Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

czwartek, 28 lutego 2013

Ćwiczenia, jedzenie, forma ogólna i kocia oraz lektura do poduchy, a raczej do piachu

Pilates
Od codziennych ćwiczeń wzrasta mi z pewnością ilość mięśni, ale endorfin specjalnie nie czuję.
To pewnie dlatego, że przy tym świetle za oknem, szarym i ponurym człowiek musi uważać, żeby nie przejść na drugą stronę, zanim nie ustaną jego czynności życiowe.
Ach gdybyż było już tak!

Jedzenie
Wczoraj zrobiłam naleśniki, więc Latorośl narzeka, że jej utrudniam dietowanie.
Sama sobie utrudniam.
Tylko szkoda mi było wyrzucić ser biały, więc zdecydowałam się go przerobić.
Poza tym nosiło mnie już od czasu jakiegoś na coś słodkiego, a lepiej już zrobić naleśniki i zjeść, niż tęsknym wzrokiem wodzić za wuzetkami czy sernikami w piekarni.
Poza tym zrobiłam też wczoraj całkiem zdrowe danie obiadowe.
Pychota z duszonych cukinii i mięsa mielonego, na podsmażanej cebuli, z dodatkiem selera naciowego, doprawione pomidorami z puszki i ketchupem lub sosem pomidorowym. Wszystko po kolei dorzuca się na patelni i dusi pod przykryciem do czasu, aż zmięknie. Kucharka ze mnie żadna, więc przepisu dokładnego nie oczekujcie, bo połowy zapomnę, a drugą połowę zmienię przy następnym razie. Na przykład mięso doprawiam już na patelni, za każdym razem nieco inaczej.
Można to danie podawać z makaronem, ja wczoraj jadłam z razowym, jak zwykle.
Mam wrażenie, że na przednówku i tak wszystko tuczy.
Tuczy teraz nawet patrzenie na lodówkę.
Tęsknię już za soczystymi owocami:


Forma
Jakkolwiek dzięki ćwiczeniom czuję codziennie, jak moje ciało się od nowa formuje i wygląda już naprawdę o wiele lepiej, niż te dwa tygodnie temu.
I trzymam się pewnie i dumnie, chodzę wyprostowana i tego się będę trzymać!
Mięśnie pleców nadal mnie pobolewają podczas ćwiczeń, ale za to brzuch zaczyna już być tak twardy, jak od lat nie bywał. Bo z tymi ćwiczeniami się naprawdę nie oszczędzam.
A że nadal jeszcze kryje się pod oponką - no cóż, hodowałam toto latami, chuchałam i dmuchałam, to teraz trochę dłużej mi zajmie jej unicestwienie :).
W sumie to nie mam czasu, żeby śledzić i obserwować tak bardzo swoje ciało.
Ćwiczę już jednak z przyjemnością, nawet jeśli coś mnie boli lub ciągnie.
Wczoraj wieczorem nawet próbowałam po raz pierwszy poćwiczyć tylko przy muzyce, a płytkę odstawiłam.
Okazało się jednak, że na płytce jest lepsza kolejność i prowadzenie, a ja nie zapamiętałam kolejności i długości ćwiczeń tak dokładnie i efekty tej sesji nieco mnie rozczarowały.

Kicia
Kicia nadal nerwowa, podgryza sobie z tych nerw jeszcze ciągle ogonek, albo tylko na niego skacze z głośnym wrzaskiem. Taki widok, jak na zdjęciu powyżej zdarza się, ale głównie na dworze. W domu dostaje szwungu i albo się bawi, ale jak jest zmęczona, nie umie sobie nigdzie znaleźć miejsca.
Żeby kicia poszła spać w ciągu dnia najczęściej wykorzystuję jej chęć do wtulenia się w człowieka. Potrzebuje tego, jak mały dzieciak.
Kiedy widzę, że nerwowo krąży wokół czegoś do poleżenia, ale nie umie się sama uspokoić, kładę się więc na chwilę na wersalce w salonie, klepię w kocyk, albo na sobie, żeby kotek przyszedł i się wtulił i kotek wskakuje w try-miga i po chwili głaskania zasypia. Potem czasem jeszcze się budzi i znów trzeba pogłaskać. Ale przecież nie przetrzymam jej przez resztę życia w kołnierzu. Musi sobie z tym nerwowym objawem poradzić. Pomagam tyle, ile mogę. Bo jak tylko ją uśpię, wstaję i dalej siadam do pracy.
Piesio trochę się boi tych kocich ataków i wtedy też się wtula.
Po trzech do piętnastu sekund słyszę miarowe chrapanie / posapywanie z obu pyszczków.
I wtedy muszę opanować opadające powieki i wstać, usiąść do komputera i wrócić z powrotem do pracy.

Lektura
Próbuję od dłuższego czasu doczytać do końca "Zwycięzca jest sam" Paulo Coehlo. Ale działa na mnie ta książka tak przygnębiająco, że chyba się sprężę i doczytam w dwa-trzy dni, żeby mieć to z głowy.
Bo ja nie lubię zostawiać niedoczytanych książek, i chociaż to pewnie dziwactwo, jakoś mi z tym dobrze.

