Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Sylwester z chorymi

Nic się na to nie da poradzić.
Byłam dziś z Mamą na zmianie opatrunku w szpitalu.
Ruchliwie, gęsto, trochę niecierpliwie, bo bez numerków, w związku z czym pojawiały się nieuniknione kolizje chorych.
Ale poza tym nadal nieźle, służba zdrowia daje z siebie, co może, szkoda tylko, że organizacji brak i zamiast zajrzeć w kartę choroby i chociaż w zdjęcia rentgenowskie to chorą się pyta, w którym miejscu wyciąć okienko w gipsie celem zmiany opatrunku czyli przetarcia miejsc wyjścia ze skóry metalowych elementów spinających kości nadgarstka.
Chyba znalazł dobrze, ale nie do końca jestem przekonana.
Gdyby mama nie przypomniała, szwy na ramieniu nie zostałyby opatrzone. Na szczęście jest przytomna i mówi, czego potrzebuje.

Dzisiejsza noc z kotem była straszliwa.
Tak bardzo cierpiał i płakał, że o 3 w nocy pojechaliśmy na zastrzyki przeciwbólowe.
Na szczęście pomogły.
Potem czuł się znowu tak dobrze, że do rana prawie oka nie zmrużyłam.
Wreszcie zmęczona kicia oklapła i teraz śpi w gościnnym, na początku pod łóżkiem, a teraz już na kocyku.
Czeka nas dziś jeszcze jedna wizyta w lecznicy i mam nadzieję, że wyjęcie wenflonu, bo koci on w łapce bardzo przeszkadza.

W tym wszystkim jeszcze Mark postanowił przeprowadzić nas do świeżo wykończonej sypialni, dziś poprzenosił wszystkie meble oraz rozłożył i złożył na powrót nasze łóżko.
Sypialnia jest piękna, jestem zachwycona, ale na zdjęcia na razie nie mam ani siły, ani ochoty.
Tym bardziej, że jeszcze dziś, kiedy będę z kotkiem na kontroli, Mark będzie musiał przenieść i złożyć na nowo w naszej starej sypialni łóżko gościnne, żeby Mama była obok i miała też miejsce dla siebie.
Podziwiam go za jego cierpliwość i odporność, mnie się dziś parę razy ulało zupełnie niepotrzebnie na niego, przepraszałam, bo to głupoty, ale nerwy mi trochę puszczają.
Ale tak czy siak mamy rodzinną atmosferę, lepszą pewnie, niż w niejednym domy, gdzie wszyscy zdrowi.

Czyli powoli staramy się wrócić do normalności.
Jest to wprawdzie trudne, kiedy patrzy się na te szwy, pokryte środkami dezynfekującymi, szczególnie te świeże u kota, bo u mamy wygląda to lepiej.
Ale cóż, trzeba się pozbierać i żyć dalej.
Wielu z Was dzieliło się w swoich tegorocznych życzeniach noworocznych swoimi przemyśleniami o przemijaniu, nieuchronnym odchodzeniu osób starszych.
Ja się cieszę, że załapałam jeszcze ten moment, kiedy Mama jest na tyle w formie, że przebywanie z nią należy w większości przypadków do miłych momentów.
A w tym nieszczęściu jakoś nawet jesteśmy dla siebie bardziej tolerancyjni.

Życzę Wam tego, co dla Was najlepsze na ten Nowy Rok!
Mądrzejszych życzeń nie umiem tym razem ułożyć.

niedziela, 30 grudnia 2012

To nie koniec, są dwie pacjentki po operacji

Mama w domu od wczoraj.
Zdążyliśmy w spokoju zjeść rodzinny obiad i już się uśmiechaliśmy, że znowu wszystko w porządku... a przynajmniej na dobrej drodze.
W tym momencie do domu weszła kiciulka utykając straszliwie na lewą tylną łapkę.
Pojechaliśmy wczoraj od razu do przychodni weterynaryjnej czynnej 24h na dobę.
Kotka zbadał doktor i orzekł, że zerwała sobie ścięgno krzyżowe w kolanie.
Niestety samo się nawet na kocie nie zagoi.
Dlatego od razu podjęliśmy decyzję, że poddajemy kicię operacji.
Ścięgna zostaną zastąpione sztucznymi włóknami za cenę ... lepiej nie mówić...
Na początek dostała zastrzyk przeciwbólowy, a na operację umówiliśmy się dziś na 11 rano.

Wczoraj wieczorem mogła jeszcze wszystko jeść, ale od wczoraj już nie wypuszczaliśmy jej na dwór.
Dziś oczywiście już nie mogła nic jeść, jęczała i miauczała najpierw o wpuszczenie, a później przez dłuższy czas w miejscu swoich miseczek.
Nie dało się jej upilnować, więc ciągle próbowała wskakiwać na parapety i różne meble.
Jakoś dotrwaliśmy do 10, przy pani doktor anestezjolog uspokoiła się i wręcz położyła w swojej torbie podróżnej, jakby wiedziała, że teraz już jest w dobrych rękach.
Dzwoniłam do lecznicy koło piątej, kicia jeszcze leży pod kroplówką, operacja odbyła się oczywiście pod pełnym znieczuleniem wziewnym. Wiem tylko, że się powoli wybudza, ale jest jeszcze mało przytomna.
Biedny Mozart!
Możemy ją zabrać dziś dopiero koło 20.00.
Nie przedłużam, bo ledwo żyję.
W chwilach, kiedy wszystko zrobię, staram się odsypiać, a padam z nóg praktycznie jak tylko dotykam poduszki.
Na nic innego w tej chwili nie mam siły.
Wiem, że czekają mnie totalnie trudne dwa tygodnie, kiedy mama jest świeżo po operacji i wymaga praktycznie co chwila jakiejś opieki, bo ma czynną tylko prawą rękę.
Ale ważne, że chce zdrowieć i się trzyma.
Bardzo się cieszy, że jest tu z nami, mówi że jest jej wygodnie, już wydaje listy zaleceń. Czyli wraca do siebie.

Kot za to będzie musiał wytrzymać w kołnierzu kolejne 14 dni, żeby sobie nie rozlizał rany.
Do tego trzeba będzie trzymać od niego z dala psa, bo to on będzie najprawdopodobniej chciał lizać tę ranę.
Wolę już dalej nie myśleć, jakoś muszę to przeżyć.

piątek, 28 grudnia 2012

Mama już od wczoraj wieczorem na swojej sali, jutro wychodzi

Wczoraj Mama wybudziła się po operacji koło 15.00.
Nie widziałam szans na widzenie, bo jak wiecie, leżała na sali pooperacyjnej, a tam nie wpuszczają nikogo poza personelem. I słusznie, nie chciałabym, żeby mojej mamie wnosili inni jakieś zarazki na osłabiony organizm, więc i ja się musiałam podporządkować.
Ale chyba jej stan bardzo się poprawił do wieczora, bo już tuż po 21.00 zadzwoniła do mnie:
- "To ja już jestem w domu, że tak powiem, czyli z powrotem na mojej sali."
Dlatego już dziś rano po śniadaniu pojechaliśmy odwiedzić rekonwalescentkę.
Pomogłam jej się przebrać w piżamkę, a raczej wygodną rozpinaną koszulę dżinsową. Bo od wczoraj nosiła na sobie jeszcze taką niebieską koszulkę pozawiązywaną na kokardki stosowaną do operacji.
Pielęgniarki żartowały, że jak się nie przebierze, to znów ją zabiorą na blok operacyjny.

Jak tylko kupiliśmy jej stabilizator ramienia, pielęgniarka pomogła go umocować i teraz mama nosi ten stabilizator na przedramieniu, a na nadgarstku gips. Dzięki temu ręka jest porządnie unieruchomiona.
Co najważniejsze - nic już ją nie boli!
Kiedy Mama zaliczyła przedwczoraj po dwóch dniach czekania, lekkiego doła, że to wszystko tak długo trwa, powiedziałam jej, że przecież nie zoperuje jej ani pielęgniarka, ani salowa, ani każdy lekarz.
I że jestem pewna, że jest na kogo czekać i zoperuje ją najlepszy chirurg w tym szpitalu.
Mama po raz kolejny dziś zdziwiła się, że i w tym miałam rację.
Operował ją świetny, najlepszy lekarz!
Dziś na lekarza prowadzącego, podobno sławę chirurgii, który m.in. naprawiał syna Wałęsy po wypadku, trzeba było poczekać ok. dwie godziny, bo operował.
Udało się doczekać. Pan doktor okazał się wielkim (w sensie budowy, ale i fachowości i ludzkiego podejścia) człowiekiem, który najpierw polecił nam poczekać w pokoju mamy i obiecał, że przyjdzie za godzinę. Poszliśmy zjeść po hot-dogu do tamtejszej kafeterii, bo od rana nic nie jedliśmy, a było już koło południa. Po paru minutach wracałam na górę i spotkałam pana doktora, który w tym momencie spontanicznie zaprosił mnie do swojego pokoju i pokazał mi wszystkie zdjęcia rentgenowskie mamy kości i sposobu ich naprawiania.
Nie powiem, robi wrażenie. Złamanie dotknęło główkę kości ramieniowej i poszło w dół, było też przemieszczenie ze stawu i to też musiało zostać ustawione.
Oprócz tego też złamanie z przemieszczeniem co najmniej jednej kości nadgarstka.
Widziałam te cztery śruby w kości ramieniowej i cztery lub więcej drutów (nazwa wyleciała mi z głowy) naciągające jej kości nadgarstka do właściwej pozycji.
Z gipsem pochodzi sobie teraz sześć tygodni.
A na bark jest tylko ten stabilizator.
Wszystkie palce są ruchome, więc nerwy w porządku!
W sumie cieszę się, że to lewa ręka i ramię, a nie prawa i że ręka, a nie noga, bo to jednak znacznie utrudnia poruszanie.
Mama bardzo zadowolona z opieki, zabiegu i faktycznie wszyscy, z którymi mieliśmy do czynienia, przemili.
Jedyny problem to była konieczność poczekania chyba z półtorej godziny pod salą operacyjną na lekarza prowadzącego, ale przecież nikt do końca nie może powiedzieć, ile potrwa dana operacja, więc oprócz zmęczenia, które nas opanowało, nie mieliśmy nikomu absolutnie nic do zarzucenia.
Dziś po naszym wyjściu pan doktor, który ją operował, czyli lekarz prowadzący, podczas wypisu pożegnał się z nią osobiście, życząc jej szybkiego powrotu do zdrowia.
Formalności zostały załatwione, zatem jutro czeka nas już tylko najprzyjemniejsza część programu - odbiór ze szpitala.
Mama jest w na tyle dobrej formie, że postanowiliśmy jutro prosto ze szpitala podjechać do niej do domu zabrać najpotrzebniejsze rzeczy, bo łatwiej jej będzie pokazać palcem, niż opisywać przez telefon, gdzie co leży.
Okazało się, że chce szybko dochodzić do zdrowia.
Już dziś powiedziała, żebym koniecznie wzięła jej laptopa, bo ona już sobie prawą ręką poradzi i chce oczywiście mieć kontakt ze światem.
No ja myślę! :)
Zaproponowaliśmy jej naszą sypialnię, ale stanowczo zajęła sobie wersalkę w salonie, bo stwierdziła, że tam wszędzie blisko, do kuchni, i jest choinka oraz telewizja.
Dla nas tak też będzie lepiej, bo nasza sypialnia jeszcze wysycha, pan Wiesław robi wykończenia takie jak montaż gniazd elektrycznych i karnisza, który dziś kupiliśmy, poza tym wysycha jeszcze farba na grzejniku, a jutro jeszcze będą pomalowane drzwi i framuga.

