Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

środa, 30 stycznia 2013

Odwyk od blogowania

Wiadomo, że ilość zajęć w domowym szpitalu trochę mnie zmęczyła i stąd mój mózg robi dokładnie to samo, co z ciałem studenta w czasie sesji, czyli wyszukuje wszystkie możliwe zajęcia, byle tylko nie zajmować się pracą!
Jak nie odkurzanie, to plany na przyszłość z dokładnością do czwartego dziesięciolecia naprzód.
Jak nie kawcia, to serek, albo kanapeczki. Nawet bigos wczoraj ugotowałam!
Do kompletu mam jeszcze przyzwyczajanie się do nowego/starego, stacjonarnego komputera i usuwanie awarii skanero-drukarki, która akurat teraz postanowiła zastrajkować.
Ale nadeszła chwila, że naprawiłam wszystko, śniegu do sprzątania już nie mam, bo większość spłynęła z deszczem, kicia w lepszej formie, mama już się powoli usamodzielnia, a ja nadal w trybie pielęgniarki i kucharki zamiast zająć się robotą.
W dodatku ostatnio zamiast pracować jak tylko siadam do komputera, najpierw zaglądam na blogi: swojego, potem na Wasze blogi, potem jeszcze troszkę na fejsbuczka, na gieplusika i tak zlatuje pierwsza godzinka.
Potem oczywiście jestem troszkę zmęczona, więc wstaję i robię sobie kawusię lub herbatkę.
Albo znów kanapeczki, bo przecież "Mama musi też coś zjeść".
W międzyczasie tak ze trzydzieści razy wychodzi albo wraca z dworu kicia albo piesio, trzeba więc trochę wytrzeć im futro i łapki z deszczu, poprzemawiać czule i popieścić, a kicię nakarmić.
I tak mi mija kolejny kwadrans i znów nie wiem kiedy pęka kolejna godzina.
Jeszcze jednym usprawiedliwieniem, że nie pracuję, są wydzwaniający klienci, którym przecież trzeba zrobić ofertę, a potem poczekać, aż się zastanowią, czy ją przyjąć. A potem jeszcze trochę poczekać, bo może jednak się zgodzą. I tak mija kolejna bezproduktywna godzina.
Wreszcie trzeba coś zjeść, bo już wczesne popołudnie "I Mama też musi coś zjeść".
W razie braku czegoś do naprawienia, jak od trzech dni ta moja drukarka, wyszukuję sobie inne ciekawe zajęcia... A po południu to już przecież pracować nie można, bo jak to tak, po całym dniu do pracy siadać.
Normalnie, jakby mnie z jakimś studentem zamienili!
A przecież jak nie zrobię, to nie zarobię!
Nie ma zmiłuj.
Dlatego dopóki nie ustalę sobie planu pracy z tym, co mi zalega na biurku i nie zrobię jakiejś istotnej części, przechodzę na odwyk blogowy, bo inaczej za chwilę wyłączą mi prąd i internet.

Będę zaglądać, ale zdecydowanie mniej.
No i życzcie mi, żebym się wreszcie wzięła do roboty!

Żeby Wam nie było za bardzo smutno, zamieszczam zdjęcia.


Uściski!

p.s. I jeszcze tę PIOSENKĘ Wam zostawię :)