Muza - bardzo lubię, kiedy mężczyzna śpiewa o kobiecie :)
Wszystko przez Alcydło, bo sobie przypomniałam jeszcze i tę piosenkę i jeszcze ten niesamowity kawałek :)!

środa, 27 lutego 2013

Przeczekać

Przeczekać, poczekać, czekanie, przeczekanie.
Słyszycie, jak niepopularnie brzmią te czasowniki?
Tworzą wstydliwy dysonans w świecie, gdzie karierę robią raczej inne słowa:
wywalczyć, osiągnąć, wygrać, zdobyć, opanować, zwyciężyć, poradzić sobie, dać radę, zajść wysoko, dokonać wyboru, zapanować nad czymś itd. ...
A przecież czekanie to nic złego.
W czekaniu też jest moc.
Powiem więcej, w przeczekaniu ze spokojem czasami jest większa siła, niż w walce.
Bo większości aktywnych osób łatwiej jest rzucić się w wir zajęć, niż usiąść i odpocząć, albo usiąść i poczekać.
Czasem jednak przecież nie ma innego wyjścia, albo zwyczajnie człowiek nie ma siły do nieustannego biegu.
Ponadto bez przeczekania można się nie doczekać czegoś ważnego, albo to zlekceważyć.
W biegu można nie zauważyć, że coś nas omija, w pędzie od - do można się zatracić i nawet nie dostrzec tego czasu, który nam jest dany.
Dlatego postanowiłam, że chwilowo nie formułuję żadnych dalekosiężnych planów, żadnych wielkich zamierzeń, ani poważnych przedsięwzięć.
Pożyję sobie trochę płynąc z prądem, tarzając się inercyjnie przed siebie, przybijając przypadkowo do tego lub innego brzegu. Dam sobie czas.
Pośpię, poleżę chwilę, jeśli tylko będę miała na to chęć.
Odpocznę i poczytam książkę, albo porozmawiam z kimś, z kim nie rozmawiałam od dawna.
Pomyślę sobie o grillu na tarasie, jak już będzie ciepło, ale bez konkretnego planowania, kogo zaproszę i co będzie podane.
W chwilach przerw trochę sobie pomarzę i pobłądzę myślami, gdzie myśli poniosą.
Nie będę oczekiwać natychmiastowego rozwiązania wszystkich problemów, poczekam, aż niektóre same się rozwiążą.
Bo przecież ja nic nie muszę! :)
Woda mnie uspokaja, więc pooglądam sobie takie zdjęcia.






Zdjęcia zrobiłam w zeszłym roku jesienią w Parku w Wilanowie.
Prawda, że tam jest pięknie? :)
Praca - jest, ale można też pracować spokojnie.
Inne zajęcia też można ogarnąć, nie spalając się.
I tak właśnie sobie zamierzam pożyć przez ileś tam czasu.
Ile? Do odwołania.
Bez wielkich planów czy projektów zmian.
A może właśnie tak spokojną mnie najdą za jakiś czas te najlepsze plany? :)

wtorek, 26 lutego 2013

Pogadałyśmy sobie do upadłego

Wczorajszy wieczór w całości spędziłyśmy z Latoroślą na gadaniu.
Wspomnienia raz poruszone popłynęły.
Jak to nam się mieszkało w naszym pierwszym mieszkanku na ulicy na M.
I jak wyglądał duży pokój, przedpokój, łazienka, kuchnia i jej pokój.
A kto wpadł na pomysł, żeby kupić fotel bujany i jak go tam osobiście przytachałam przy pomocy zmotoryzowanego kolegi. :)
I o wielu, wielu innych wspomnieniach też sobie gadałyśmy.
O obozach harcerskich, na której jeździła Młoda będąc bardzo młoda i o jednym takim tanecznym, i dlaczego wyjechała stamtąd z płaczem. Oraz o tym, co miło wspomina  nawet o tym obozie.
Jak bardzo różnią się wspomnienia w zależności od punktu siedzenia, to niesamowite.
Wspominałyśmy wyprawy na wieś z jej kolegami i koleżankami z przedszkola i pierwszych klas podstawówki...


Dla mnie jakieś mgliste wspomnienie pewnego niezbyt rokującego młodego człowieka, z którym spotykałam się po rozwodzie przez dosłownie chwilę.
Dla niej wspomnienie tajnego pójścia z nim do Mc Donalda i spożycia Happy Meala w tajemnicy przed mamą.
A potem wspomnienie, jak w tajemnicy przed mamą oglądała telewizję, ale zawsze przychodziła do mojego pokoju z linijką i układała ją wzdłuż pilota, żeby potem odłożyć go z powrotem w to samo miejsce.
Włączała tego pilota też tak, żeby koniecznie po ponownym włączeniu mama miała ustawiony ten sam program, co poprzednio.

Jednym słowem pełna konspira!