Ogólnie jestem tak zmęczona, że nie mam siły opowiadać co rusz, co i jak. Znajomych odsyłam do bloga, żeby sobie czytali na bieżąco, co i jak.
Dziękuję Wam wszystkim za troskę, życzenia powrotu do zdrowia i Wasze dobre myśli, czujemy je i pewnie dlatego też wszystko idzie w dobrym kierunku.
Dziś do domu wróciła Latorośl, a jutro będziemy już wszyscy w komplecie.

Nie mam pojęcia, jak mam się zabrać do pracy, bo jak na razie zmęczenie nie pozwala mi na nic.
Może jutro, jak już mama będzie w domu i jakoś ją urządzimy, dam radę zająć się choć trochę pracą, bo zarabiać trzeba, kasa w końcu sama nie przyjdzie mi na konto, jeśli nie zrobię nic w tym kierunku.
W cichości ducha proszę nie tylko o siły dla Mamy, ale i dla mnie, żebym to wszystko ogarnęła.

czwartek, 27 grudnia 2012

Po operacji

Mama jest po operacji, wybudziła się koło 15, dzwoniła że już jest po, poza tym dzwoniła do mnie przed chwilą. Głos ma jeszcze mocno zachrypnięty, bo od przedwczoraj nie piła i niestety ciągle musi przebywać w pozycji leżącej.
Na razie nie wiem nic więcej, tylko to, że dziś już niestety nie mogę jej odwiedzić, a miałam nadzieję.
Ale skoro ona wytrzyma, to ja tym bardziej.
Przebywa teraz na sali pooperacyjnej na obserwacji i dochodzi do siebie.
Cieszy się, że już dziś o północy dostanie coś do picia.

Dopiero jutro podczas śniadania będę mogła ją zobaczyć.
Mam nadzieję, że w miarę szybko dojdzie do siebie, bo ma mnóstwo sił życiowych i niewspółmiernie dużo energii do wieku.
Dzięki Wam za wszystkie trzymane kciuki i życzenia zdrowia.
Jestem pewna, że takie zmasowane pozytywne myśli z pewnością też mają swoją siłę.
Już nie myślę, co by było gdyby, bo to przecież nic nie zmieni.
Ważne jest to, co jest teraz.

Mama w szpitalu

Moi Drodzy,
Moja Mama przewróciła się wczoraj wieczorem podczas spaceru z psem na tych cholernych śliskich oblodzonych alejkach i złamała sobie rękę w trzech miejscach.
Oczywiście wyjechaliśmy od rodziców Marka już wczoraj, to znaczy jak się tylko dowiedziałam o diagnozie i wyparowała mi ta jedna lampka wina, wypita do kolacji.
Nie było mowy o tym, żeby dospać do rana.
Spakowaliśmy się w panice i wyruszyliśmy w trasę dziś ok. 2 nad ranem, dotarliśmy do szpitala na 9.30.
Mama dostaje silne środki przeciwbólowe, jest po rentgenach, badaniach na tomografie komputerowym i dziś właśnie po tych badaniach lekarze podali jej informację, że jak tylko jutro dotrze odpowiednia część do jej barku, lekarze będą ją operować w pierwszej kolejności.
Dziś dopiero dowiozłam jej niezbędne rzeczy do szpitala, wczoraj opiekę przejął mój teść (w tej sytuacji mimo faktów nie napiszę, że były, bo jak widać zachował się jak najbardziej jak rodzina).
Byłam dzięki temu w ciągłym kontakcie z mamą, nie przeszkadzając jej.
W lesie mama miała szczęście, że spotkała porządnych ludzi, którzy ją zgarnęli z tej alejki i odprowadzili do domu. Poczekali na pogotowie razem z teściem.
Zwierzakami zajął się wczoraj w nocy pan Wiesio.
W tym całym nieszczęściu więc czuwał ktoś nad nami.
Trzymajcie kciuki, żeby Mamie jak najszybciej i jak najlepiej zrobili tę operację, bo niecierpliwa z niej niewiasta i - czemu się nie dziwię - chciałaby mieć to jak najszybciej za sobą, zanim organizm zmęczy się tym leżeniem pod kroplówkami bez jedzenia (od wczoraj nie jadła i nie piła).
A my odsypialiśmy dzisiejszy dzień, musimy mieć teraz dużo siły.
Zwierzaki dochodziły do siebie, pies chorował w Wigilię, struł się, kot też dopiero dziś zrobił się normalny, a nawet wielki pieszczoch.

Ogólnie przyznam się, że jednak powinnam bardziej wierzyć w moją intuicję.
Coś się zbierało i czułam to przed świętami, jak zauważyliście...
I psa też chciałam zabrać ze sobą, wtedy to wszystko by się nie stało...
Ale w sumie ja też podczas spaceru w wieczór Wigilijny o mało co bym się przewróciła i padła dosłownie na zęby, udało mi się uniknąć upadku dosłownie w ostatniej chwili!

I chociaż choinkę mamy najpiękniejszą na świecie, Córcia ubrała, to święta najcięższe od lat.
Prezenty, mimo umawiania się, oczywiście dostałam, a Mark zadbał też o to, żeby obdarować innych.
Mimo, że byłam zmieszana, że nie potraktowali mojej prośby na poważnie, nie miałam siły się bronić przed radością. No trudno, za jakiś czas skończę remont, odrobię straty i będzie normalniej.
Zresztą to w tym wszystkim jest całkowicie, absolutnie nieważne!
Teraz najważniejsza jest Mama.
Mam nadzieję, że przed końcem roku wróci do domu, oczywiście do mnie.
I w tym momencie tym bardziej się cieszę, że mam spory dom i osobny pokój dla niej to sprawa oczywista, postaram się go urządzić koło mojej sypialni, mam nadzieję, że zdążę znieść łóżko z piętra wyżej, żeby nie miała tyle chodzenia po schodach.
I dobrze, że już jest gotowa łazienka...
Myśli mam setki i tysiące, ciągle krążą według tego tematu, jak jej ulżyć i jak najlepiej pomóc, nie przerywając przy tym pracy zawodowej, bo przecież nadal mam pracę i zobowiązania.
Padam, rozumiecie na pewno, że pewnie raczej teraz będę miała o wiele mniej czasu na bloga.
Chyba, że będę potrzebowała się wygadać czy wypisać...

Z ostatniej chwili:
Mama właśnie jest operowana, pojechała na operację o 8.35.
Jak dobrze!
Będę Wam pisać, co dalej.

sobota, 22 grudnia 2012

Nareszcie i ja z życzeniami

Odczekałam na kalendarzowy koniec świata i nie nastąpił.
Pozostaje mi zatem powrócić do normalnego życia.