wtorek, 29 stycznia 2013

Okres próbny

Obudziłam się o siódmej rano, ni to za wcześnie, ni za późno.
Poklepałam po ramieniu śpiącego M., mówiąc:
- wstawaj Kochanie, już czas.
Odwrócił się do mnie z uśmiechem na twarzy, musnął ustami mój policzek i raz, ale porządnie przytulił mnie do ciepła swojego ciała.
- I jak ja tu mam wstać! Pomyślałam.
No dobrze, jakoś trzeba się zwlec i iść do pracy.
Po porannych wygłupiankach przy kawie, wychodzimy do pracy, na progu tuż przed wyjściem do pracy zakładamy płaszcze, na przystanku rozstajemy się, bo każde wsiada do swojego autobusu.
W pracy poranna kawa z koleżankami, a potem biurko, papiery i rozmowy, maile i spotkania, czyli standard.
Jakoś wytrzymuję do pory lanczu, kiedy mogę wyjść z pokoju, dzielonego z inną dziewczyną, zalotnie spoglądającą na mnie za każdym razem, kiedy wstaję.
No dobra, wychodzę na chwilę na spacer, żeby uniknąć niechcianych uszu i dzwonię do Niego:
- Witaj Kochanie, jak się miewa mój tygrysek, co dziś u Ciebie, znów Cię podrywał szef?
- Jakoś się wywinąłem, ale nie wiem, jak będzie na tym wyjeździe integracyjnym, będę się musiał zmusić, żeby z nim zatańczyć, sama wiesz, jak to jest.
A jak nie, to znów mnie będzie swatał z głównym księgowym, bo wiesz, jak to mówią: Pan wolny i on wolny, a to dobra partia, nie ma co być takim nieśmiałym, itd.!

Wrrr, że też wszędzie muszą być Ci, którzy nie mogą zrozumieć, że my chcemy być razem!
Że chcemy kiedyś nawet mieć dzieci, urodzić je, wychowywać ... i że związki jednopłciowe jako jedyne możliwe nie mogą przecież być jedyną alternatywą!
Oczywiście, znamy wyniki badań naukowych, zdajemy sobie sprawę, że jedyna zdrowa prokreacja to ta z probówki albo ta kontrolowana w obozach, przy krzyżowaniu najzdrowszych osobników, i że panuje powszechny zakaz łączenia się w pary heteroseksualne, bo to wzmaga agresję w społeczeństwie i że dopiero wyeliminowanie tej formy obniżyło przestępczość na tle seksualnym do 1%, a inne przestępstwa również znacznie zmniejszyło.
Wiemy też z literatury i z wiary kościoła homoliturlgicznego, że tak być musi, ale dlaczego zakazali choćby związków bez dzieci!?
Dlaczego nie możemy się pobrać i być oficjalnie razem?
Nazywam go swoim mężem, ale na ulicy nie wolno mi go wziąć za rękę, pocałować, czy przytulić, bo grozi nam za to w najlepszym wypadku pokazywanie palcami i wyśmiewanie, a w najgorszym areszt - niby bezprawny, ale na 24 godziny można przecież przymknąć każdego, jak to nam ostatnio wyjaśnił patrol policji złożony z dwóch babeczek, ostentacyjnie gapiących się na moje cycki.

Poznaliśmy się wiele lat temu, pokochaliśmy i tylko w swoim towarzystwie jesteśmy w stanie być szczęśliwi i chcemy spędzić życie razem.
A tymczasem ani ja nie mogę poślubić jego, ani on mnie.
Słyszeliśmy, że gdzieś tam za granicą możliwe są śluby heteryków, ale nie stać nas na bilet... Ale może kiedyś.
Znajomi opowiadali nam, że w przeszłości związki małżeńskie w przeszłości na skutek naginania badań naukowych były preferowane i możliwe jedynie w formie heteroseksualnej, a gejów i lesbijki tępiono, jak szarańczę, czy nie przymierzając teraz nas!
Niewyobrażalne!
I że można było mieć dzieci bez zamieszkania w kontrolowanych koloniach, gdzie przychodzą jeszcze na świat dzieci metodą tradycyjną.