I tak gadałyśmy prawie do północy.
I żadna na górę iść spać nie chciała.
I dlatego mam dziś oczy na zapałki i już drugą kawę wypijam, a wcale od tego nie jestem bardziej obudzona.
A tu praca czeka, jessssssooooo!

poniedziałek, 25 lutego 2013

Prezent od Mags, od którego wszystko się zaczyna

Z głośników płynie spokojna muzyka, teraz akurat "Unforgettable", cudowne wykonanie Nat King Cole'a z córką Nicole.
Obok mnie moje kochanie już odpłynęło, na swoim posłaniu śpi piesio, a na dywaniku koło łóżka po pewnej walce z dywanikiem zległa kicia.
Mała ostatnio wreszcie nieco spokojniejsza, odruchy skakania na ogonek jeszcze są, ale staramy się ją wtedy albo wypuszczać na dwór, bo tam zawsze dzieje się dużo ciekawego, albo czymś zająć w domu.
W każdym razie jest na tyle lepiej, że zwierzątko już nie musi chodzić w kołnierzu.
Udaje jej się podawać witaminę B2 na lepsze gojenie się ranek i działający długofalowo środek w żelu na uspokojenie. I chyba to wszystko razem powoli pomaga.
Odkładałam to od pewnego czasu, ale dziś już się pochwalę jeszcze jednym prezentem, który ostatnio dostałam od naszej blogowej koleżanki Mags.
Tajemnicza karteczka obok zawiera list ze słowami otuchy dla mnie :))) Dzięki Mags!
Nawet nie wiesz, ile dla mni zrobiłaś!
Taki oto prezent wyjęłam ostatnio z koperty, która dotarła do mnie od Mags po naszej serdecznej wymianie maili. Jak wiedzą odwiedzający Ją, dziewczyna od pewnego czasu zadziwia nas swoją sprawnością i dążeniem do super-formy sportowej.
Przyznam, że mnie ostatnio brakowało tej energii, która kiedyś pomogła mi dojść do formy.
Tym razem było gorzej, bo wzięłam się nie tylko za zmniejszenie ilości kilogramów, ale głównie i przede wszystkim na poprawę formy.
I na to moje nieco rozpaczliwe wołanie o pomoc odpowiedziała właśnie Mags, przesyłając mi płytkę DVD z ćwiczeniami pilates, które jej pomogły ostatnio rozpocząć walkę o swoje piękne wysportowane ciało.
Moje zaniedbania sięgają o lata wstecz. Właściwie od paru lat nie ćwiczyłam regularnie.
Dlatego płytkę najpierw tylko podziwiałam i codziennie głaskałam i przyglądałam się jej, ale to były ostatnie dni pobytu Mamy u mnie w domu i nie bardzo mogłam się zdecydować na zajęcie się sobą.
Wreszcie nadszedł ten upragniony wieczór, kiedy powiedziałam sobie: to już dziś!
Pierwsza sesja pilates
12 lutego roku pańskiego 2013 rozpoczęłam pierwszą sesję ćwiczeń pilates pod dyktando przesłanej mi płytki.
Na początek poczułam wszystkie mięśnie. Naprawdę wszystkie!
Do dziś ćwicząc niemal codziennie (od tego dnia trzy dni mi wypadły) czuję nadal wszystkie mięśnie pleców, coraz wyraźniej czuję, ale nie bolą mnie już mięśnie brzucha.
Coraz mniej drżą mi ramiona i ręce, kiedy unoszę miednicę celem wykonania mostka.
Coraz lepiej idzie mi unoszenie nóg nad ziemią, już nie dyszę jak lokomotywa, a tylko jak mała ciuchcia.
Ale do tego, żebym poczuła, że to jest lekkie, łatwe i przyjemne, jeszcze nie doszłam.
Póki co walczę ze sobą, a raczej o siebie.
Bo ileż można się obijać i narzekać, że ciągle coś mnie boli albo strzyka, no ile!
Teraz jak boli, to przynajmniej wiem, od czego :).
Przyznam też, że po tych ćwiczeniach czuję się przyjemnie wyczerpana i rozluźniona, co zupełnie mi odbiera pazur. Nie chce mi się kłócić, spierać, pisać o trudnych rzeczach.
Jest nieźle, zobaczymy jak będzie dalej.
Ale po tych przećwiczonych prawie dwóch tygodniach już się nie boję, że zarzucę ćwiczenia ot tak, bo mi się nagle odechce.
Już połknęłam bakcyla i tak łatwo teraz nie odpuszczę!
Na razie to tyle.
Z efektów - fałdki na brzuszku i w talii mi się wygładziły, choć nadal są.

p.s. wybaczycie mi mam nadzieję mniejszą aktywność w odpowiadaniu na komentarze, ale moja forma ma dla mnie olbrzymie znaczenie, a i pracy ostatnio mi przybyło - za to u Was bywam, jak tylko mogę :) Na komentarze odpowiadam, jak tylko mam chwilkę, ale nie zawsze mi się udaje!
Dziękuję, że się odzywacie i dopingujecie, dziękuję również za wszystkie gratulacje pod notką jubileuszu 5 lat blogowania! :)

piątek, 22 lutego 2013

Notka jubileuszowa, bloguję od 5 lat!