A to skrót bieżących wydarzeń z dnia dzisiejszego:
1. Zakupy zrobione dziś rano, to co najpotrzebniejsze i czego jeszcze brakowało. Nie było tak źle, chociaż niektórzy ludzie odczuwają chyba wyjątkową agresję w tym świątecznym okresie.
2. Dom posprzątałam jako tako wczoraj, jak dla mnie wystarczy. Zostaje w nim ze zwierzakami moja Mama, jestem jej za to bardzo wdzięczna. Sylwestra za to spędzimy tutaj razem.
3. Pracy jeszcze nie zrobiłam, ale dam radę.
4. W domu rodziców Marka przygotowania idą pełną parą od miesiąca. Miło, że im zależy i że tak czekają na swoich najbliższych, w tym na mnie. Może w pociągu poczuję się bardziej świątecznie, albo już u Nich, bo choinka już stoi ubrana.
5. Na święta ... nic sobie nie postanowiłam i nie zamierzam.
6. Na Nowy Rok .... nie podjęłam żadnego postanowienia, wystarczy mi postanowień z zeszłego roku, jeszcze nie dokończyłam ich wykonania :).
7. W święta chcę odpocząć, jak mi tu już niejeden i niejedna z Was życzyli.
8. Chyba z powrotem powinnam wprowadzić moje codzienne listy spraw do zrobienia, bo bez listy czuję się nieco zagubiona i sporo spraw wylatuje mi z głowy.
9. Moja nowa sypialnia została już wczoraj w całości pomalowana, ale nadal jeszcze jest w ciapki. Po pomalowaniu wyszło trochę nierówności na ścianach, które pan Wiesław zaszpachlował, a po wyschnięciu ponownie zamaluje. Chodzi o to, żeby w każdym oświetleniu ściana wyglądała równo. Raczej więc nie wprowadzę się tam przed Nowym Rokiem.
10. W mijającym roku miałam bardzo ścisły kontakt z moim domem i każdym jego metrem kwadratowym. Nie miałam za to zbyt dużego kontaktu z samą sobą i moimi osobistymi potrzebami, z wyjątkiem potrzeby odnowienia i udoskonalenia domu. W nadchodzącym roku chciałabym nieco odwrócić te proporcje.
11. Na święta przygotowuję sobie listę rzeczy, za które jestem w tym roku wdzięczna :)


Moi Drodzy!
Na te Święta życzę Wam, żebyście zawsze dostrzegali słoneczną stronę życia, umieli czerpać radość z drobiazgów i koniecznie cieszyli się z rzeczy tylko pozornie oczywistych, jak:
zdrowie, udana rodzina, dach nad głową, praca.
Wasza iw

piątek, 21 grudnia 2012

Post dla nieprzygotowanych na święta


Tak w zeszłym roku wyglądał Weihnachtsmarkt (Rynek Świąteczny z okazji Bożego Narodzenia) w Poczdamie.
Pełno stoisk, ten łoś śpiewał, jak co roku, kolędy, na stoiskach to, co zwykle.

A jak tam dnia 20 grudnia anno domini 2012?
Kończę malowanie sypialni, ale jutro jeszcze będę kupować brakującą farbę, żarówki i inne materiały, niezbędne do zakończenia przed Świętem.
Wiadomo też, że wprowadzę się tam z meblami i łóżkiem najwcześniej w nowym roku.

Tak więc nadal nie myślę o świętach i cieszę się, że w tym roku to nie ja cokolwiek muszę przygotowywać.
Przed świętami dostałam taką ilość pracy, że z pewnością będę miała co robić przez cały styczeń, co najmniej.
Niestety w drukarce popsuło mi się skanowanie, więc powinnam się tym zająć, żeby wziąć ze sobą na wyjazd pracę nie zabierając oryginałów, a samego laptopa.

Okres przedświąteczny to w mojej branży gorączkowy okres.
Za to po świętach i nowym roku zwykle zapada cisza w eterze.
Wszyscy odpoczywają, odsypiają, są jeszcze na wyjazdach u rodziny itp.

Przez ostatnie lata starałam się nie brać pracy na ten okres, ale przez to często na początku roku musiałam liczyć się z okresem chudym.
W tym roku i przy poremontowym stanie portfela byłoby to co najmniej ryzykowne.

Na święta wyjeżdżam, wszystko jest już uzgodnione, nie muszę nic przygotowywać.
Dlatego podchodzę do tego bezstresowo.

W tym roku też nie wyślę kartek świątecznych, z każdym rokiem jestem na to coraz bardziej leniwa.
Na jedną taką kartkę jednak czekam - ale wredna jestem, coooo? :)

Staram się dodzwonić chociaż na chwilę do wszystkich przyjaciół i znajomych, żeby odezwać się nie tylko ze sztampowymi życzeniami świątecznymi.
Do tych, o których "zapomniałam" przez ostatnie półtora roku czyli w czasie remontu, staram się chociaż napisać maila.
Niektórzy zapomnieli o mnie, a może mają inne problemy, kto to wie.

Nadal nie mam nastroju świątecznego.
Podziwiam tym bardziej wszystkie osoby, które pichcą, przygotowują, picują na błysk, dopieszczają swoje domy na przyjęcie gości i zajmują się równie szlachetnymi zajęciami.
Naprawdę nie wiem, skąd znajdujecie w sobie tyle siły!
Dla mnie chyba ważniejsze jest, żeby ktoś pamiętał o mnie przez cały rok, niż krótkie czy nawet dłuższe życzenia tylko na święta a potem milczenie przez resztę roku.

Dni mierzone codziennością, psimi i kocimi wyprawami na ogródek i powrotami z niego.
Kot wraca po trzech minutach, pies jeszcze szybciej.
Nie będę pisać o tym, jak się dziś kot zabawiał z upolowaną sikorką, bo to nie na moje nerwy.
Dobrze, że chociaż zdobycz już nie żyła.
Powiem tylko, że po raz kolejny musiałam się przekonać, iż w domu hoduję słodkiego seryjnego mordercę.
Z pewnością nie brzmi to jak opowieść wigilijna.
I pewnie w tym roku takiej nie będzie, ale z pustką w kieszeni trudno o radość świąteczną.
A może właśnie wtedy można się lepiej skupić na życiu duchowym?
W tym roku właśnie tę wersję będę sprawdzać.
A Wy jak tam?
Gotowi?

p.s. Żeby było bardziej zimowo - to zdjęcie igloo, które usypała moja Córcia ze śniegu w zeszłym roku przed domem.

wtorek, 18 grudnia 2012

Wypada, nie wypada czytać i przyjaźń w realu

W społeczności blogerskiej poruszam się od lutego 2009, czyli już bez mała cztery lata.
I tak sobie czasem z półdystansu obserwuję, jak niektórzy blogerzy, chcący być popularnymi wpadają na początku to tu, a to tam, zostawiając jeden komentarz.
Jak to zwykle bywa, jak masz chwilę, zaglądasz tam, zostawiasz swój, jeśli tekst Cię do tego zainspiruje.
Bywa, że z początku bywasz tam nawet dość chętnie.
Po jakimś czasie na stronie odwiedzanego bloga, który chce być popularny, pojawią się linki do obserwowanych blogów.
Często z ciekawą adnotacją, np. "To się czyta" itp.
Czasem z automatu występuje tak zwana blogowa chemia i dodajecie się niemal jednocześnie.
Ale najczęściej jest tak, że blogi, które chcą być popularne, a raczej ich autorzy, wybierają sobie jakieś dziesięć, nie więcej, w sumie góra kilka blogów, które widzą, że też są popularne.
BO TU BYWAĆ I CZYTAĆ WYPADA:
Dumnie wklejają do nich linki, przymilają się komentarzami.
Do Ciebie wpadają tylko na chwilę, żeby przynęcić komentarzem i najczęściej jest to jeden jedyny raz.
Powinieneś przecież i tak czuć się dumny, że ktoś taki zaszczycił Cię odwiedzinami.
Jednak u Ciebie nie bywają, mimo że na Wasze komentarze na swoich blogach odpowiadają ochoczo, zapewniając, jakimi to ważnymi gośćmi jesteście w ich życiu.

Obserwuję zwykle takie zachowania parę tygodni, czasem miesięcy.
Bo i mnie zdarza się nie mieć czasu na dodawanie do ulubionych blogów.
Ale z komentarzem jednak wpadam, chyba że jestem absolutnie totalnie zarobiona, to czasem i z miesiąc - dwa mnie nie ma. Ale jeśli interesuje mnie ta osoba - bywam chociaż, nawet bez komentarza.

Jednak bloger chcący być popularnym, ma inny cel.
Przecież on pisze, żeby zdobyć popularność!
A inni nie są tacy ważni, no chyba że jako środek do celu, jako cegiełka w budowanej tygodniami czy miesiącami społeczności.
Ten bloger (ci blogerzy) bywa zatem tylko tam, gdzie jest co najmniej kilkuset obserwatorów, a strona FB aż huczy od komentarzy.
Nie wiem, jak Wam, ale mnie po pewnym czasie przechodzi ochota do bywania na takich blogach.
Daję czas, weryfikuję moje podejście.
Czyli najpierw czasem wchodzę i czytam, ale już się nie silę na komentarze, bo i po co.
Jeśli po jakimś czasie ktoś nie odwzajemnia mi się nawet ochłapowym "obserwuj", wycofuję się po cichu, bo i nie ma na co grzmieć.
Ktoś wybrał tak, a nie inaczej.
Nikt nie musi mnie czytać ani wybierać i uznawać, że jestem taka super.
Prowadzę przecież bloga dla siebie i tych, którzy dobrze się tutaj ze mną czują i wiedzą, że zawsze są mile widzianymi gośćmi oraz wiedzą, że i dla mnie nie są anonimami.
Natomiast ja niekoniecznie muszę bywać tam, gdzie czuję się anonimem.
Poza tym wyczuwam w tym pewną sztuczność - byłeś potrzebny, było fajnie.
Już nie jesteś, bo dałeś lajka - to spadaj.
No trudno.

