Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

sobota, 30 marca 2013

Jajka Wielkanocne jednak są

Mamy jajka!
A wszystko dzięki mojej Latorośli, która pracowicie wczoraj zrobiła ten skromny aczkolwiek mnie się bardzo podobający jajeczny stroik :), proszę bardzo oto on:






Bardzo proszę pochwalcie moją Córcię, bo się bardzo starała i uważam, że nieźle sobie poradziła nie mając do dyspozycji prawdziwych jajek (powiedzieliśmy, że skoro wyjeżdża, to nie malujemy w tym roku jajek, bo nie będzie miał kto ich potem zjeść).

W tym miejscu kończy się część rozrywkowa i zaczyna część kronikarska, więc jeśli ktoś nie ma ochoty czytać pamiętniczka hipochondryczki, może w tym miejscu pomachać mi świątecznie i cześć pracy.

Świętujemy na spokojnie, jutro spotkamy się z Mamą, a Córcia wyjechała na święta do rodziny swojego chłopaka.
Tak więc u nas zero przymusu, zwierzaki z nieokiełznaną ciekawością obserwują, co robi Mark, którego właśnie dopadł przymus posprzątania, poodkurzania i umycia podłóg na dwóch piętrach. Podłogę w kuchni już umył dziś rano i aż przyjemnie tam teraz wejść.
Podziwiam go i staram się nie przeszkadzać.
Moją część roboty, czyli pieczeń wstawiłam godzinę temu.
Ryż wstawię na świeżo, jak tylko pieczeń będzie gotowa.
Więcej za bardzo nie mogłam zrobić, bo dziś rano w ogóle się bałam, że nie będę mogła wstać.

Za sobą mam już dwie próby unieszkodliwienia mnie na święta.
I to bez mycia okien w środku zimy!
Nie wiem, co za siła złożyła mnie do pozycji poziomej na całą środę, ale była to jakaś bakteria albo wirus.
Z rana prawie zemdlałam, ciśnienie miałam tak niskie, że ledwo rozpoznawalne, do tego ból głowy i paskudne osłabienie.
Do lekarza nie dałam rady pójść, a lekarz do mnie, jak się okazało, też przyjść nie mógł, gdyś wizyty zamawiać należy do godziny 14, a mama poszła zamówić wizytę dla mnie 12.55, a to już było za późno, żeby lekarz się wyrobił. Czyli zamawianie do 14 to bujda. Rozumiecie? Ja nie, no cóż. Dobrze, że więcej nie choruję...
Pomogły mi wzięte w dużej ilości wszystkie skuteczne dotychczas środki na przeziębienie, do tego stopnia, że pani doktor następnego dnia, kiedy już udało mi się do niej dostać, orzekła, że gardło nie wygląda źle i wystarczy gardło płukać septosanem, a receptę na antybiotyk dała mi tylko na w razie czego.
I nie musiałam jej jak na razie wykupować!
Poczułam się tak dobrze, że następnego dnia zamiast jednej sesji dość wyczerpujących ćwiczeń zrobiłam sobie jeszcze jedną dodatkową kilkunastominutową sesyjkę ćwiczeń tanecznych.
Może nie skończyłoby się to źle, gdybym nie postanowiła po kąpieli przewietrzyć sobie od razu łazienki. W międzyczasie bardzo mądrze wystawiłam moją gołą szanowną na działanie nieco zbyt świeżego powietrza, bo postanowiłam zająć się depilacją, nie uznając za stosowne założyć chociaż szlafroka.
Kiedy po paru minutach do łazienki wpadł na to wszystko Mark, mnie nadal było gorąco, ale on na szczęście zamknął okno, stwierdzając że strasznie duje i ciągnie.

Na początku wszystko było doskonale, ale niestety następnego dnia organizm chyba stwierdził, że należy mi się lekcja pokory i zafundował mi taką jazdę na korzonkach, że ledwo dziś spałam i ledwie wstałam.
Cóż - naświetlanie lampą, potem kąpiel w solach różnorakich z olejkami i smarowanie nieszczęsnego odcinka lędźwiowego różnymi rozgrzewającymi smarowidłami plus jedna tabletka mocnego środka przeciwzapalnego sprawiły, że wracam do żywych. Pewnie nie obejdzie się bez dalszych środków
Dzięki temu mogłam jednak wstać i pokazać Wam jajka, tjaaaa.