I tak oto niepostrzeżenie nadejszła wiekopomna chwila, że tak polecę cytatem z Klasyków, że wypada mi napisać coś z okazji jubileuszu.
Tak Moi Drodzy, dziś mija piąta rocznica, czyli wytrzymaliście już ze mną 5 okrągłych lat!
Powyższe zdjęcie pochodzi z naszego zimowego wyjazdu na Wybrzeże ze stycznia 2009 roku, a więc można powiedzieć: tak wtedy wyglądałam :).

Na okoliczność pięciolecia BLOGOWANIA odgrzebałam nawet moje notki z mojego pierwszego macierzystego bloga na Onecie i wkleiłam je w tym blogu :), oczywiście nie dało się tego zrobić z komentarzami.
Mój pierwszy post zobaczycie TUTAJ.
Pochwalę się troszeczkę, że mój ostatni post w lutym 2009 pod tytułem Kobiety-Cyborgi został jako pierwszy mój tekst w ogóle polecony na Onecie.

Po automatycznej przeprowadzce blogów na Onecie też niestety pozjadało mi mnóstwo komentarzy, nie ma rady, tak to już jest z techniką, że jest zawodna.
Zanim pożre mi do reszty tego mojego pierwszego bloga, przekopiuję tutaj chociaż moje opublikowane tam posty. Wiem, że to będzie olbrzymia mrówcza praca, ale gdzieś chcę to wszystko zachować, a do tego miejsca już się przyzwyczaiłam i polubiłam. Ale na pewno ni zrobię tego dziś ani jutro.

Jeśli chcecie wiedzieć, co skłoniło mnie do pisania bloga - bezpośrednio był to śnieg i odśnieżanie.
A właściwie chęć podzielenia się z innymi ludźmi tymi doświadczeniami, a może wtedy trochę nawet po części pomarudzenia sobie na ten stan.
Styczeń i luty zawsze kiedyś były miesiącami, kiedy miałam mniej pracy.
I jakoś tak kiedyś weszłam na jeden z poleconych tekstów na Onecie, przeczytałam ten, i kolejny...
Po którymś poleceniu pomyślałam, że ja też mam coś do powiedzenia czy napisania.
Decyzja powstała prawie że poza mną, palce jakoś tak same poleciały po klawiszach i nagle, sama nie wiem kiedy, miałam mojego pierwszego własnego bloga!

Z początku przyznaję było to dość dziwne uczucie i nie spodziewałam się, że w ogóle kogoś zainteresuje to, co piszę.
Pierwszą blogerką, która jest mi bliska do dziś, a która weszła na mojego bloga już wtedy w lutym, była NIKA! Jak przyszła, tak już została. Niedługo potem przybyło coraz więcej kontaktów, z paroma osobami bardzo się zaprzyjaźniłam wirtualnie, z niektórymi udało mi się spotkać na żywo.
W każdym razie po tych pierwszych komentarzach jakoś już poszło.
Zrobiło się z tego moje nowe, aczkolwiek bardzo ulubione zajęcie w czasie wolnym.
W pewnym okresie wręcz pasja, ale to pasja falująca, czasem silniej angażuje, a czasem mniej. Chwilami jak każdemu także i mnie zupełnie odchodzi ochota albo siła do pisania. I nie zawsze wtedy można pojechać nad morze...

Ale do napisania notki można usiąść codziennie, w przerwie na kawę, w bezsenną noc, w bezpłodny dzień, kiedy jest dobrze, i kiedy jest źle. Z racji tego blogowanie to bardzo dobra pasja, bo jest to zajęcie na dobre i na złe.

Zupełnie nie wiem, kiedy wsiąkłam w blogosferę, zaczęłam czytać coraz to nowe blogi, rozsmakowałam się w niektórych, z wieloma blogerami czuję więź, jakby byli moimi realnymi znajomymi.
Wszystkich, którzy bywają u mnie tutaj, co najmniej bardzo lubię :) i odwiedzam z przyjemnością.
O, a to było chyba pierwsze opublikowane moje zdjęcie z drewnianą nogą:
Teraz mam wrażenie, że piszę spokojniej, pewne sprawy pewnie udało mi się załatwić samej ze sobą po trosze dzięki blogowi.
Na początku pisanie było zwykłą przyjemnością, potem poczułam, że mogę przekazać innym istotną część moich doświadczeń. Zauważyłam jednak, że od dłuższego czasu zaprzestałam w zasadzie nurtu poradnikowego, którego na początku bardzo często zdarzało mi się trzymać.

Cenię sobie bardzo Wasz czas poświęcony na czytanie, oglądanie i skomentowanie tego, czym się z Wami dzielę, przyznaję, że czasami ataków grafomaństwa :).

