie Poetyckim co i rusz w czasie przerw wychodziliśmy mianowicie tłumnie na papieroska, oni czynnego, ja biernego, bo jak wiadomo większość artystów to nałogowi palacze (żeby tylko!).
Artyści są już oswojeni z tymi klimatami.
Niesie to ze sobą pewną odporność na różne szkodliwe dla zwykłych śmiertelników rzeczy, jak choćby przesycenie dymem papierosowym.
Nie szkodzi im ani mróz, ani chłód, ani też dziesiątki wypalanych papierosków.
Bo przecież picie, palenie, dyskusje artystyczne to żywioł artysty, bez którego ów wewnętrznie obumiera!
A zwykłemu śmiertelnikowi bywa, że szkodzi.

A przecież artysta nie patrzy, artysta się napawa.
Oraz artysta nie robi niczego zwyczajnego, czyli nie szkodzą mu również zwyczajne przymrozki.

Ano chciało się na Olimp, to teraz trzeba pocierpieć!

Niniejszym w formie tego przydługiego wstępu chciałam Wam powiedzieć, że mnie złapała jakaś cholera, mam nadzieję, że to jeszcze nie suchoty, ale już musiałam wziąć antybiotyk, bo bez mocnych środków się diabelstwa nie zwalczy.

Im gorzej się czuję, tym wyraźniej w mojej głowie zaczynają się kłębić jakieś dotychczas nie składane w jedno słowa, jakieś rymy czasem przemkną, a innym razem pojawia się muza (w sensie nie muzycznym, tylko twórczym).
I ogólnie może się okazać, że pociągnę temat i za kilka dni na tym blogu zamiast zwyczajowego pamiętnika z remontu i życia kobiety współczesnej i niezależnej pojawią się wiersze.
Cóż, dziś mi wszystko będzie wybaczone, bom chora i słaba.
W razie czego zwalę na majaczenie w gorączce.

W dodatku pracować i tak trzeba, co też niniejszym czynię, w niechęci wielkiej zresztą, bo w takim stanie trudno mi zebrać myśli.
Już bym wolała zrobić jakiś happening.
No właśnie, tego się obawiałam!
Już mnie bierze, pewnie tak się to zaczyna, pierwsze choróbsko, pierwszy wiersz albo obraz...

Na koniec zostawiam Wam dziś róże.
Dostałam ich dziś cały bukiet.
Nie pytajcie, nie powiem, od kogo.
Aha - dostałam bez okazji.
To pewnie ta poświata od poezji, co to się jej nasłuchałam ostatnio, bije po oczach. Niedługo mężczyźni będą mi bez okazji dawać na ulicy kwiaty ... oj, przepraszam, to była taka reklama i chyba nie chodziło o poezję, tylko o jakiś artykuł higieny kobiecej.
Urocze!





p.s.
Za komentarze pod poprzednią notką bardzo Wam dziękuję, jak widzę nawet niektórzy poszli na całość i im się poetycki nastrój udzielił (nieźle Wojtku).
Ja nie pokażę Wam jednak wiersza napisanego w dzień po Slalomie, a jak pokażę, to będziecie wiedzieli, że mam już wysoką gorączkę.
Mam nadzieję, że mi wybaczycie, że nie dałam rady odpowiedzieć wszystkim, ale szczerze mówiąc ledwo siedzę i sobie marznę przy biurku pisząc do Was te słowa.
Uzupełnienie z ostatniej chwili - odpowiedziałam na wszystkie komentarze! :)

p.s.2
Cóż, mam nadzieję, że nie zostanę prawdziwą Artystką, bo wtedy to już tylko te suchoty i nałogi!

czwartek, 15 listopada 2012

Praski Slalom Poetycki w Warszawie

Wczoraj: po południu: Wybieram się i już się cała denerwuję ...
Jak to będzie spotkać wreszcie na żywo Małgosię Południak, którą podziwiam skrycie od tak dawna, ale kontakt mamy tylko przez bloga?
Poznać Ją jako poetkę, a głównie jako człowieka w swoim żywiole.
*