No to jeszcze raz Wesołego Alleluja!
Zdjęć z dworu już nie pokazuję, może uda się zaklinając rzeczywistość sprowadzić wiosnę do tej biednej zmrożonej krainy.

piątek, 29 marca 2013

Wszystkiego Najlepszego na Wielkanoc!










Kochani,
Jeden obraz wystarcza za tysiąc słów, a kilka obrazów pewnie za kilka tysięcy, więc co ja tu Wam będę jeszcze gadać!

Mimo tego, co widać na załączonych obrazkach:
Udanych Świąt Wielkiej Nocy!

życzy Wam serdecznie
Wasza iw!

wtorek, 26 marca 2013

Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów!

Mam dość narzekania i tragedii wszędzie wokoło!
W mediach same katastrofy, pożary, mordy i inne tragedie.
Nawet pozytywne i miłe okazje zakłócają nieustannie doniesienia o tragediach, jeśli nie własnych, to cudzych.
Czy coś zmieni, że się zanurzę w tych nieszczęściach?
Czy przez to przestaną być gdzieś tam wojny, pożary, głód?
Nie sądzę.
Kilka rozmów ze znajomymi i obraz się zagęszcza.
Wiadomo, kryzys zaciska się na naszych szyjach i osiada coraz silniej na barkach, przydusza brakiem perspektyw a niektórych odbiera ostatnie chęci walki...
No dobrze.
Można by tak długo.
Co nam daje wpatrywanie się w równię pochyłą i czarnowidztwo?
Czujemy się lepiej, że zapadamy się w bagno w dobrym towarzystwie, czyli z Jasiem B. i Karoliną K.?
Nie wybijamy się z tłumu, bo znaną od lat starą tradycją polską jest NARZEKANIE.
Zmartwię tych, którzy zawsze wyszukają coś gorszego u siebie, niż im powiedzą inni.
Cierpienie wcale nie uszlachetnia i z nikogo nie robi bohatera.
Cierpienie jest do dupy i nic nie wnosi!
Nie tworzy żadnej wartości dodanej, nie poprawia humoru ani Tobie, ani Twoim bliskim!
A martyrologia jest przereklamowana, chociaż nadal z konsekwencją godną lepszej sprawy forsowana przez niektóre ugrupowania polityczno-społeczne.
Można bez końca mówić o rzeczach złych, nieprawidłowościach, błędach, pomyłkach, dowcipkować o nieudolnych próbach kogoś, że chciał dobrze, a wyszło jak zwykle.
Ale wiecie co?
Ja bardziej podziwiam tego, co coś zrobił i mu kolejny raz nie wyszło, niż kogoś, kto siedzi na trybunach i całą swoją energię wykorzystuje na cieszenie się z porażki innych i wyśmiewanie ich.