I dzięki, że jesteście, bo bez Was pewnie nie miałabym tak wielu Ludzi, których istnienie naprawdę w wielu sprawach zmieniło wiele w moim życiu :)
Dziękuję Wam za to, fanfar i wielkiego bankietu nie będzie, bo dla mnie to jest zwykły dzień pracy.
Ale cieszę się tym blogowym światem i cieszę się, że jesteście tu ze mną! :)))
Z okazji jubileuszu wszystkim blogerom i blogerkom życzę równie sympatycznych rocznic i miłych przeżyć!
A dla Was Wszystkich, którzy zaglądają tu do mnie, a co poniektórzy nawet wytrwali ze mną te pięć lat chcę podarować kwiaty:




Pozdrowienia!

czwartek, 21 lutego 2013

Wymiana DO

Mój urząd jest tak porządny, że około miesiąca przed upływem ważności mojego dowodu osobistego przysłał mi łaskawie pocztą zawiadomienie/przypomnienie, że mam wymienić dowód, który jest ważny już tylko do któregoś tam marca.
Dobrze, że paszport mam ważny prawie do końca tego roku.
Ale kiedy znów pomyślę o tych nowych zdjęciach, które mi zrobią i na których jako jedynych z całej mojej kolekcji będę wyglądała po prostu koszmarnie, to aż mi się płakać chce.
Postanowiłam spróbować zanieść do mojego punktu Foto (znanego mi od lat) zdjęcia, które wybrałam z mojej kolekcji.
Wiadomo: w zasadzie zdjęcie ma być na wprost, ma być widoczna cała głowa plus lewe ucho, nie można się za bardzo szczerzyć, a właściwie buzia w ciup, ale niezupełnie, dzióbka zrobić nie wolno tylko trzeba jakoś tak godnie i dostojnie!
I do tego jasne, jednobarwne tło.
Aha, no i w makijażu mi lepiej, niż bez niego.
Najlepiej jakiś jasny kołnierzyk i ciemna marynarka.
No taaaaak, odrostów już trochę widać po ok. dwóch tygodniach, brwi jakieś takie wypłowiałe, trzeba by sobie poprawić... Ale jakby co makijażem można nadrobić.
Siedzę więc i szukam wśród moich zdjęć, czy może nie mam jakiegoś podobnego zdjęcia, bo jak sobie pomyślę, że będę miała taką fotkę, jak ta w karcie miejskiej, gdzie zmarszczek to chyba mi w Photoshopie dorobili, to mnie szlag trafia!
Córcia też idzie wymienić, a właściwie zrobi dziś zdjęcia, a ja pewnie jak nie jutro, to pojutrze.
To zamiast tych wszystkich koszmarków najchętniej bym wstawiła sobie już takie. I tak nie zrobią mi lepszego:
Bo pewnie nie mogę wstawić tam tego, zrobionego prawie dokładnie rok temu.
A skoro nie mogę ładnego, to mi ochotę odbiera do wyrabiania dowodu, w którym będzie widniała twarz zupełnie mi nieznana, z fatalną miną ....
A jak u Was ze zdjęciami w dokumentach? Zadowoleni z nich jesteście?

Falowanie kory mózgowej, czyli tekst niezobowiązujący*

W poczekalni pomysły dojrzewają powoli
nawlekane na nić i dopychane kolejnymi zdarzeniami
zroszone litościwie deszczem ze śniegiem
padającym jakoś tak w poprzek ścieżek
zamarzającym na twarzy ledwo co uśmiechniętej

nieustanne pompowanie do kolejnych "muszę", "zrobię"
wysiłek umysłu zbombardowanego nadmiarem
powodzi zdarzeń skończy się wreszcie kiedyś
powolną agonią poszczególnych pól kory mózgowej 
póki co na polach wirtualnych rosną kwiaty, chociaż tam
bo przecież nie pod śniegiem

losy bohaterów kolejnych odcinków
dodają kolorytu własnym przeżyciom
odwracając od nich skutecznie uwagę
i na co mi jeszcze bar lub trawa?



*nie zobowiązujący oznacza, że nie musi się podobać

Tekst na dobranoc, więc śpijcie dobrze! :)

wtorek, 19 lutego 2013

Jak się czujesz moja Duszko? :)