No dobra, dość rozmyślania. Trzeba pokryć wzruszenie wywołane telefonem i wymianą czułości z Ukochanym sztucznym uśmiechem słodkiej idiotki i wyszczerzyć się do kobiety dzielącej ze mną pokój. W końcu tak wypada... I nieważne, że ma dwadzieścia kilo nadwagi, krzywy zgryz i ciągle mnie wnerwia seksistowskimi uwagami, co to niby nie ona. Grunt to wytrzymać jej wilgotne spojrzenia na mój tyłek i piersi jeszcze kilka godzin. Bo od niej w końcu zależy, czy przejdę okres próbny w pracy.
To jej ocena zaważy na tym, czy będę mogła zostać w pracy.
Tak więc żadnych gwałtownych ruchów, od ukrywania miłości jeszcze nikt nie zginął ...
A mieszkanie ... może da się jakoś oficjalnie Mu sprzedać jego część, żeby mu w razie czego z banku nie wyrwali, jakbym zachorowała i coś by mi się stało!
Teraz najważniejsze, żeby sąsiedzi myśleli, że to daleki krewny, który pomieszkuje u mnie, bo na mieszkanie w stolicy go nie stać. Nie daj boże w nocy głośniej krzyknąć, czy sapnąć, wiadomo ściany mają uszy, ktoś mógłby nasłać kogoś...
Ten rząd niczego nie zmieni a my mimo posiadania prawa do głosu znów przejechaliśmy się na czczych obietnicach... No cóż, taki już los.

Zresztą o czym ja myślę, to przecież niezdrowe myśli i nic nie wnoszą.
Trzeba myśleć pozytywnie.

Człowiek musi się uśmiechać, w końcu żadnego wpływu na to wszystko nie ma.
A na życie i jedzenie zarobić trzeba!
Aby do wieczora!
Wieczorem porozmawiamy sobie z Nim znowu, jak to kiedyś było, może uda mu się wypożyczyć od ciotki te nielegalne książki, gdzie opisują romanse mężczyzn i kobiet i poczytamy sobie do poduszki.
Uwielbiamy tak spędzać te nasze wspólne wieczorki :).

---------------------------------

Pomyśl sobie przez chwilę, jakbyś się czuł / czuła w takim świecie.

Mam nadzieję, że nie przegięłam w żadną stronę, bo nikogo nie chciałam urazić, ale tak to sobie właśnie wyobraziłam i poczułam, obserwując kolejne rewelacje w zakresie swobód obywatelskich w naszym kraju.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Chętnie ...

Chętnie zajęłabym się czymś takim, jak pójście do fryzjera, na zakupy ciuchowe czy na ploty z koleżanką, ale niestety życie składa się dla mnie z tych przyjemności mniej, a więcej z koniecznych działań, wymagających szybkich i zdecydowanych zmian.
Zmiany wynikły z konieczności.
Jak to zresztą najczęściej bywa.
Jakby tak człowiek miał idealnie i wygodnie, to przecież nic by w życiu nie zmieniał.
Ale wtedy może nie byłoby tak ciekawie...
No dobrze, czas na konkrety.
Tak mój gabinecik do pracy wygląda teraz, czyli po zmianach.
Wybaczcie, ale to poszło za szybko, żebym zdążyła zrobić zdjęcia przed i po.
Poza tym szkoda mi było czasu, bo chciałam się przesiąść na stacjonarny komputer z laptopa i tyle.

Sama dziś nie dałabym rady, dlatego poprosiłam o pomoc Córkę.
Rano delikatnie mówiąc między nami nie było najlepiej, ale dzięki temu, jak ładnie mi teraz pomogła wszystko ustawić, ma u mnie naprawdę wielkiego plusa i wszystko puszczone w niepamięć.
Z obu stron zresztą.
Nawet kable mi ślicznie przepięła i pospinała, żeby było wygodnie, bo poprzednio wokół komputera panował okropny kablowy makaron.
Tylko teraz muszę się przyzwyczaić do nowej klawiaturki.
Ale ma podobny układ do tej z laptopa, więc bez większego problemu daję radę.
Co najważniejsze z komputera stacjonarnego nie mam problemu ze skanowaniem, a z laptopa już kompletnie nic nie mogłam porządnie zeskanować. Problem był spory, bo skanuję wszystkie dokumenty, które tłumaczę jako przysięgłe, więc jest to niezbędna funkcja.
Dzięki temu już jutro od rana będę mogła zacząć pracę, zamiast znów się denerwować, co działa, a co nie.
A przynajmniej taką mam nadzieję.
Pozycje zwierzaków: piesio pod biurkiem, kicia na biurku za monitorem, czyli jak zwykle.
Tutaj zajął miejscówkę piesio
 A tutaj kicia:
No dobrze, klawiatura jest OK, jeszcze tylko mi się paluszki trochę plączą, ale nie jest źle.