Nie jest sztuką urodzić się w bogatej rodzinie i przepuszczać kasę zarobioną przez poprzednie pokolenia, chociaż tu też można na rzeczy dobre i ważne, albo na bzdety.
Sztuką jest wytrzymać w sytuacjach trudnych, w warunkach bojowych, w twardych realiach, bez wsparcia i bez większych perspektyw.
Wychować w takich warunkach dzieci, walcząc każdego dnia, podejmując ryzyko, wykonując pracę, jaka by ona nie była, nie stoczyć się, nie wpaść w nałogi, bo tak najłatwiej.
Cud to jeśli samotna matka albo niezamożna rodzina potrafi wychować dziecko na porządnego i pogodnego człowieka, umiejącego sobie poradzić w życiu.
Cud to jeśli mimo niewielkich dochodów ktoś umie tak zarządzać swoimi środkami, że nie wpada w pułapkę kredytową tylko żyjąc bez wyskoków i spokojnie, powoli spłaca jedyny kredyt, który zaciągnął, żeby gdzieś mieszkać i jeszcze umie sobie wygospodarować mini-fundusz na przyjemności i drobne radości.
Cud jest wtedy, kiedy umiemy wokół nas dostrzec, że świeci słońce, niebo jest błękitne, my jesteśmy zdrowi i mamy chęć do pracy i uśmiech dla najbliższych.
Cud jest wtedy, kiedy umiemy dostrzec, że mamy dach nad głową, co do garnka włożyć, nawet jeśli nie są to francuskie specjały, czym się okryć i co na grzbiet włożyć, bo dla bezdomnego to wizja nieskończonej szczęśliwości.
Cudem jest, że jako ludzie umiemy się przystosować właściwie do każdych warunków życia i dostosować nasze wymagania odpowiednio do posiadanych środków albo że umiemy w różnych warunkach te środki tak czy inaczej zdobyć.
Cudem jest, że mimo wszystko nadal tak wielu ludzi decyduje się dać życie dzieciom i dach nad głową psom i kotom.
I cudem jest to, że nadal jeszcze po 6,5 miesiącach zimy (sezon grzewczy) nie zwątpiłam tylko umiem z nadzieją oczekiwać na jej koniec.
Że świeci słońce dziś znów od rana, a śnieg topnieje.
Że mam zlecenia, że kot wrócił i śpi mi przytulony z tyłu do siedzenia.
Że kot się mniej gryzie.
Że ktoś o mnie wczoraj pomyślał i polecił.
Że wczoraj ugotowałam pysznego kalafiora i zrobiłam z córcią zakupy.
Że dziś rano już zdążyłam poćwiczyć!
Że zrobiłam sobie właśnie pyszną herbatę, a wczoraj udało mi się "zreperować" ekspres do kawy, a naprawa polegała tylko na zmianie kawy, bo poprzednia choć dobra i droga, niestety zapychała dysze i nie chciała się zaparzyć. Wystarczyło wymienić ziarna na inną tanią kawę, która mi została, a ekspres okazał się sprawny!
Że weekend spędziłam z moimi znajomymi, w tym z przyjaciółką której nie widziałam od roku i nagadałyśmy się do woli!
Że ... [mam jeszcze wiele takich stwierdzeń, ale dość o mnie!].
W ramach rozruszania naszego potencjału pozytywnego myślenia proponuję Wam niezobowiązującą zabawę na dziś!
Wymyśl 10 pozytywnych stwierdzeń w swoim obecnym życiu, z którymi z pełną odpowiedzialnością zgodzisz się na dziś!
Tylko 10 stwierdzeń pozytywnych!
Dla optymistów wersja maksimum - 20 stwierdzeń!
Ja umiem wymyślić między 30 a 40, a potem już się uśmiecham od ucha do ucha i mam tyle energii, że zabieram się natychmiast do roboty.

Możecie pisać w komentarzach albo na własnych blogach.
Jeśli napiszecie u siebie, zostawcie u mnie o tym wiadomość w komentarzu, ciekawa bowiem jestem niezmiernie, co też jest na Waszych Listach Pozytywów!
Zabawę ogłaszam za rozpoczętą :).
To jak, gotowi do biegu start!

niedziela, 24 marca 2013

Dla odmiany łąka, bzyczenie owadów i łąka

Nadal Cię pamiętamy Lato!
Wracaj!









p.s.
Samokrytyka: powtórzenie słowa "łąka" w tytule było całkowicie przypadkowe i zapewne odzwierciedla moje wielokrotne tęsknoty duszy za łąką :)

piątek, 22 marca 2013

W domu straszy

A co tam będziesz pracować - powiedziała kicia i położyła się tak:

W domu straszy
Kicia dziś nad ranem o 4.45 najpierw krzyknęła straszliwie, kiedy pogryzła sobie ogonek do krwi, a potem tuż po 5 rano chciała się bawić w rzucanie i aportowanie gumeczki i to koniecznie pod sypialnią córci.
Ja jednak poszłam spać, nie bacząc na głośne miauczenie.
Jeszcze dziabnęła się w ogonek znów nad ranem, spadając jednocześnie z parapetu. Wszystko po drodze na dół pochlastane krwią... po podłodze, po ścianach, zasłonki...
Jednym słowem teksańska masakra piłą mechaniczną wersja kocio-polska.

Byłyśmy wczoraj z kicią u lekarza, pani doktor tym razem pobrała próbki z okolicy jej ogona, tam gdzie ma te swoje podłużne pęknięcia skóry, żeby wykluczyć choroby i przybliżyć się do rozwiązania, co właściwie kotu jest.
Radziłam się, czy może to być jakiś grzyb, badanie wykaże, co to jest, póki co do środy przyszłego tygodnia jakoś musimy przeczekać.
Najgorsze jest to, że już wszystko się tak ładnie goiło, kot się uspokajał, poza witaminami doustnie smarowałam jej te miejsca ze strupkami na ogonie maścią z witaminą A i prawie wszystko było wygojone. Aż tu nagle znów się zaczął gryźć do krwi, czego nie robił od dość dawna.