Takie jakieś zdjęcie mi wyszło zza mgły - nie pamiętam nawet jakie ustawienia:
Krótka relacja z wydarzeń, żebym nie wypadła z wprawy wygląda tak:
1) Mamie wyciągnięto z dłoni druty, poszło nawet łatwiej, niż się spodziewałam. Ale bóle jeszcze trochę są, trochę puchnie. Mama dzielnie jednak robi co może, ale ostrożnie, bo ostatnia wizyta przewidziana jest na nadchodzący piątek i wtedy dopiero okaże się, jak to z tą kończyną jest. Powinno to wszystko okazać się na podstawie zdjęcia rentgenowskiego, na które może skierować i które ma obejrzeć doktor mamy.
2) Piesio wreszcie wyleczony - ale za nami kilka trudnych dni.
Na szczęście okazało się, że tylko się struł.
I już nie pamiętamy, jak w ubiegłą sobotę nie miał siły wskoczyć do bagażnika, dostał w nocy kroplówkę i pięć zastrzyków, a potem niedobrzy panowie straszyli panią, że tak stareńki pies (10 lat) to już może mieć wszystko i jak pani z tego powodu porobiła piesiowi USG, ale kiedy ono już nie wykazało, a pies poczuł się zdecydowanie lepiej, nie zdecydowała się na nic więcej, niż dokończenie kuracji antybiotykowej.
3) Kicia od około dwóch tygodni niestety znów ma problemy, skacze na ogonek.
Wreszcie pani sama wymacała na ogonku pęknięcie wzdłuż, tam gdzie najczęściej kotek skacze, jakby ten ogonek chciał ukarać, że go swędzi.
Kicia więc leczona była już wszystkimi możliwymi metodami, została odrobaczona, podano jej serię antybiotyku, która trochę pomogła, ale nadal jeszcze ma coś na kształt pęknięcia wzdłuż na tym swoim biednym małym cienkim ogonku. Smarujemy maścią oksykortem, dostała serię antybiotyków, środki antyświerzbiące itp., a w domciu na wszelki wypadek chodzimy w kołnierzyku, jak widać.
Podajemy jeszcze środek uspokajający w żelu, ale to ponoć działa nie od razu, tylko po około miesiącu, więc cierpliwie czekamy, odseparowując małego samobójcę od własnego ogona.
Na dwór jednak ją wypuszczamy, tam się dzieje tyle ciekawego, że można zapomnieć o stresikach. Ale zgarniamy wcześniej, zanim zdąży się znudzić i nie zacznie się samodzielnie atakować...
4) Ja - proces analizy jeszcze nie zakończony (Process in progress).
Pracuję, spaceruję, w przerwach oglądam moje stare zdjęcia i wreszcie stwierdzam, że coś ze sobą trzeba zrobić. Coś robię, ale to jeszcze za mało, żeby o tym pisać.

Dzięki za cierpliwość dla tych, którym nie odpowiadam na komentarze i tych, u których nie bywam, bo właściwie bywam teraz tylko przy swojej robocie, z rzadka wyrywkowo wpadam tu czy tam - bo się na czytaniu czegokolwiek poza koniecznymi do wykonania pracy rzeczami skupić nie mogę.
A praca, jak wiadomo, ma priorytet.
Ale brakuje mi już: cieplejszych dni, spotkań i rozmów z żywymi ludźmi, to jest z moimi przyjaciółmi, wyjazdów gdzieś, byle poza dom, lasu wiosną. Już to by mi wystarczyło :)!
Wyjeżdżać na razie nigdzie nie mogę. I to nie tylko przez wydatki związane z remontem i konieczność odkucia się, bo przecież rachunki zimą są znacznie wyższe itp.
Powodów szczegółowo nie będę tu wyszczególniać, chociaż myślę, że dla tych, którzy przeczytają powyższą relację będą one w miarę łatwe do rozszyfrowania.
Pozdrowienia dla Was i dziękuję, że bywacie i zostawiacie parę słów.
Nawet kiedy milczę - a może właśnie w takich momentach to szczególnie ważne :).

czwartek, 14 lutego 2013

Walentynka inaczej, czyli poradnik dla niesparowanych

Idą Walentynki, a zatem przygotowałam tutaj mały Poradniczek dla Samotnych ewentualnie dla Nieszczęśliwie Zakochanych w tym paskudnym dniu!
Czternastego lutego cały świat dostaje czkawki od czerwonych serduszek, kwiatusiów i innych bzdurek.

Chwała tym, którzy się z tego cieszą i przeżywają oraz jedzą sobie również tego dnia z dzióbków.
Ale jak sobie przypomnę te wiele lat temu okres tzw. bezkrólewia w moim królestwie, to mnie aż szlag serdeczny trafia na to demonstracyjne zwracanie uwagi na konieczność i przymus bycia szczęśliwym właśnie tego dnia narzucany równo wszystkim: również osobom z różnych przyczyn tego dnia lub od dłuższego czasu samotnym.
Próby ochrony przed zalewającą nas zewsząd słodyczą kończą się bez wyjątku niepowodzeniem. Bo przecież osoba samotna nie weźmie akurat tego dnia urlopu bezpłatnego, żeby tylko jej wszyscy wokół nie pytali: no a Ty kiedy sobie wreszcie kogoś znajdziesz? Latka lecą, zegar tyka i inne tego typu teksty motywujące doprowadzą średnio szczęśliwego singla po setnym powtórzeniu na skraj doła.
Jeśli jeszcze nie ma psychoanalityka, po takim dniu będzie go musiał mieć, inaczej grozi mu wpadnięcie do doła giganta, z którego będzie się wygrzebywał do świąt wielkanocnych, kiedy to przy wtórze rozbijania jajek powtórnie padną te same delikatne pytania o jego status na facebooku i dlaczego nadal brak partnera.
Tjaaa, wychodząc na ulicę ryzykujemy wpadnięcie na ogłoszenia bijące po oczach reklamujące bale dla samotnych, dla niewychodzących z domu przygotowano zaproszenia mailowe na tego typu uroczystości, na których z całą pewnością zamiast niemodnie ubranych desperatów znajdzie się samotna/samotny dopasowany stuprocentowo właśnie do Ciebie.
A kiedy już nam się wydaje, że wyszliśmy cało z tego czerwonoserduszkowego marketowego jazgotu, i tak kończy się to ugrzęźnięciem w różowo-czerwonej gumie do żucia, przyklejonej do siedzenia w autobusie lub tramwaju, czyli tak czy inaczej, gdzie nie spojrzysz, dupa!
Jeśli jeszcze jesteśmy wśród tych szczęśliwców, że ktoś się wokół kręci, zawsze można coś w tym czasie zorganizować, żeby przynajmniej pozornie poczuć się w ten dzień mniej samotnie.
Jeżeli jednak koło nas zupełna pustka i w tym momencie zamieniłabyś się nawet z tą spod piątki, której mąż głośno jej śpiewa serenady, chociaż przeważnie o trzeciej nad ranem, a dla podniesienia atmosfery przyprowadza regularnie do domu co najmniej po dwóch kolegów na wieczór, żeby flaszkie obalić, to znaczy, że dopadła cię walentynkowa deprecha!