niedziela, 27 stycznia 2013

Kot i pies mają wychodne

Zwierzaki na dworze zimową porą to piękny widok.
A szczególnie zwierzaki z przewagą czarnego futra na białym tle :).
A jeszcze bardziej zwierzak zdrowiejący, jak nasza Kicia.
Parę obrazków dla Was zebrałam z wczorajszych wędrówek po naszym ogródku.
Każde wyjście na ten mróz rozpoczyna się posiedzeniem na najwyższym schodku i dokładnym przyjrzeniem się otoczeniu.
 Potem można ostrożnie wychylić mordkę...
 i zacząć schodzić do ogródka...
Domyślam się, że Mozart marznie bardziej przez tę łapinę, poza tym wyraźnie jest ostrożniejsza, niż wcześniej. Ból nauczył ją ostrożności.
 Piesio biega sobie i cieszy się piesiowym życiem.
 A kicio już raźno wędruje między zaspami.
Jest już coraz lepiej, piesio stara się kontrolować sytuację, ale każdy, kto ma kota wie, że to kot zawsze jest dominujący :)
-  No dobra, jestem Mała, nie musisz się niczym przejmować!
 Tjaaa, a ja i tak wolę powypatrywać niebezpieczeństw.
 Tutaj trochę widać że udo nadal niezarośnięte futerkiem.
 Ale przeważnie kitka dobrze się kryje.
Trzeba jeszcze trochę się porozglądać, zanim czło... to jest zanim kot pójdzie dalej. I w nos zimno!
A zaspy u nas olbrzymie... można się zgubić!
Te wszystkie zwały śniegu powstały z usypanych przez Marka wałów - w czasie największych opadów zbierał śnieg z ulicy, z chodników, za tarasów i spod garażu i wywoził tu taczkami. Teraz to wszystko zapadało i w taki dzień tworzy dość skomplikowany labirynt - doskonały na kocie i psie gonitwy.

Na drzewach nadal mnóstwo śniegu, aż się boję myśleć, co będzie, jak to wszystko spadnie na ziemię!
Póki co próbuję nie strząsać, z taką śniegową czapą za kołnierzem nie byłoby miło, brrrr! :)

Na koniec pokaz kiciowych umiejętności skokowych. Widać fazę przygotowania i zbadania terenu, sprawdzenia dokładnie, czy nie zagraża żadne niebezpieczeństwo ...

 i czy tyły są zabezpieczone....
 Wszystko OK, więc hoooops!
 I co by tu teraz począć z tak miło rozpoczętym dniem, może jakiś spacerek?
Miłego wieczorku moi Mili, wybaczcie brak odpowiedzi pod poprzednim postem, postaram się to nadrobić wieczorem, mój laptop powoli pracuje coraz wolniej i komentowanie, podobnie jak pisanie w sieci, zajmuje mi coraz więcej czasu. Póki co nie mogę zmienić maszyny, więc wybieram pisanie, a komentarze jakoś nadrabiam w godzinach mniejszej aktywności w sieci.
W każdym razie bardzo Wam dziękuję za każdy komentarz! Wszystkie czytam i staram się coś napisać, kiedy technika sprzyja :)
Z tego samego powodu ostatnio mniej komentuję u Was.
Po remoncie nie zostało mi kasy na nowy sprzęt, poza tym najpierw trzeba przeżyć zimę, odkuć się za te operacje i leczenie Mamy i kici...
Musi więc jakiś czas być jak jest.
Wybaczycie, mam nadzieję. :)