Na szczęście mam gości w ten weekend, to pobędę sobie z Przyjaciółką, której nie widziałam około rok i bardzo się już zdążyłam stęsknić.
Muszę ich tylko uprzedzić o reakcjach kota, bo kiedy się gryzie przez cały dom rozlega się potężny koci krzyk, bardzo przeraźliwy.
I nigdy nie wiadomo, o której godzinie kot się wybudzi i znów się pogryzie ...
Jednym słowem w domu "straszy".
Cóż, chyba żeby się to wygoiło córcia właśnie złapała ją, żeby założyć kołnierz. Ale co z tego, skoro Kicia już sobie spoza kołnierza do ogonka sięga... Tyle tylko, że trochę się uspokaja.


Aktualności na szybko
Spędziłam wczorajszy dzień w biegu, odebrałam od ręki mój akt ślubu z wpisem o rozwodzie, co było potrzebne do uzyskania nowego dowodu osobistego. Dobrze, że się udało, bo termin ważności upływałby już jutro.
Złożyłam też zawiadomienie w Wydz. Działalności Gospodarczej, że zmieniłam dowód, a oni już zawiadamiają ZUS, GUS i US. To akurat mi się podoba, mnie pozostaje zawiadomić o zmianie bank.
Pogodowa śnieżna epopeja trwa, od wczoraj napadało chyba ze 20 cm śniegu, dziś rano razem z córką odśnieżałyśmy.
Szkoda, że z pracą tak sobie, mam całą stertę tłumaczenia dla budżetówki, ale zanim się z tego rozliczę, może już być wiosna pełną gębą, a do tego czasu z czegoś żyć trzeba.

Wiem, że mało pozytywny ten wpis, ale mimo wszystko staram się widzieć światełko w tunelu - bo jak będą badania, to trochę nas to może przybliży do wyleczenia zwierzęcia i mojego spokoju, który jest mi bardzo potrzebny. A tym samym do spokoju w domu, który ciężko zachować w takich warunkach.

A Wam spokojnego weekendu życzę!
Wasza iw

poniedziałek, 18 marca 2013

Prawie jak FBI

Poranek powitał nas dziś nie tylko oślepiającym słońcem i głębokim błękitem nieba.
To był TEN DZIEŃ!
Dzień, w którym wypełniłam MISJĘ SPECJALNĄ!
W tym dniu wystawiamy śmieci, które potem w ciągu kilku następnych godzin są odbierane przez firmę wywożącą odpady, jak się to fachowo nazywa.
Tym razem zawartość worka była szczególna, ale przekonać się o tym miałam nieco później.
Z samego rana radośnie poćwiczyłam, teraz już staram się od tego zaczynać dzień. Z lżejszymi ćwiczeniami się to nawet udaje.
Oczywiście potem był prysznic, szykowanie się i w trakcie ubierania, gdzieś tak w połowie spodni, dzwoni Córcia. I to nie raz, ale kilka razy. Jakoś dobiegłam, usiłując nie zabić się o nogawki i wysapałam do słuchawki: no co się stało?
- Mamuś, mój ulubiony pierścionek zgubiłam. I wiesz wydaje mi się, że ja go mogłam gdzieś koło tych śmieci, albo w nich zgubić, kiedy je dziś rano wystawiałam...
No tak, małe dzieci mały kłopot, duże dzieci - misja specjalna!
Nie powiem, że z pieśnią na ustach, ale jednak ubrałam się, bo stwierdziłam, że jednak warto przynajmniej spróbować.
- No dobra, zaraz obejrzę, ale żeby tak gmerać w śmieciach ...
- Mamo, ale jak on tam jest ... prawie płakała i bardziej zdecydowanym głosem dodała wreszcie.
- Gdybym wiedziała, że go tam upuściłam, to sama bym pogmerała!
Odłożyłam słuchawkę, ubrałam się i wyszłam sprawdzić, co tam w śmieciach gra.
Co gorsza po wyjściu zobaczyłam, że worek się kompletnie rozciął na pół i śmieci i tak spoczywały tam pod bramą takie porozkładane.
W tym momencie po raz kolejny podziękowałam sobie za wprowadzenie kiedyś zasady, że do wielkiego worka wyrzucamy zawsze mniejsze worki zawiązane na supeł.
Obejrzałam całość ostrożnie z zewnątrz, lekko rozchyliłam ale nic nie zauważyłam.
Poszłam do domu, ale ten rozdarty worek nie dawał mi spokoju.
Posiedziałam niespokojnie chyba z pięć minut, zaraz jednak znalazłam nadprogramowy worek, schowany na taką ewentualność w piwnicy i poszłam przejrzeć i przepakować śmieci do drugiego worka.
I na samym dnie, tuż pod ... no dobrze, nie powiem, nagle zabłysł ON!
Poczułam się i wyglądałam pewnie niczym Frodo, albo od razu Gollum.
A śmieci, no co, w końcu FBI też przeszukuje śmieci w poszukiwaniu dowodów, prawda? :)