*
Okazuje się, że fantastycznie!
Poznałam Ją, a właściwie ich Dwoje. Chociaż drugiego, Jacka Dudka i jego wiersze usłyszałam dopiero podczas tego spotkania.
*

*
*Powyższe zdjęcia zamieszczam za zgodą autora, Arka Łuszczyka

Dzisiaj: od rana trudno mi się zabrać za cokolwiek innego, porządkuję zdjęcia, cieszę się oglądając je, wstawiam na fb, na g+, a praca sobie leży ....
Wreszcie po parugodzinnych męczarniach skończyłam zlecenie i mogę usiąść, spróbować zebrać nie tylko zdjęcia, ale i myśli. Napisać o tym spotkaniu.

Już pierwsze wrażenia były niesamowicie pozytywne.
ps. na kolanko artystki zostałam zaproszona, zapewniam, że nie wdarłam się siłą :)

Tak jak się spodziewałam, Małgosia jest Osobą niesłychanie energetyczną, czystym wulkanem energii, która promieniuje na otoczenie i udziela się.
To wulkan, ogień i esencja kobiecej siły.
Jacek Dudek z kolei kojarzy mi się z siłą spokoju, wodą, górami.
Jego wiersze to konkretne męskie słowa.
A potem się zaczęło.
Nie za duże wnętrze niewinnej abstynentki, lokalu na warszawskiej Pradze, przekształciło się w miejsce celebracji poezji.
Czytali na przemian swoje wiersze.
A ja się w nich zanurzyłam i chłonęłam.
Nie czytam na co dzień zbyt wiele poezji, w ten świat po latach wprowadziła mnie właśnie strona Małgosi, czyli Jej Pierwszy Milion Nocy.
Niedawno wydana Jej pierwsza książka "Czekając na Malinę" to zbiór jej wierszy ilustrowany grafikami-fotomontażami Rafała Babczyńskiego. W pięknej eleganckiej oprawie, skomponowanej dla oka i dla duszy.
Napisanie jakiejkolwiek recenzji pozostawiam więc lepszym od siebie.
Mogę jednak powiedzieć, że z ogromną radością wzięłam udział w tym slalomie, w którego drugiej części odbyło się też czytanie wierszy obecnych tam poetów (nagle się okazało, że wszyscy są poetami! chyba tylko z wyjątkiem mnie).
Przeczytane wiersze zostały nawet poddane małemu plebiscytowi, w którym nagrodą było wino, a po wszystkim okazało się, że nawet dwa wina, bo było dwóch laureatów.
Specjalnie jednak nie wymieniam nazwisk ani pseudonimów, bo uważam, że ten wieczór nie byłby takim, gdyby nie wkład wszystkich obecnych tam osób, poetów i innych artystów.
Tutaj zamieszczam tylko kilka zdjęć, a wszystkie możecie obejrzeć w albumie TUTAJ.
Małgosia czyta:
Uchwyciłam portret fotografa imprezy, robi przepiękne zdjęcia, polecam na FB, Arek Łuszczyk, na zdjęciu poniżej.
A w tym albumie chciałam Wam pokazać kilka zdjęć Jego autorstwa.
 A tu Małgosia podpisuje mój egzemplarz Maliny, kupiony jakiś czas temu wysyłkowo :).
Na koniec jeszcze jedno moje zdjęcie:

Fotografowała i opowiadała: iw

Poetyckie tournee Małgosi po Polsce nadal trwa, dziś jest w Kaliszu, a dalej to już najlepiej dowiedzieć się bezpośrednio u Niej.
Jeśli tylko znajdzie się gdzieś niedaleko Was, polecam Wam spotkanie z Nią, Nim (o ile nadal deklamują razem z Jackiem) i poezją.