sobota, 26 stycznia 2013

Zima w słońcu piękna

Dziś wreszcie nacieszyłam się zimą z aparatem.
Wybrałyśmy się z Mamą na dłuższy spacerek po lesie, mróz nie przeszkadzał nam podziwiać piękna krajobrazu.
Wreszcie nacieszyłam oczy pięknem zimy, bo po raz pierwszy od miesiąca miałam czas na taki beztroski spacerek z aparatem. Ostatnio byłam tak przytłoczona obowiązkami, że nawet mając aparat ze sobą, nie wyciągałam go z torby.
Dobrze, że mamie już niedługo zdejmują gips (za dwa tygodnie) a i kot powoli się uspokaja.
Cieszą mnie też prognozy, bo oznaczają, że wreszcie mam szansę zająć się fajniejszymi sportami niż odśnieżanie :).
A to kilka dzisiejszych zdjęć z lasu, na niektórych z nich biały puch sypiący się z drzew, to już zaczynają spadać z drzew śniegowe czapy, widok w słońcu - jedyny w swoim rodzaju! :)
To był piękny dzień!
Na tym zdjęciu widać, że na spacerze byłyśmy obie.





To drzewo rozpostarło się nad ścieżką niczym brama...






Jak wyglądał jeden z pierwszych spacerów kici po śniegu, pokażę Wam pewnie jutro.
Miłej niedzieli!

p.s. Dzięki, że wytrzymaliście ze mną przez ten ostatni czas, kiedy trochę marudziłam i narzekałam, powoli znów wracam do formy i zaczynam myśleć pozytywnie.

piątek, 25 stycznia 2013

Zimowa epopeja ciąg dalszy ze śniegiem, psem i kotem w tle

Dzisiejszy dzień był już lepszy od dwóch poprzednich.
Opiszę go w czterech odsłonach:

1. Kolejna bitwa zawodowa wygrana!
Do południa, czyli na czas, udało mi się sprawdzić moje tłumaczenie i wysłać je do klienta, po czym ogłosiłam sobie wolne od pracy na resztę dnia.

2. Bitwa ja kontra ból głowy - dzisiejszy wynik 0:4, czyli wzięte cztery proszki od bólu głowy, 2 x 2, efekt taki sobie, dopiero pod wieczór zastosowana maść tygrysia trochę mnie rozluźniła. W każdym razie nie muszę się już truć, skoro maść nieco ulżyła mi w bólu.


3. Bitwa ja kontra śnieg - dzisiejszy wynik 1:0.
Jeszcze w grudniu bywały takie śliczne słoneczne dni, że nawet spora ilość śniegu nie wyglądała tak źle.
Ostatnie dni spadły na mnie wraz z kolejnymi zwałami śniegu już mocno zmęczoną.
Przestało jednak dziś wreszcie padać, co też skwapliwie wykorzystałam. Po skończeniu pracy i zjedzeniu posiłku regeneracyjnego przebrałam się w strój roboczy i z pani tłumacz zmieniłam się w panią sprzątacz z szuflą, miotłą i maszynerią do rozdrabniania i usuwania śniegu, którą przedstawiałam Wam TUTAJ a tu już moją własną maszynerię.
Niestety nikt nie mógł mi zrobić zdjęcia, a i ja sama byłam na to zbyt zajęta, bo odśnieżałam ponad dwie i pół godziny.
Mama jest już na tyle sprawna, że pomaga mi miotełką odśnieżać wjazd do garażu oraz schody, jeżeli za dużo nie napada.
Mnie dziś zostało do zrobienia odśnieżenie wjazdu do garażu, chodnika przed domem i fragmentu ulicy, bo wczoraj wieczorem totalnie zasypał nam chodniki przejeżdżający pług śnieżny.
Sporo śniegu zaległo na długim chodniku wzdłuż domu, ale z tym poradziłam sobie świetnie za pomocą śniegozgryzarki.
Na koniec została do usunięcia półmetrowa warstwa śniegu zalegającego na tarasie. Po jej zsunięciu na chodnik wzdłuż domu mogłam ją również zgarnąć moją szatańską maszyną i przesypać aż na ogródek.
Tak to wyglądało ostatnio po odśnieżeniu przez mojego M., i tak wygląda znowu dziś!
No dobra, na krawężniku teraz zalega gruba warstwa śniegu, tego co wyleciał z odśnieżarki, jak nie będzie padało, to go trochę zgarnę na dniach. Ale i tak mam powody do dumy, jakniewiemco!
Reaguję dziecięcą radością, co i rusz wyglądam za okno, widzę, jak pięknie mam odśnieżone i mówię: no zobacz mamo, jak ślicznie odśnieżyłam! :) Dobra, można się śmiać. Ale nie mam chwilowo komu innemu się pochwalić.