Na szczęście istnieje całkiem sporo popularnych blogów autorskich, na których od samego początku czuję się dobrze, jak w domu dobrze znanego przyjaciela.
Wymieniłabym tutaj moje ulubione blogi, ale dobrze wiecie, które blogi są popularne a ja musiałabym znów pojechać co najmniej kilkunastoma tytułami, ale tu chodzi mi raczej o przykłady zachowań i traktowania innych w określony sposób.
Inteligentne z Was ludki, to wiecie co mam na myśli :).
Blogi, których Autorzy nawet nie odwiedzając mnie codziennie (tj. nie codziennie zostawiając komentarz) a tylko tylko wpadając czasem z komentarzem, dają mi poczucie, że wiedzą kim jestem i że nie jestem dla Nich anonimem.
Czuję też, że z ich strony to jest naturalne.
Kiedy potem zerkam do statystyk, okazuje się, że owszem, w sposób widoczny nie pojawiali się  u mnie, nie komentowali każdego posta, ale za to bywali u mnie fizycznie choć na chwilę.
To się zresztą czuje i wie :). Widać to też po komentarzach.
Zwykle wiesz też, że to ten właśnie bloger wpadnie Cię zapytać, co się dzieje, kiedy będzie Ci naprawdę źle albo będzie się działo coś, co wymaga paru ciepłych słów. A nawet jeśli nie, to zorientuje się po poprzednich wpisach, że coś takiego miało miejsce, doczyta i pozna Cię dzięki temu lepiej.
I dlatego cieszę się, że właśnie tacy są!
Będą się z Tobą cieszyć i w dobrych czasach, kiedy wokół cudne i kolorowo...
ale będą Cię wspierać również w chwilach, gdy będziesz się mierzył z trudnościami czy pływał w niezbyt przejrzystej wodzie.
W życiu realnym jest podobnie.
Mamy przyjaciół, z którymi z różnych powodów możemy nie spotykać się miesiącami, chociaż ja preferuję jednak kontakt choćby telefoniczny, chociaż raz w tygodniu.
Jednak ten intensywny kontakt jest zwykle tak częsty na początku znajomości.
Później, kiedy już spędzicie ze sobą morze czasu, wyśmiejecie pół świata i znacie się naprawdę dobrze, zaczyna się inny etap znajomości, w którym istnieją słowa, mówiące wszystko.
Wtedy nawet milczenie mówi.
Wiem, kiedy moja najbliższa Przyjaciółka jest totalnie zapracowana, albo nie ma czasu na nic.
Wiem, bo wtedy stara się nie odzywać, żeby mnie nie obciążać swoimi problemami, w których i tak jej nie mogę pomóc.
Co innego, kiedy potrzebuje się wygadać. Ale z wiekiem wiemy, że takie poważniejsze sytuacje występują w zasadzie niezwykle rzadko. No w końcu nie musimy sobie wzajemnie zmieniać pieluszek. Znamy się od wieków i dobrze wiemy, co z drugą jest.
I chociaż kocham Ją niezmiernie, chciałabym się z nią widywać częściej, to wybaczę jej przecież, że nie ma dla mnie czasu, skoro ma troje dzieci!
Wiem, że kiedyś to sobie odbijemy.
Zmieniło się to bardzo.
Ileś lat temu, gadałyśmy godzinami przez telefon, znając niemal każde swoje przemyślenie na ten czy inny temat, wiedząc tyle o drugiej, że czasem można jej było przypomnieć, co sądzi na dany temat, jeśli sama zapomniała :).
Teraz obie mamy intensywny czas.
A mimo to wiem, że gdybym Jej naprawdę potrzebowała, i dała wyraźnie znać, że to ważne, znalazłaby dla mnie ten czas, wytrzasnęła spod ziemi i już!
I mogłabym zasiąść u niej w fotelu czy gdzie bądź i opowiadać, aż bym się zmęczyła.
I dla takich osób warto żyć :).

Życzę Wam udanego dnia i samych DOBRYCH PRZYJACIÓŁ życzę, szczególnie w życiu realnym, ale i tu w wirtualu - to są trochę inni przyjaciele, z niektórymi nigdy się nie spotkacie, ale często wspierający bardziej, kiedy potrzeba napisania paru ciepłych słów właśnie tego dnia na bieżąco.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Czasami lepiej się powstrzymać ...

Wczoraj wieczorem wracałam z pewnego sklepu z meblami i wyposażeniem domów.
Wszystko byłoby nieźle, gdyby nie to, że już w sklepie nie kupiłam wybranych artykułów, tj. jednej miseczki i dwóch kubeczków, bo kolejka wydała mi się zbyt długa.
Potem się wkurzyłam, że M. nie odbierał ode mnie telefonu.
Oczywiście za pięć minut zadzwonił, ale wtedy już ja nie mogłam do niego zadzwonić, bo z tego numeru nie mogę dzwonić z systemu głośnomówiącego.
Podwójnie wkurzona wdepnęłam na pedał gazu...
I nagle błysk!
Tak wyglądał (zdjęcie zaczerpnęłam stąd):
W niespodziewanym i nieznanym mi dotychczas miejscu w trasie powrotnej z Centrum M1 bez żadnego ostrzeżenia postawili taki żółty słup, który mnie oślepił i sprawił, że straciłam resztki chęci do jakichkolwiek zakupów w tym roku i w latach następnych, zanim nie spłacę moich długów wynikłych z kapitalnego remontu przy nie całkiem kapitalnych środkach.

Jakoś w całości udało mi się wrócić do domu.
Dziś o siódmej rano wyszła Kicia.
Normalnie wraca na pierwsze jedzonko najpóźniej koło godz. 11. - 11.30.
Ale jej nie było cały dzień.
Po kilku godzinach bezskutecznego czekania wreszcie zdecydowałam się wyjechać z domu.
Zrobiłam najważniejsze świąteczne zakupy spożywcze spisane wczoraj przez Latorośl.
Wróciłam do domu cało, nawet nie wiedząc, jakie to było szczęście!
Po powrocie do garażu wbiegła Kicia.
Aż się bałam, że ją przejadę, bo wbiegła prawie pod samochód.
Na szczęście udało jej się wybiec, zanim ją przejechałam...
Wpadła do domu jak po ogień, jakaś taka nieswoja, wystraszona.
Jak tylko przyszłyśmy, postanowiłam dać jej jeść.
Zakupy pakuję prosto z wózka do dużego rozkładanego kosza i do bagażnika.
Kosz rozpakowując postawiłam, jak zwykle, na stołeczku tuż nad kocimi miseczkami.
Ostatnimi rzeczami, które miałam wyjąć z kosza, były dwa kilogramy cukru.
Kot jadł a ja wyjęłam rzeczy, stojące po przeciwległej stronie kosza.
W tym momencie oczywiście kosz zwalił mi się na kocie miski i kota, który właśnie zaczynał jeść.
Biedna Mała, wystrzeliła w bok i uciekła. Zupełnie nie rozumiała, dlaczego zrzucam jej kosz na głowę i rozrzucam pokarm... Gorszego momentu na takie coś nie mogłam wybrać.
Potem zachęciłam ją i trochę się z nią pobawiłam.
Wreszcie nabrała do mnie z powrotem zaufania, tym bardziej, że nie stałam już w pobliżu lodówki i jej miseczek :).
Potem nawet się położyła i przespała razem ze mną na wersalce.

Jak już udało mi się wszystko rozpakować, położyłam się, żeby nareszcie odpocząć, na mojej ulubionej wersalce.
Przede mną tylko spokój, laptop i zrobiona na za chwilę moja ulubiona czarna herbatka w piramidkach, w temperaturze prawie idealnej.
W tym momencie akurat przebrał się i zaczął zbierać do wychodzenia pan Wiesław.
Szybko więc odwróciłam głowę, żeby się pożegnać...
i tą głową przewróciłam mój ulubiony kubek, z ulubioną herbatą, na ulubione piloty i telefony.
Jeden udało mi się wyjąć spod strumienia niemal od razu, na drugi poszła cała herbata.
Do sukcesów w tej sytuacji należy chyba zaliczyć fakt, że kubek jest cały.

Ze spokojem złapałam za ściereczki, żeby zetrzeć herbatę z pilotów i telefonów, za mopa, żeby wytrzeć podłogę. Za chwilę też zaczęłam wypróbowywać mój telefon służbowy. Niestety rozmówca słyszał mnie bardzo cicho, tyle co nic.
Postanowiłam oczywiście osuszyć telefon również od środka.
Zdjęłam obudowę, wyjęłam baterię ... i przypomniałam sobie, że tego kodu PIN to do końca nie pamiętam.
Ale przecież nie będę panikować! Miałam przecież zapisany kod PIN w drugiej komórce!
Ależ ja jestem mądra i przewidująca.
Gratulując sobie w myślach sprawdziłam i wbiłam...
Cóż z tego, kiedy na telefonie pokazał mi się komunikat, że teraz mam jeszcze tylko dwie próby.
No dobra, czyli PIN zmieniłam, ale nie wpisałam tego zmienionego do drugiej komórki...
Ponowiłam próbę innym znanym mi kodem.
W tym momencie pozostała mi już tylko jedna próba.
Cóż, uznałam, że za pierwszym razem pewnie popełniłam błąd podczas wprowadzania kodu i wpisałam go po raz trzeci ... :/
Do biura obsługi abonentów dzwoniłam dwa razy. Za pierwszym razem nie udało mi się dostąpić zaszczytu połączenia z operatorem.
Już za drugim - udało się i bardzo miła Pani podała mi po podaniu odpowiednich zabezpieczeń - kod PUK.
Wpisałam, wygenerowałam nowy pin i dałam sobie spokój z robieniem czegokolwiek dalej.
Telefon się suszy na grzejniku, może nie spadnie...

Mark po wysłuchaniu tej serii niefortunnych zdarzeń stwierdził, żebym ewentualną herbatę wypiła pod prysznicem ...
Staram się już dziś niczego nie dotykać, i raczej wolę z nikim nie rozmawiać.

p.s. dziś nawet papier toaletowy mi się urwał wzdłuż - oczywiście przed użyciem!