Co ciekawe, dopadnie Cię na 99%, niezależnie od tego, czy uznajesz to "głupie zachodnie komercyjne święto", czy nie. Jeśli należysz do aktorów pierwszego planu, ukryjesz to pod grubą warstwą makijażu i cynicznym uśmieszkiem na widok każdej walentynki i przejawów przesłodzonych uczuć.
Ale i Ciebie wreszcie dopadnie, kiedy akurat zupełnie niespodziewanie natkniesz się na parkę, która wygląda tak cudnie, że przypomni Ci te pamiętne wakacje i tę ogromną miłość, przez którą nie mogłaś spać przez kilka miesięcy albo lat i bujałaś w obłokach tyle samo.
I łzy jak grochy gotowe!

Dlatego poniżej przedstawiam parę metod radzenia sobie z tym stanem i próbę odpowiedzi na pytanie: czy jest jakieś wyjście, żeby nie wpaść w walentynkową deprechę?

1. Opowiadanie o swoim stanie przyjaciółkom, które mają przy boku kogoś, nie ma sensu za grosz.
Bo i żeby Cię pocieszyć, powiedzą lub pomyślą: to jeszcze nic, żebyś wiedziała, co mnie się stało!
Jak mnie ten mój Misiek przedwczoraj zdenerwował kiedy znów klapy nie opuścił, albo cukier rozsypał, to sama rozumiesz... Czasem to człowiek wolałby być sam. Tobie to dobrze, mieszkasz sobie sama, nikt Ci nie nabrudzi, nie wnerwi, możesz sobie pozwolić, żeby trochę przytyć, bo i rozbierać się nie masz dla kogo.... Tjaaa, faktycznie ulżyło, nie ma co.... No żesz... warto opowiadać? Chyba nie.

2. Pójście na rodzinny obiad może odwrócić na chwilę uwagę od problemu, bo Rodzice przecież zawsze kochają, a czasem nawet już nie należą do tych wypominających Wasz haniebny samotny stan. Ale oni to dopiero potrafią dopiec, tak zupełnie od niechcenia i bez myślenia.
Poznałaś ostatnio chłopaka z Wrocławia, a sama jesteś z Gdańska?
Jedziesz pełna niepewności i miotana mieszanymi uczuciami do niego za tydzień?
Kochający rodzic z pewnością rzuci niby to mimochodem i w żartach:
"- Że też nie mogłaś sobie znaleźć nikogo bliżej."
Nie ma co. Budujące, że aż uszami wychodzi!

3. Z rozwiązań desperackich: pójście na całość z nowo-poznanym facetem z baru, żeby ktoś Cię chociaż raz i przy jakiejkolwiek okazji tego wieczoru przytulił może jest jakimś wyjściem, ale pamiętajmy o nalepce na opakowaniu takiego remedium: "Nie zażywać bez konsultacji z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie przyjmowany może być powodem ciężkiej choroby lub śmierci." Tak jakoś to szło. Poza tym taki lek może być mocno przeterminowany.
Tak więc w naszym poradniczku odrzucimy tę opcję jako pierwszą.

4. Przechodzimy do popularnych rozwiązań:
- kup twoje ulubione lody lub deser i zjedz kilogram - no fajnie, tyle że od tego urośnie Ci od razu pięć kilogramów, bo po tym zjesz jeszcze inny deser, a żeby się zdrowo odżywiać na koniec dopchniesz sałatką owocową dwa tysiące kalorii, dla oczyszczenia sumienia.
- prześpij się z byłym (byłą) - no cóż, metoda dobra na chwilę, ale po jej zastosowaniu poziom deprechy wzrasta do tak niebotycznych wielkości, że może być Ci potrzebny nie tylko zwykły psychoterapeuta, ale od razu Dr House! A takich lekarzy jak wiadomo nie ma, więc metoda skazuje Cię na mordęgę długotrwalszą i głębszą. Zatem to rozwiązanie jako niepraktyczne i energetycznie ujemne odpada.
- idź nakarm kaczki - tak mi przyszło do głowy, że dobrze jest zastosować metodę naszych mam, którym karmienie pozwala odczuwać uczucia matczyne, a więc może karmienie zwierząt w zoo czy kaczek w parku zapewni nam podobne pozytywne odczucia?