Autoportret z kotem i mój wspaniały gość

Autoportret "Wiedźma z kotem"
Moje liczne próby pozowania i wykonania autoportretu wiedźmy z kotem, szczególnie na ramieniu i wykonania nam zgrabnej fotki na bloga zakończyły się niepowodzeniem.
Kot, owszem, nawet był spokojny, kiedy spokojnie mógł się myć na sofie, ale ja ciągle a to ustawiałam za krótki czas samowyzwalacza... dobiec i ustawić się w 2 sekundy to jednak za mało na dobieg i ustawienie...


a w 12 sekund - człowiek traci napięcie, robi się zbyt leniwy i zaczyna uskuteczniać miny albo po prostu nie da rady wyjść dość wiedźmowato...


Poza tym co to za portret z kotem, na którym kota praktycznie nie widać :).

Gość w dom, kot w dom
Za to w sobotę gość, który mnie odwiedził, mógłby sobie zrobić portret nawet z czterema kotami, a gdyby mój się chciał sfotografować, to nawet z pięcioma!
I podejście do kotów na w związku z tym wyśmienite, nie przypadkiem w końcu współtworzy jako Autorka (sprostowałam, bo poprzednio napisałam, że prowadzi, przepraszam) portal Świat Kotów.
Było świetnie, bo z moim gościem znamy się z blogów już jakiś czas i lubimy, ale nigdy wcześniej nie było okazji się poznać osobiście.
A tu jakoś tak parę tygodni temu zgadałyśmy się, wymieniłyśmy telefonami i obiecałyśmy sobie spotkanie przy najbliższej nadarzającej się okazji.
Zawsze mnie cieszą takie spotkania z blogerami, które w niczym nie odbiegają od spotkań z moimi przyjaciółmi w realu. A tak właśnie z nami było.
Jak tylko usiadłyśmy sobie, rozmowa popłynęła niczym swobodna rzeka, o sprawach poważnych i mniej poważnych, bez żadnych oporów i co tu będę długo opowiadać: było po prostu świetnie!
Gość nie skusił się na obiad, ale ciasto z kawą okazało się właściwym wyborem.
A jak mawia pewien mój znajomy - w kawie najważniejsze jest towarzystwo, w którym się ją pije.
Tak też było w tym przypadku.  Ponieważ spotkałyśmy się pod wieczór, czas minął nam niesamowicie szybko i Ela, Autorka bloga scenki, bo o niej mowa, zwróciła uwagę, że chyba już czas na nią.
Powiem szczerze, gdybym tylko mogła, spędziłabym z nią cały dzień albo jeszcze dłużej!
Dziękuję Ci Elu za odwiedziny i mam nadzieję na jeszcze niejedno spotkanie :)
Zdjęcia z Elą niestety nie mam, bo z wrażenia zapomniałam wyjąć aparat.

sobota, 16 marca 2013

Wiedźma ze mnie czy co?