Nagroda blog 2012

Chyba każdy lubi dostawać nagrody :)
I żebym nie mogła napisać, że nie wiem, dlaczego mnie taki zaszczyt spotkał, Judyta, która mnie tą nagrodą obdarowała, zamieściła obok mojego blogu takie oto zdanie:
Iw; za pokazywanie, jak być szczęśliwym...
Przyznaję, że bardzo mnie ta nagroda ucieszyła, dlatego się nią chwalę i cieszę.
Pozostaje mi przekazać nagrodę dalej blogerom, których uważam za szczególnie zasłużonych :).
Zrobiło się, jak na kombatanckim zlocie.
A ja tym razem chciałabym nominować blogi, które poznałam i którymi zachwyciłam się niedawno i do których zaczęłam zaglądać codziennie do porannej kawy lub do wieczornego musli.
Jest niezliczona ilość blogów, które odwiedzam, często ot tak, żeby zajrzeć i chociaż jedno-dwa zdania przeczytać. I wszystkie piszące osoby, które odwiedzam, zwyczajnie lubię. :)
Ale dziś czas wybrać.
Postawiłam sobie za zadanie wybrać sześć blogów, bo inaczej musiałabym przyznać ponad sto odznaczeń a tego chyba regulamin nie dopuszcza :).
A skoro Akular i Nika już mają to wyróżnienie, to mam ochotę przekazać je na ręce następujących autorów (kolejność blogów losowa):
1. HANNAH - za siłę w trudnym czasie remontu włości i brak czynności karalnych zagrożonych karą więzienia za zniszczenie jej ukochanej marmurowej podłogi podczas remontu, a tak w ogóle za to, że w tym szaleństwie trzyma się, bo wie, że kiedyś będzie ładnie, a póki co musi po prostu wytrzymać!
2. Zwykła blondynka (mh) - za jej zdrowe życiowo oraz przedstawione ironicznie podejście do życia
3. prokontra-Anabell - za jej życiowe historie, napisane z nerwem, z których nauczyć się można niejednego schematu, ale i uwierzyć, że bywają i historie zadziwiająco zaskakujące
4. Alcydło Kr - za czasem poetyckie, a czasem prozaiczne, w każdym razie wrażliwe na niuanse ujęcie rzeczywistości
5. Ewa - za opowieści codzienne, z często niecodziennymi wnioskami
6. The Burning Girraffe - za posty szczere i życiowe, pełne przemyśleń i uczuć, rzadko dziś obecnych w takiej formie.

Obdarowałabym więcej, ale niestety obowiązki mnie wzywają, poza tym liczba 6 jest dobrą liczbą.
Nominowanych za moment poinformuję, a Państwu dziękuję za uwagę.
Moja ścianka z nagrodami zaś powiększy się o kolejną :)

Samokrytykę też muszę przy tej okazji złożyć.

Przyznaję, że z ostatniej otrzymanej nagrody jeszcze się nie rozliczyłam...
To była ta z pytaniami, ale ja wolę pisać na bieżąco a nie odpowiadać na pytania.

Nagroda była otrzymana od kilku blogerów i powinnam w zasadzie odpowiedzieć na pytania wszystkich, o mein Gott!
Przyznaję, wymiękłam i nie dałam rady.
Mam nadzieję, że ofiarodawczynie nagrody Mein Liebster Blog mi to jakoś wybaczą, bo naprawdę nie dam rady usiąść do tych wszystkich pytań i z sensem na nie odpowiedzieć.
Life is brutal.
Rozważałam całkowitą rezygnację z nagród, ale nie zdobyłam się na to, mimo że wcześniej takie było moje założenie. Cóż pomyślę o tym jutro. :)

niedziela, 16 grudnia 2012

Przemeblowanie w toku

Nie jestem pewna, czy już Wam zdradziłam pomysł przeniesienia się z sypialnią do sąsiedniego pokoju, który długi czas funkcjonował jako moje pierwsze biuro.
To właśnie ten pokój odnawiam, przenoszę i dodaję gniazda elektryczne, przemalowuję i urządzam w nim sypialnię.
Jednym z powodów jest to, że nareszcie nie będzie mi nikt zaglądał w okna. Tak się bowiem złożyło, że sąsiedni dom wynajęto dla firmy i teraz moje okna w dotychczasowej sypialni wychodzą wprost na pokój jakiejś księgowej czy coś podobnego.
Niby przeważnie okno jest zasłonięte roletą, ale nie wchodzi w grę paradowanie w nocnym dessou czy a tym bardziej bez niego.
Jak znalazł pojawił się zatem pomysł wykorzystania pokoju, którego duże okno z balkonem wychodzi na ogródek.

Kiedyś było tu moje biuro. Pomysł był wygodny, bo mieściło się kilka regałów i dużo książek.
Bo że biuro na piętrze to niezbyt wygodny pomysł, doszłam do wniosku dość szybko.
Przekonałam się o tym i przeniosłam z miejsca na dół po tym, jak musiałam kiedyś wprowadzić klienta na samą górę, po drodze mijając moją sypialnię itp. :)
Tu na zdjęciach widać już regały po wyniesieniu książek do pokoju gościnnego.
A ja wtedy od razu z bieżącą pracą przeniosłam się do mniejszego pokoju, koło salonu.
Mam tu wszystko ... oprócz większości słowników.
A one akurat by się przydały. Ale nie ma tu na nie miejsca.
Mimo to lubię ten mały pokoik... Chociaż już mam wobec niego nowe plany :), ale o tym może innym razem.

Oprócz bliskości mojego biura dla klientów, tego znanego Wam ze zdjęć, do którego schodzę do piwnicy, pokoik ma jeszcze jedną zaletę: mieści się na parterze.
Czyli kiedy przychodzi kot, widzę go albo wskakującego na parapet mojego pokoju, albo będąc w salonie - w oknie balkonowym na taras. A kot jest karmiony na żądanie.
Więc nie można przegapiać kota!
Dziś nota bene kot chyba miał dość czekania na nas pod drzwiami na taras, skojarzył że śpimy od strony ulicy (do czasu, czyli teraz jeszcze tu jest stara sypialnia), i kiedy tylko uchyliłam rano okno sypialni, chcąc trochę przewietrzyć, z dołu usłyszałam przeraźliwe miaaaaauuuuu, miaaaaaauuuuu!
Nie sposób było nie usłyszeć.
Szybko więc zapewniłam kocią dupkę, że zaraz jej otworzę, a schodząc po schodach powtarzałam zaspana pod nosem: - a było nie wstawać o 7 rano! To byś się nie musiała pętać po mokrym śniegu do 9-tej!
Oczywiście w drodze wyjątku wpuściłam kotka oknem. Staram się tego unikać, bo szybko na murze powstają ślady łapek i mur pod takim oknem wygląda szybko nie najlepiej, ale każdy posiadacz kota, wie, że w tej sytuacji się po prostu robi to, co trzeba, czyli wpuszcza kota jak najprędzej i którym otworem się da!
Ale do ad remu, jak ostatnio rzucił Tomasz Lis podczas jednego ze swoich programów, a zatem i mnie małemu żuczkowi wolno :),

W piątek ponosiliśmy z panem Wiesiem wszystkie meble na samą górę, do pokoju gościnnego.
I tak oto z totalnego bałaganu pokój gościnny przekształcił się w bibliotekę.
Oczywiście jest też rowerek do ćwiczeń i stare meble, które pozostały tam jeszcze z dawnego pokoju dziecinnego mojej córci. Dlatego są z różowymi elementami.
Już po przeniesieniu regałów mało nie padłam.
A tak było po wyniesieniu do nowej biblioteki wszystkich książek i ustawieniu regałów.

A po uporządkowaniu wszystkich segregatorów i większości książek wyszło tak:


Jak widać trochę książek leży jeszcze na podłodze. I to akurat moje ulubione :(.
Brakuje jeszcze jednego, może dwóch regałów. Zobaczę, czy wezmę jeszcze jeden z poprzedniego gabinetu (zostały dwa i oba miały zostać w mojej przyszłej sypialni), czy wymyślę coś innego.
Jest jeszcze ta jasna szafka na kółkach, pewnie w przyszłości trafi do biura.
Troszkę popracowałam, więc sami rozumiecie, że teraz najchętniej bym poleżała.
Muszę jednak jeszcze jechać do mamy zawieść jej jeszcze jedną komodę z odzysku, pasującą do biurka (z poprzedniego biura, po Córci, tego widocznego na zdjęciach na górze).

p.s. Zdjęcie z serią portretów piesia na ścianie - pomysł i autorstwo: moja Córcia! :)

piątek, 14 grudnia 2012

Trzynastego grudnia

Wspomnienia wróciły, kiedy tu i tam zaczęłam podczytywać Wasze wspomnienia i zdania.
Każdy jakoś ten dzień pamięta.
Ja też mam swoje własne małe wspomnienie z trzynastego grudnia 1981 roku.
I to nie tylko dlatego, że tego dnia nie mogłam obejrzeć Teleranka.
Mój Dziadek zawsze mawiał, że jeszcze kiedyś może być wojna i lepiej być zawsze na to przygotowanym.
Babcia to samo, aż nas nawet trochę śmieszyło to gadanie. Ale w końcu nic dziwnego. To było pokolenie, które i dwie wojny przeżyło, więc dla nich to był element życia, choć dla dzisiejszych młodych ludzi na ulicach to by brzmiało jak gadanie starych pryków.
Z racji zainteresowań mojego Ojca o wojnie wiedziałam sporo - widzieliśmy razem wszystkie filmy wojenne, które leciały w telewizji, brał mnie do Muzeum Wojska Polskiego i pokazywał te wszystkie armaty i działa. Oprócz tego kibicowaliśmy Muzeum Powstania Warszawskiego, byliśmy na wcześniejszych wystawach temu poświęconych. Tata brał też udział w odczytach autorów książek o wojnie i udzielał się, gdzie i jak mógł.
Wiedział o sprawie Katynia, chociaż oboje rodzice mówili mi, żebym raczej niekoniecznie ze wszystkimi o tym rozmawiała w szkole.
Ale dzięki temu wiedziałam, że w moim kraju nie mówi się do końca prawdy.
Głównie w sprawach historii czasów wojny Tata był chodzącą encyklopedią. Zupełnie nie wiem, skąd to wszystko wiedział. Teraz wiem, że tak działa prawdziwa fascynacja i zainteresowanie tematem.