4. Kicia kontra świat - spotkanie pierwsze po operacji 1:0.
Kicia dziś po raz pierwszy od czasu operacji, czyli po miesiącu, wyszła na dwór!
Najpierw była bardzo ostrożna, ledwo co stawiała łapki, wręcz jakby nie wierzyła, że nareszcie może już wyjść i że nikt jej nie łapie. Ale wszystko musiała najpierw obwąchać, obadać, a i z tą łapką pewnie jej było zimno brnąć w zaśnieżonych alejkach. Pobyła na dworze z godzinę, głównie u nas na ogrodzie, ale wybrała się też do domu naprzeciwko.
Wróciła w miarę szybko i bez namawiania.
Niestety preparat antyświądowy i ten na pchy nie pomógł, bo z nerwów znów zaczynała się rzucać na ogon. Dałam jej się najeść i ze dwa razy umyć, ale jak tylko zaczynała wykazywać nerwowe podskoki, zapakowałam z powrotem w kołnierz. Jutro kolejna dawka preparatu, podana na kark - tym razem przeciwko wszelkim pasożytom wewnętrznym. Może to zakończy jej reakcje, bo biedna kicia ciągle już prawie chodzi z tym kołnierzem, aż mi jej żal.
Mam nadzieję, chociaż już się chyba przystosowała i nadal słodko i spokojnie śpi. Zdjęcie zrobiłam komórką, żeby się nie ruszać i uchwycić te kocie łapki :) To żółte na futerku to resztki preparatu dezynfekcyjnego pozostałego po operacji. Jeszcze sobie całego nie zlizała.
Czy ja coś mówiłam o czterech odsłonach? A czemu by nie napisać na koniec jeszcze o tym, cieszy dziś najbardziej!
5. Nareszcie weekend!
Oby tylko - tfu, tfu, tfu - nie padało, to sobie w ten weekend nadrobię trochę pracy, bo zalega mi w szufladzie jedno takie duuuże zlecenie, które czeka na swoją kolej już od dość dawna.
I nie szkodzi, że weekend, lubię swoją pracę, a w tygodniu zmarnowałam jeden dzień na wizytę w szpitalu. Nareszcie trochę odpoczęłam i zaczynam odczuwać wielką radość, siadając do pracy.
A dawno już tego nie czułam.
Czyli chyba trochę odpoczęłam :).
A Wam życzę odpoczynku i samych radości w ten weekend!

p.s. Czy u kogoś z Was nadal jeszcze stoi choinka? Ja chyba moją postaram się w ten weekend wreszcie sprzątnąć! Dobrze, że jest sztuczna, to przynajmniej nie spadają igły :)
No to udanego weekendu Dziewczyny i Chłopaki!