I tu przechodzimy do rozwiązań, którymi pomagamy sami sobie naprawdę:
- kup sobie diabelnie drogi prezent, ale tylko jeśli nie robisz tego przy każdym dołku, a tylko wtedy, jeśli wszystkie swoje pieniądze wydajesz karnie i zawsze grzecznie na dom, psy i koty;
- rozważ wyjazd w jakieś miejsce, do którego od dawna chciałaś pojechać, ale nigdy nie było okazji - pod wpływem pozytywnych emocji zapomnisz o wszystkich pomniejszych głupotach, takich jak brak towarzystwa;

- kup sobie sama kwiaty! Niekoniecznie taki cięty bukiet, który i tak przy tej aurze opadnie po dwóch-trzech dniach, kup sobie roślinę, która będzie rosnąć jeszcze długo po tym święcie i wywoła na długo uśmiech na twojej twarzy;
- a może idź do SPA, albo chociaż zrób sobie maseczkę, to ci dobrze zrobi!
- poczytaj tę książkę odkładaną od dawna, musi ona jednak być na wesoło!
- posłuchaj muzyki, dobrze Ci zrobi Twoja ulubiona płyta lub stacja radiowa;
- ufarbuj odrosty, zrób hennę czy coś w tym stylu, dzięki czemu od razu poczujesz się lepiej - ta okazja jest tak samo dobra, jak każda inna, ale właściwie to nawet o niebo lepsza, bo okażesz miłość SAMEJ SOBIE!
- jeśli na co dzień sobie tego żałujesz, zrób dokładnie to, czego sobie żałujesz :), jeśli siedzisz zamknięta przez większość dnia w biurze, wybierz się na spacer w porze lunchu, a jeśli to niemożliwe - po pracy;
- oglądaj piękne rzeczy, takie na które patrzysz z przyjemnością i podziwem;
- idź za swoim hobby, cokolwiek by to nie było - bo to robisz dla siebie i to sprawi Ci przyjemność nad przyjemności;
- zrób coś inaczej niż zwykle - wtedy jest szansa, że osiągniesz coś innego, niż to zwykle.

I tym optymistycznym akcentem zachęcam Was do skomentowania moich lub podawania waszych  metod zwalczania walentynkowej deprechy - wszystko jedno: dla pań czy panów, może być z wyskokiem i z przydechem!

Wszystkie chwyty dozwolone, nagród żadnych nie ma, bo samą nagrodą będzie wymyślenie i opisanie jakiejś skutecznej metody, której być może bezskutecznie będzie szukać jutro w sieci paru bardzo samotnych ludzi! :)

Aha, Kochani Samotni, przytulamy Was wszystkich!!!
A i Wy przytulcie samych siebie!
A dla Wszystkich oczywiście mam kolejne serdusie czy kwiatusie, nieeeeee :), ale różę mam!

środa, 13 lutego 2013

Niespodzianka, czyli świeczniki od Niki

Pewnego dnia napisała do mnie Nika, z którą blogujemy mniej więcej od tego samego czasu.
Nika jest kobietą szczególną, kto ją dłużej zna, wie doskonale o czym mówię.
Zawsze była zdolną bestią, a od pewnego czasu prezentuje swoje wyroby na nowym specjalnie do tego celu stworzonym blogu Nikitwory.
Bardzo mi się podobają rzeczy tworzone ręcznie, a szczególnie, kiedy są robione nie tylko z pasją, ale i z tak ogromnym wyczuciem stylu i klasą, jak to robi Nika.
Mniej gadania, więcej obrazów.
A więc sami popatrzcie, jakie cuda dostałam - stali bywalcy wiedzą, że dopasowane kolorystycznie do sypialni :).
Oto one: świeczniki od Niki:
 Zdobione przez nią własnoręcznie metodą dekupaż.
 Poczyniłam wiele prób, żeby dobrze je sfotografować, m.in. kazałam im leżeć grzecznie plackiem.
A tak się prezentują na szafce, gdzie pewnie będą stały :)


Nawet papier pakowy Nika dobrała do koloru!
A w dodatku do kompletu dostałam też dopasowane kolorystycznie dwie podstawki pod herbatkę!
Oczywiście już leżą w sypialni na naszych szafkach nocnych.
A tak wygląda cały komplet.

A tu już w sypialni na parapecie

I same podstawki na finisz!
Bardzo mi tymi wspaniałościami poprawiłaś humor Nikuś!
A dziś to było szczególnie ważne...
Dziękuję :)