Trzynastego grudnia pamiętnego roku mieliśmy od dawna zaplanowany wyjazd do dziadków.
Tuż po ósmej rano wybraliśmy się do dziadków, tam gdzie nadal teraz jeżdżę na wieś, bo to oni mieszkali w tamtym domu.
Coś jednak było nie tak, bo kiedy chciałam rano jeszcze przed wyjazdem krótko chociaż popatrzeć na teleranek (była niedziela) w telewizji były tylko szumy, a potem nagle włączył się komunikat z Jaruzelskim, który mówił coś o stanie wojennym. Uzasadnień w ogóle się nie słuchało, bo wiadomo było, że to tylko zasłona dymna, że chodzi o coś zupełnie innego, niż się nam wmawia.
Nie bardzo rozumiałam, o co chodzi, chociaż starałam się zrozumieć.
Chyba najwięcej intuicyjnie zrozumiałam patrząc za okna podczas jazdy.
Na pierwszy rzut oka aż tak źle nie było.
Nie zatrzymywani przez nikogo dojechaliśmy naszą trzyosobową rodziną do dziadków skromniutkim maluszkiem oraz wróciliśmy do domu.
Pewnie wszyscy sądzili, że mamy jakieś przepustki, bo Tata jechał pewnie i jeszcze oglądaliśmy po drodze ośnieżony ciężki sprzęt bojowy.
Ale na naszej trasie po drodze na skraju lasu stały wozy bojowe, które tata szybko określił jako SKOTy. Po drodze spotkaliśmy ich więcej.

U dziadków oczywiście była panika.
Babcia i dziadek mówili głośno, że będzie wojna i że wiecie, jakby co, to możecie z dzieckiem przyjechać do nas. Mama głośno broniła się, że to tylko stan wojenny, na pewno żadnej wojny nie będzie, ale dziadkowie wiedzieli swoje.
Dziadek zawsze był zdania, że w wojnę, to oni w tych swoich mieszkankach z betonu nie przeżyją. Wiedział dobrze, z czego były zbudowane bloki - sam je w końcu budował, pracując na dźwigach przy budowie kilku dzielnic Warszawy.

Czyli w razie wojny - mieliśmy mieć metę u dziadków.
Rodzice jakoś jednak nie spakowali się i nie wyjechali do dziadków na prowincję.
Zostaliśmy w naszym mieszkaniu w bloku.
Pamiętam te dziwne godziny policyjne, które niby wyśmiewaliśmy jako fanaberię, ale jednak trzeba było zostać w domu.
Rodzice nie byli aktywnie zaangażowani w żaden ruch wyzwoleńczy, do tego trzeba mieć ducha walki, którego jak wiadomo mają tylko niektórzy.
Nie umiem też powiedzieć, czy ja sama aktywnie uczestniczyłabym wtedy, w wieku 14 lat, w ruchu wyzwoleńczym Polski.
Pamiętam jednego chłopaka z mojej szkoły podstawowej, który głośno i wyraźnie zaczął pytać naszego profesora od historii, przyznającego się głośno i wyraźnie do swoich poglądów komunistę, o Katyń.
I o tym, jak go chłopak tymi odważnymi jak na te czasy pytaniami przyszpilił niemal do tablicy i doprowadził do tego, że pan od historii poczerwieniał na twarzy i prawie się zapluł, chcąc zakrzyczeć Młodego.
I potem jak go zabrał ze sobą do dyrektora, a my wszyscy zostaliśmy w klasie, podśmiewając się trochę głupkowato z tego zajścia.
Moi rodzice trzymali się z boku, chociaż od razu zapisali się do pierwszej Solidarności, bo wtedy kto żyw, to się zapisywał, czując, że wreszcie powstał JEGO a nie ICH związek zawodowy.
Nie wiem, czy ktoś z mojej rodziny występował przeciwko reżimowi. Ale wiem, że wielu padło w wojnie, a reszta od tej wojny już raczej szukała spokoju, więc raczej nie.
Jestem natomiast niesamowicie wdzięczna wszystkim tym, którzy w tym ruchu wyzwolenia uczestniczyli.

Nie mam w tej chwili dostępu do archiwum zdjęć Taty a i tam musiałabym mocno poszperać i poszukać odpowiednich zdjęć.
Wiem jednak, że na swój sposób przynajmniej starał się pamiętać i przekazać mi pamięć o tym, jak naprawdę wyglądała polska historia.
To właśnie Tata zabrał mnie na obejrzenie pierwszego pomnika Katynia, który dziwnym trafem został rozmontowany jakoś na drugi dzień, żeby wreszcie stanąć w miejscu, w którym dziś stoi.
Mówił mi, co się tam stało. Dzięki Niemu wiedziałam, że Rosjanie rozstrzelali tam polskich oficerów w czasie drugiej wojny światowej, chociaż mój dziecięcy umysł nie umiał wtedy znać dokładnie powodów takich działań.
Jestem Mu wdzięczna za to, że niewiele mówiąc, takimi gestami przekazywał mi jednak historię.
A innym ojcom jestem wdzięczna za to, że za tę prawdę siedzieli internowani i tracili lata i zdrowie w ubeckich więzieniach.
Co nie znaczy, że żyję tą historią na co dzień.
I nie znaczy, że obchodzę rocznicę 13 grudnia, bo tak naprawdę była to rocznica ponownego wzięcia nas w jakiś sposób do niewoli.
Wolę obchodzić 11 listopada, czyli Święto Niepodległości.
I chciałabym nigdy więcej nie przeżyć ani żadnej wojny, ani stanu wojennego.
I tego samego chcę dla mojej Córki i innych córek i synów.

czwartek, 13 grudnia 2012

Post techniczny, czyli krótko o nowej Czytelni

Moi Drodzy,
lubię porządek.
Jak wiecie przeszłam dość długą drogę, zanim założyłam tego bloga.
Najpierw blog na Onecie, potem iw-migawki.
Wreszcie po różnych perypetiach technicznych otworzyłam bloga tutaj i wszystko wskazuje na to, że tu już zostaję.
Często wchodzą do mnie nowe osoby, wcześniej "nie notowane" :).
Czasem chciałabym zapisać ich adresy na bieżąco w Czytelni.
Do tej pory wymagało to ode mnie wylogowania się z tego bloga, zalogowania na inny adres, a następnie dopiero otworzenia karty z dotychczasową Czytelnią.
A że nie należę do masochistów, czasem po prostu mi się nie chciało.
Doszło do tego, że przestałam panować nad listą moich blogów, do których przecież - nawet jeśli nie co dzień - to jednak zaglądam chętnie i często, niekoniecznie nawet aby zostawić komentarz, ale czasem po prostu po to, żeby sprawdzić, co się u Was dzieje.

Dziś wpadłam na pomysł, żeby wreszcie zorganizować sobie Czytelnię Waszych blogów w taki sposób, żeby mieć dostęp także z tego adresu, pod którym tutaj piszę jako iw-nowa.
Przeniosłam więc starą czytelnię pod nowy adres.
Nie udało mi się jednak przenieść jeden do jednego listy Waszych blogów.
Ale ważne, że taki blog już powstał i nosi nazwę podobną do starego, tj. Czytelnia iw.
To jest teraz moja nowa aktualna CZYTELNIA Waszych blogów.
Póki co w takim wystroju.
Jestem w trakcie uzupełniania Waszych adresów, więc proszę, jeśli nie ma tam jeszcze któregoś z Waszych blogów, zapraszam, wpisujcie się!
Najlepiej wpisywać się od razu w nowej Czytelni pod ostatnim postem!
Starą czytelnię oczywiście też jeszcze zostawię przez jakiś czas, żebym sama mogła uzupełnić blogi, o których zapomniałam (na obecnej nowej liście mam już ponad 100 blogów) albo których nie zdążyłam przenieść na tę nową listę.

Bardzo dużym ułatwieniem jest pewien gadżet na Waszych blogach, czyli Obserwatorzy.
Klikam tam, a potem dodaję wszystkie blogi, które obserwuję.
Co ciekawe niektórych blogów już dawno nie ma, ale gdzieś tam w czeluściach sieci, zachował się obraz ostatniego posta ...
Tęskno mi za nimi, więc te blogi pewnie przez jakiś czas jeszcze pozostaną na tej liście.
Może za jakiś czas je usunę, kto to wie.
Póki co to mój przyczynek do świątecznych porządków!

wtorek, 11 grudnia 2012

Pierwszy Mikołaj w tym roku

I co ja mam powiedzieć.
Czytając kilka dni temu czytałam tego posta u Vermisa nie podejrzewałam, że i mnie w udziale przypadnie wielka radość otrzymania od Vermisa i od Mr Unknowna, takich cudowności!
Wczoraj prezencik nie bardzo chciał się zmieścić do skrzynki, bo zawierał pewne pudełeczko. W związku z tym mój listonosz nie przyniósł go samego, tylko dał do przekazania innemu listonoszowi pocztowemu, który rozwozi u nas listy i paczki samochodem. Ten, żebym nie przegapiła podarku, zadzwonił nawet do furtki, a ja wyszłam i wyjęłam z niej takie cuda, że teraz to już i mnie się robi dzięki nim ciepło koło serducha :)
W wielkiej kopercie znajdowała się prześliczna karteczka z nami w czapeczkach Świętego Mikołaja.
Oprócz niej płyta, której właśnie słucham, z bardzo pięknymi i poruszająco zaśpiewanymi kolędami. Mało tego! Na płycie jest naniesione ICH WSPÓLNE zdjęcie!
A na karteczce świątecznej jest nasze ulubione zdjęcie na mojej wersalce z  salonu, które zrobiliśmy sobie podczas naszego pamiętnego spotkania z Vermisem, Jego Partnerem Mr UnknownemMateuszem, pamiętacie jeszcze tego posta?
Oczywiście nie pokażę Wam naszego zdjęcia dokładnie, ale i tak widać, że wyszło cudnie!
A w środku wspaniałe życzenia.
Na deser najbardziej pracochłonna część, czyli własnoręcznie wykonane ozdoby choinkowe.
Nie Vermis, nic się nie zniszczyło, wszystko dojechało w całości i będzie piękną ozdobą mojej choinki czy gałązki świątecznej.
Dziękuję Wam Chłopaki bardzo, bardzo serdecznie!
Fantastycznie jest dostawać prezenty i życzenia :).