PS. Aktualizacja pogodowa.
Przeczytałam właśnie u Stardust w jednej z poprzednich notek, że w New Yorku -5 stopni C to bardzo zimno :)))
Prognozy dla nas na najbliższe dni to dziś w nocy -14 stopni, a jutro być może nawet -17 stopni Celsjusza! Na szczęście pozostałe elementy nie są takie złe:
Przewaga chmur
Wiatr: płd.-wsch. o prędkości 11 km/h
Wilgotność: 86%

Mróz do niedzieli ma się utrzymać, a od poniedziałku już zelżeć do -5/-6 stopni Celsjusza.
Czekam z utęsknieniem na odwilż i podniesienie temperatur!

czwartek, 24 stycznia 2013

Ciągle śnieży, kot się jeży, a ja płaczę, kiedy wiosnę znów zobaczę

Jest zima, więc pada śnieg. To logiczne w końcu.
Jestem pogodzona z zimą, a nawet z niewielkimi opadami śniegu i grzecznie uzbrojona po zęby w łopaty, miotły i śniegozgryzarkę wyskakuję co dzień rano tak koło siódmej walczyć z białym żywiołem.
Ale tym razem śnieg pada już od wczoraj a dziś też przez cały dzień.
I powiem Wam, że się poddałam.
I dziś jeszcze ani razu nawet nie machnęłam łopatą.
Dałoby to jedynie tyle, że za godzinę w tym samym miejscu byłoby znów tyle samo śniegu...
Wszędzie biało, widać tylko ścieżki, po których biega na ogródek piesio.

 Albo ślady, po których wychodzimy z domu...
 Jak widać zdjęcia zrobiłam zza szyby, czyli z miejsca bezpiecznego i ciepłego.
No trudno, efektów odśnieżania i tak by nie było widać.
A dziś ważniejsza okazała się moja praca, którą udało mi się skończyć w całości.
I Mozart.
Bo to jeszcze nie koniec jej kłopotów.
W ciągu dnia musiałam wybrać się z kicią do lekarza, bo znów ją dopadły jakieś pasożyty i w związku z tym skakała z nerwów na swój ogonek.
U lekarza dostała odpowiednie leki, ale dziś nadal jeszcze jest nerwowa, więc znów musi przebywać w kołnierzu, przynajmniej dopóki nie zostaną wytłuczone pchły czy też inne paskudy, które najwyraźniej ją oblazły i przeszkadzają.
Akcja wytruwania tego tałatajstwa trwa podobno ok. 24 godzin więc trzeba się liczyć z koniecznością noszenia przez nią kołnierza do jutra do południa.
Piesio bardzo jej współczuje i też nerwowo reaguje na smutne kocie przeżycia oraz podskakuje przy każdym jej nerwowym miauku. A po powrocie od lekarza oba stworzenia padły.
Poza tym dopadł mnie niechciej blogowy - wchodzę, nawet na komentarze nie mam weny, żeby odpowiedzieć, czasem coś u Was przeczytam, ale po cichutku, jakbym chciała nie narobić hałasu....

Może to przez wczorajszą wizytę u lekarza.
Nie lubię się skarżyć, ale czekanie przez dwie czy ponad dwie godziny na lekarza nie poprawiło mi humoru. Niestety taka opcja chyba odpowiada i lekarzom, a pacjenci boją się odzywać, po kilku jest zapisywanych na tę samą godzinę i panuje wolna amerykanka w tej całej kolejce, bo kto pierwszy, ten lepszy. Oj, gdybym miała pomarudzić, to by był cały przemarudzony post, więc na tym kończę, żeby nie zatruwać atmosfery. Jedyne, co mnie w tej kolejce ratowało, to książka którą sobie wzięłam do czytania w kolejce.

Żeby zakończyć optymistycznym akcentem dodam, że trwa sesja i moja Córcia właśnie dziś dowiedziała się, że zdała bardzo ważne zaliczenie.