Po czymś takim nawet przerażenie, że dziś już będę musiała ruszyć z łopatami i miotłami zgarniać śnieg, przy tym wszystkim nie wydaje się aż takie wielkie :)

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Przesiadam się

Do środków komunikacji publicznej się przesiadam mianowicie!
Bo mi się ostatnio spodobało.
Najpierw w czwartek o 12.30 Mark przyjechał na Dworzec Centralny.
A moja konferencja zaczynała się w pobliskiej sali konferencyjnej o godz. 13.00!
Dzięki temu mogłam mu zostawić samochód z uruchomioną nawigacją, żeby pojechał do domu.
Zaoszczędziłam na opłacie za parkowanie za cały dzień.
Ja tymczasem wzięłam jego bilet i po wyjściu z hotelu, w którym tłumaczyłam w samym centrum pewną konferencję, przeszłam na oddalony może o minutę-dwie przystanek autobusowy.

Autobus miałam na dobieg, a nawet w korku do domu jechałam, pewnie dzięki tym bus-pasom, jedynie pół godziny. Samochodem pewnie zeszłoby się ze 45 minut, plus musiałabym ponieść za tę przyjemność opłatę parkingową.
Tak więc na następny dzień kupiłam sobie też dwa bilety na MZK i pojechałam oraz wróciłam autobusami. W przypadku bezpośredniego dojazdu to naprawdę najwygodniejsza opcja i zamierzam z niej szczególnie zimą częściej korzystać.
Tym bardziej, że oprócz przygłośnych opowieści młodzieży gimnazjalnej na temat palenia marychy, seksu ze zmarłymi, szczegółowego prześmiewczego omówienia nocowania na ulicy przez bezdomnych, właściwie nic mi nie przeszkadzało. A i to można było znieść.

Pozostało mi zastanowić się, czy przemierzyć trasę do Niemiec na święta metodą tradycyjną, czyli na nogach:
czy jechać na święta samochodem:
a może pociągiem?
Decyzja w zasadzie została podjęta wczoraj.
Na święta pojadę do Niemiec pociągiem!
Żeby się nie rozmyślić, wczoraj kupiłam bilet.
Tuż przed świętami już nie było zniżkowych biletów, ale i tak wychodzi znacznie taniej, niż przejazd samochodem, tym bardziej, ze tym razem jechałabym sama!
W dodatku, kiedy Mark to usłyszał, wymyślił, że mam przyjechać nie do samego Berlina, tylko do Frankfurtu n. Odrą, a on mnie już stamtąd odbierze samochodem rodziców. Tymże samochodem potem pojedziemy na Sylwestra do Polski, a on wróci do siebie.
I w sumie zaoszczędzimy na przejazdach, bo jeździć będziemy już we dwoje!

A tak w ogóle do poprzedniego posta CzarT mi wysłał takiego linka.
Dla wszystkich, dla których losy psów i ogólnie zwierząt są ważne!
Prosz....
http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=1quiKLMy0ng

niedziela, 9 grudnia 2012

Taniec z kablami i innymi narzędziami tortur

Co to był za dzień moi Drodzy!
Mówię o dniu wczorajszym.
Jedną z niewielu cennych zabawek dla Seniorki, czyli mojej Mamy, był zakupiony w zeszłym roku pakiet telewizji i internetu.
Jestem dumna z Mamy, że tak samodzielnie sobie radzi z obsługą komputera i drukarki, ale widzę, że są rzeczy, które ją jednak przerażają.
Wśród nich jest samodzielna instalacja modemu sieciowego (a nawet tylko jego podłączenie).
A modem okazał się zepsuty i konieczna była jego wymiana (na szczęście bezpłatna).
Tak więc wczorajszy dzień, czyli sobota upłynęła nam pod znakiem instalacji różnych urządzeń ... Bo kiedy udało mi się już zainstalować poprawnie modem i wprowadzić wszystkie potrzebne hasła, okazało się, że są jeszcze problemy z dekoderem.
Dekoder też trzeba było wymienić.
Nie będę złośliwa i nie napiszę, co sobie pomyślałam o panu w punkcie obsługi, który zamiast zdanego kabla zasilającego od poprzedniego modelu wydał mi ... tylko połowę kabla, a drugiej części (tej z wtyczką) zapomniał.
Pan był bardzo miły i ładnie przeprosił, ale trzy wizyty jednego dnia w salonie obsługi to naprawdę co najmniej o dwie za dużo!
Całą długą instalację przeprowadziłam i tak, bo taki kabel znalazł się oczywiście w domu, ale kiedyś tam trzeba by było te kable zwrócić, więc nie widziałam powodu, żeby im oddawać moje kable.
W każdym razie już po trzeciej wizycie w punkcie obsługi mieliśmy do dyspozycji dwa kompletne urządzenia i usiadłam do instalacji.
Wszystko trwało strasznie długo, szczególnie aktualizacja programów na nowej karcie do dekodera.
Ale udało się!
Mark stwierdził, że całe szczęście, że Mama jest jeszcze w dobrym zdrowiu i w formie, bo biorąc pod uwagę zdarte nerwy i siły przeciętnego emeryta, gdyby samodzielnie musiał się przejechać trzy razy do punktu obsługi i jeszcze przeprowadzić samodzielnie całą tę instalację, istniałoby duże prawdopodobieństwo, że nie dożyje kolejnego okresu rozliczeniowego, a sieć straci kolejnego pewnego abonenta.

Przy okazji porządków u mnie podczas remontu zwolniło się jedno biurko, z którego poprzednio korzystała Córka. W bardzo dobrym stanie, wygodne, z szufladą i sporym blatem.
Zawieźliśmy je wczoraj również do Mamy, a Mark je tam złożył.
Tutaj to biurko jeszcze u mnie, oczywiście u Mamy nie zmieszczą się wszystkie szafki i szafeczki wokół, ale samo biurko pasuje jakby skrojone dla Niej! :)

Przy okazji udało się jej ustawić na nowo meble.
Trzeba było jej też pomóc zamontować nową drewnianą deskę na sedesie (stara klozetowa odmówiła posłuszeństwa, a nowa miała za krótkie śruby mocujące).
A tak kupowaliśmy śruby w markecie.
Nie było gotowych śrub, więc musieliśmy kupić długi na metr pręt i uciąć takie dwie śruby na miejscu.
Wcześniej nawet nie wiedziałam, że w markecie można sobie coś przyciąć, ale okazuje się, że tak.
Za kasami znajduje się stanowisko z dwiema piłami i imadłem.
No więc stoimy przy tym stoisku, a właściwie głównie stał Mark i dydolił z całej siły kupiony przed chwilą pręt. W tym momencie podszedł do nas starszy pan w kapelusiku, który widocznie bardzo chciał pomóc i zagaduje tak.
- Pan mi wygląda na intelektualistę (no jasne, w okularach itepe), więc może ja podpowiem, że tą piłą to nie tak się tnie. Czyli nie tak szybko, tylko powoli.
Po całym dniu latania za modemami i instalacją dekodera nie chciało mi się robić za tłumacza, odpowiedziałam: oczywiście, że Pan może coś powiedzieć, ale on Pana nie zrozumie.
Jak coś łatwego, to ja mogę ewentualnie przetłumaczyć :). - Odpowiedziałam z uroczym uśmiechem, mającym oznaczać, że po niemiecku to ja może "ich habe gołe babe", ewentualnie "ja, ja, volkswagen", no ostatecznie "haende hoch und so weiter".
- I całe szczęście, bo Pan mi na to pojechał na całość:
- Bo jak Pan to będzie ciął w taki sposób, to potem będzie jeszcze musiał gwint fazować, żeby mu się nakrętka nakręciła.
- No myślę sobie - temu Panu to my już dziękujemy. Tacy komentatorzy na tłumaczeniach są zwykle nazywani przekleństwem tłumacza, bo zawsze wymyślą jakiś niszowy, wyrwany z kontekstu wyraz, którego tłumaczenia potem trzeba szukać panicznie gdzieś w zasobach, albo pisać zrozpaczone SMSy do kogoś z dostępem do słownika, a przy tłumaczeniu ustnym często nie da się tego w ten sposób załatwić.
- Na szczęście Mark nie był zainteresowany pouczeniami, chciał upiłować ten pręt jak najszybciej, żebyśmy mogli czym prędzej wracać do Babci i naprawić wszystko do końca.
Grzecznie się więc pożegnałam, tłumacząc Markowi, że powinien się cieszyć, że jego inteligencja bije po oczach nawet w markecie budowlanym (Pan mi wygląda na intelektualistę).
Poza tym Mark odwalił bohatersko kilka ton śniegu i teraz mamy najczyściejszy podjazd na całej ulicy!
Szkoda tylko, że znów wygląda, jakby miał padać śnieg.
Boję się myśleć, co będzie, kiedy zostanę z tym sama.
Więc o tym póki co nie myślę.
Cóż, mam podać przez Marka dokumenty dla Klientki, ale to może być trudne, bo znów położyłam je na miejscu, uważanym przez kota za łóżko...






środa, 5 grudnia 2012

Kot wrócił na łono domowego ogniska

Przez ostatnie trzy dni w domu panował totalny nieład i rozpierducha.
Jak Wam pokazywałam, kucie odbywało się przez wszystkie piętra, czyli również w salonie.
Na szczęście wczoraj wieczorem większość wiercenia i kucia została ukończona.
Korzystając z okazji także w salonie zrobiłam kilka nowych gniazd, bo na ścianie, gdzie planowane jest po przemeblowaniu umieszczenie telewizora, nie było ani jednego.
A i tak przy remoncie trzeba by to było zrobić.
A najlepiej wszystkie takie brudne prace wykonywać za jednym bałaganem, bo to najgorsza część remontów.


Nagle na środek pokoju, pod folię trafiła m.in. wersalka, na której tak oto zwykle spędzałyśmy wieczory:
Najbardziej wystraszona była tym wszystkim nasza panna Kicia.
Nagle nigdzie nie było jej mebelków, jej kanapy do zabawy i podsypiania wieczorem, ani świetnie  znanego ustawienia foteli.
Zabrakło nawet jej drapaka, po którym wskakuje zwykle na parapet, a z niego wypuszczana jest drzwiami balkonowymi na dwór.
Wszędzie tylko pył, huk i folie, uniemożliwiające swobodne przedostanie się do miseczek do kuchni.
Kicia była w rozpaczy!
Doszło do tego, że wpadała jak po ogień, napychała się jedzeniem i po pięciu minutach znikała z powrotem z domu.
Przestała nawet wracać wieczorem do domu, przez co spędzała na dworze czas do 1 lub 2 w nocy. Czekając na nią byłyśmy wykończone.

Od wczoraj wieczorem, po ogarnięciu na nowo niemal identycznego ustawienia mebli od razu wróciła o przyzwoitej porze i położyła się spać już koło 20, a dziś przed 19.
Prawda, że potem wstaje o 6.30, ale nic to w porównaniu z czekaniem na nią do późna w nocy.
Nie wiedziałam, że taki mały kotek jest tak przywiązany do miejsca, nie tylko pod względem domu, ale i miejsc w samym domu.
Cieszę się, że najwyraźniej stres jej już mija.
Piesio lepiej zniósł to wszystko, ale pewnie dlatego, że prawie przez cały czas był z nami i najczęściej siedział przy nodze.
Salon wygląda podobnie, jak przed kuciem, z tym że przesuniętych jest kilka gniazd elektrycznych, doszły trzy nowe i powstała puszka pod nowe gniazdo RTV.
Widać miejsca, gdzie poprowadzone są kable, kiedyś trzeba będzie to dokładnie wyrównać i pomalować także to pomieszczenie.
Ogólnie da się z tym żyć, chociaż meble jeszcze odsunięte od ścian, żeby wszystko spokojnie schło.
A tak to wygląda, kiedy kot i pies wpadają razem na ten sam pomysł (w mojej obecności psu nie pozwalam na wchodzenie na kanapę, ale tak zastała ich ostatnio moja Córcia po powrocie do domu):




O ile kotu najbardziej brakowało mebli, mnie - jak się okazało dziś rano - brakowało najbardziej moich obrazków, ale też kącika, gdzie wieczorem najczęściej siadam na kanapie, odstawiając obok na stoliku (to zamiast fikusa) herbatę i latam jeszcze po blogach, jak teraz :)
Siadłam sobie z zamiarem pracy przy komputerze i patrzę przed siebie, a tu na ścianie tylko kurz po ramce ze starymi gwaszami z rynkiem Starówki oraz kolorowego obrazu olejnego z fajnym landszaftem. Może nie mają one zbyt wielkiej wartości, chociaż dla mnie mają - sentymentalną. Bo ten gwasz jest od Taty, a ten landszaft sama wyszukałam do salonu i kupiłam w sklepie mojej koleżanki.
Tak więc, zanim dziś rano rozpoczęłam pracę i poczułam, że znów jestem u siebie, najpierw dokładnie pięciokrotnie przetarłam salon mopem.
Dzięki temu udało się zmyć trochę kurzu, ale pełną satysfakcję odczułam dopiero, kiedy wszystkie obrazki zawisły na swoich miejscach.
Obrazu dopełniły kwiaty, chociaż niektóre zostawiłam w biurze, bo tam bardzo ładnie wyglądają, a inne przestawiłam.

Okazuje się, że do naszego świata należą też te światy zewnętrzne, które do niego zaprosiliśmy, a które jednocześnie stały się jego nieodłączną, integralną częścią :)
I nareszcie jestem w domu!

wtorek, 4 grudnia 2012

Nie jestem gotowa na święta

Ostrzegam, to nie jest post dla tych, co kochają święta!
Wszędzie wokoło nastroje i wystroje świąteczne do obrzygu.
No sorry, jeśli kogoś uraziłam moim nadto niesmacznym porównaniem, ale to nie chodzi o Wasze choinki, gwiazdki czy coś.
To chodzi o ten konsumpcjonistyczny napad świątecznego szaleństwa lejący się na mnie zewsząd - czy tego chcę czy nie.
Market, zakupy, dziesięć deko boczku, dwadzieścia sera i jeszcze tej kiełbasy. Warzywa, makaron, ryż, mleko, jakieś herbaty owocowe, bo chłodno na dworze.
Czyli normalnie, chcę zrobić zakupy.
A tu zewsząd obserwują mnie rzędy Mikołajów, próbują się na mnie sturlać z półek tysiące jajek z niespodzianką w świątecznych ubrankach, całe stoiska poświęcone jednej podstawowej idei krzyczą: wykup nas na święta!

To właśnie na to nie jestem gotowa.
I dosłownie uszami mi wychodzą kolędy, reklamowane zewsząd przymusowe świąteczne prezenty, których w tym roku i tak nie zamierzam robić oraz radosne Mikołajki, kolejny przymus do wyciśnięcia z klienta jeszcze jednej okazji do zastaw się, a postaw się.

Czy i Wy czasem nie macie ochoty w takie święta po prostu uciec jak najdalej, z osobą/osobami, z którą/którymi jest Wam dobrze?
Ja mam.
Przeraża mnie konieczność przejazdu długiej trasy, żeby dojechać do Rodziny w Niemczech, przerażają mnie wszystkie związane z tym koszty, kiedy mnie się tu kończą pieniądze na rachunki i jedzenie. Wolałabym dokończyć jeszcze w domu to i owo, a pozostałe pieniądze przeznaczyć na dodatki do łazienki, gdzie przy całym tym wykończeniu używam akcesoriów sprzed Króla Ćwieczka, czyli jeszcze z mojego starego mieszkania (a było to ponad 11 lat temu!).
Moja Córcia, która bardziej lubi to całe świętowanie, akurat w tym roku jest zaproszona do rodziny swojego Chłopaka i chwała bogu!
Ja bym sobie te święta najchętniej spędziła razem z moim Markiem, Mamą i zwierzakami w zaciszu domowym. Coś dobrego byśmy sobie nagotowali, wieczerzę zjedli w takim właśnie składzie, a potem każdy robiłby to, na co miałby ochotę!
No aspołeczna jestem i tyle.
I antyświąteczna też chyba jestem, chociaż kiedy akurat mam w kasie dostatecznie dużo, lubię kupować te wszystkie ozdóbki i prezenty.

Zachciało mi się ...

Zachciało mi się luksusów, czyli dostępu do telewizji na każdym piętrze domu, to teraz mam.
Wcale nie narzekam, że musiałam wysprzątać cały salon i wszystkie meble zsunąć do środka.
Ani że znów wszędzie jest pierdzielnik, ani że od tego pyłu w powietrzu i jego sprzątania moje włosy przypominają mimo mycia wielką napuszoną szopę.
Dzisiejszy dzień spędziłam z p. Wiesławem na szukaniu specjalistycznej hurtowni RTV, która doradzi i ew. sprzeda nam odpowiednie części do instalacji.
Bo ja oczywiście nie mogę mieć jednej anteny i spokój.
Jedna jest standardowa na bezpłatne pasmo, a druga satelitarna.
W tej chwili do tych anten podczepione są dwa kable, spuszczone po ścianie zewn. budynku i wprowadzone po prostu od zewnątrz do salonu. Czyli ze ściany wychodzą kable, a te nawet bez gniazda idą bezpośrednio do telewizora.
I pewnie by tak zostało jeszcze na jakiś czas, gdyby nie to, że moja kochana Mama podczas dyskusji na temat urządzanego dla niej pokoju na poziomie zero (kiedyś przejmie też moje obecne biuro) wygłosiła pamiętną kwestię:
- "Ale ja w tym wieku to mam już tak niewiele przyjemności, to chcę mieć tam chociaż telewizję!"
Od słowa do słowa zgadało się, że jak ma być telewizja doprowadzona do piwnicy, to przecież przy tej okazji i tak trzeba będzie jakoś rozgałęzić te przewody dochodzące.
A skoro i tak, to jeśli już remontuje się właśnie moja nowa sypialnia, to warto puścić i tam kable tv. No a jeśli i tam, to przecież koniecznie trzeba puścić też kable do Córki, która teraz wprawdzie zarzeka się, że telewizora u siebie to ona za żadne skarby nie chce (nie chciała moim zdaniem głównie teraz bałaganu), ale ja już swoje wiem. Teraz nie chce, a zachce za rok-dwa. A potem to na mojej głowie byłaby kolejna ruinacja połowy domu.
No więc, chciał nie chciał, całe to kucie należało zrobić teraz.
To dlatego przez cały weekend w połowie domu brodzę w gruzach, chodzę w chmurze pyłu, a do kuchni wstawiony jest tymczasowo stół, wokół którego do przechodzenia pomiędzy meblami pozostaje ok. pół metra odstępu.
Już drugi dzień na wieczór obchodzę więc całe piętro z mopem, żeby choć trochę zebrać kurz.
Dziś wieczorem musiałam oddać gotowe tłumaczenie jednemu Klientowi, musiał podjechać o 22, bo wcześniej nie miałam jak i kiedy ustawić drukarki, żeby wydrukować dokumenty.
A tak teraz przy okazji wygląda mój salon...




Bo przecież taki kabel trzeba przepuścić przez wszystkie kondygnacje.

Jest jeden plus całej tej sytuacji oprócz oczywiście spodziewanej wygody, bo z tych gniazdek będę miała m.in. też wyjście radiowe, a sygnał radiowy w moim domu jest dość słaby. Więc sobie będę mogła posłuchać znacznie więcej programów, niż dotychczas.
A ten plus jest taki, że już od dwóch dni NIE OGLĄDAM telewizji.
Wczoraj było tak przyjemnie w tej zagraconej i zastawionej kuchni, że z córcią siedziałyśmy i gadałyśmy tam do późna w nocy.
Jednak moja forma już jest na wyczerpaniu.