*
Dowiedziałam się dziś o sobie rzeczy bardzo ważnej, z którą ciągle jeszcze nie jestem pogodzona, albo której sama sobie w środku się dziwię.
Po raz kolejny potwierdziło się, że jestem wiedźmą.
Szkoda tylko, że mi to w niczym za bardzo nie pomaga.
A raczej - nie zawsze pomaga.
Prędzej takie rzeczy przewiduję u innych, niż u siebie.
Ale cóż, może czas zacząć zwracać uwagę na przeczucia.
Wczoraj rano, wjeżdżając na parking w uliczce opodal bazarku miałam jakieś takie niejasne przeczucie, że to niedobre miejsce do parkowania, bo jak będę wyjeżdżać, to nie mam dobrego widoku na wyjazd, poza tym na ludzi wychodzących zza rogu budynku. I że łatwo by się tu można było z kimś stuknąć, mam na myśli że samochodem.
Zbagatelizowałam to przeczucie.
Tym bardziej, że innego miejsca nie widziałam, a musiałam iść do apteki w tym budynku, więc ustawiłam samochód i pomyślałam, że te moje przewidywania to jakaś bzdura, przecież parkuję tu tak często, a nic do tej pory się nie stało.
Załatwiłam zakupy i wsiadłam do auta, żeby odjechać.
Ruszyłam bardzo powoli, mimo wszystko trzeba swoje przeczucia sprawdzać.
...
I nic by się zapewne nie stało, gdyby inna pani nie postanowiła akurat wykorzystać tej samej uliczki do zawrócenia samochodu, oczywiście też wjeżdżając tyłem...
Dostrzegłam ją praktycznie dopiero w chwili, kiedy walnęła w mój tył.
Ona też mnie nie widziała, ale ewidentnie to ona była (i czuła się) winna, bo wjeżdżała tyłem w uliczkę, gdzie ja miałam zaparkowany samochód, i dopiero ruszałam.
I to ona powinna sprawdzić, czy nie wjeżdża przypadkiem komuś w kufer.
No dobra, ja też powinnam się lepiej obejrzeć, ale sytuacja była tak abstrakcyjna, po głowie przez cały czas chodziło mi, że to przewidziałam i nie miałam czasu się zastanawiać, czyja to wina.
Huk był spory, zawsze jest, bo kilka razy w życiu się stuknęłam lekko w ruchu.
W każdym razie myślałam, że mam rozwalony zderzak! I pół tyłu na dodatek.
Ale okazuje się, że obie miałyśmy niesamowite szczęście.
Po obejrzeniu samochodów na żadnym zderzaku (bohatersko przetarłyśmy ręcznie jeden i drugi brudny jak nieszczęście od zimowej chlapy), stwierdziłyśmy, że nie ma śladu, a przynajmniej nic nie widać.
Pani jeszcze raz bardzo mnie przeprosiła, i obie w sumie z ulgą odjechałyśmy w siną dal....
Zobaczymy, co wyjrzy spod brudu po umyciu samochodu.
A ja chyba od dziś będę lepiej sprawdzać swoje przeczucia i postaram im się bardziej ufać.

*A jak wiedźma to oczywiście z kotem. Nie mogłam znaleźć żadnego zdjęcia z moim czarno-białym, więc się posłużyłam moim zdjęciem z kotem koleżanki, zrobionym w 2009 r.

piątek, 15 marca 2013

Chory, chorszy, trup

Pamiętacie jeszcze to stopniowanie przymiotnika chory?
Jestem chyba w fazie pierwszej z chwilowymi stanami polepszenia.
W każdym razie mam nadzieję, że chociaż jestem stabilna.
Oj tak, naoglądało się seriali i filmów medycznych, to teraz się ma.
A może w ogóle sobie wmawiam, że jestem chora?
Coś mnie od kilku dni a to w nosie kręciło, a to w głowie bolało.
Dziś wstałam z poczuciem osłabienia i myślą już wędrowałam do doktora.
Ale postanowiłam się nie dać i przynajmniej wcześniej poćwiczyć. Udało się, zrobiłam na spokojnie serię pilates i poszłam, ale na zakupy.
Wprawdzie rewelacji nie ma, ale przynajmniej mięsko na obiad kupiłam i mam zamiar zrobić pieczeń, bo mam dziś Gościa, który przyjedzie do mnie prosto z parugodzinnej podróży.
I przecież będzie głodny i nakarmić trzeba.
To, że ja się katuję dietą, to nie znaczy, że gości również, zatem coś do kawy też dokupiłam.
Wykupiłam też leki, żeby mieć coś w razie gdyby mnie ta franca przeziębieniowa wykosić chciała na poważnie, zapomniałam jednak o witaminkach dla kota, więc dokupię jutro.
Czeka mnie pracowita sobota i niedziela, więc postanowiłam sobie odpuścić dziś pracę.
Tym bardziej, że i tak mi czasowniki z rzeczownikami i rodzajnikami przed oczami tańczą, jak na tekst patrzę i nie tworzą w moim mózgu żadnego logicznego obrazu.
Czyli - choroba objęła mózg!
Oby to nie był toczeń, podpowiada mi w głowie Dr House, chociaż to nie są halucynacje.
Oby też nie była to żadna inna interesująca nad podziw choroba, którą leczy pan doktor, strasząc swoich pacjentów przeróżnymi technikami i zmuszając do opowiadania o najintymniejszych sprawach skrywanych nawet przed własnym kotem i psem.
No więc siadłam do komputera i postanowiłam chociaż posta napisać, żebyście nie myśleli, że ja tak z nudów się tu obijam, albo ćwiczę 24 ha na dobę.
A tu niespodzianka, bo z dworu przybiegł kotek, zjadł i wtulił mi się za plecami.
To dość podstępna taktyka, bo człowiek przygwożdżony kotem z przodu bądź z tyłu najczęściej wymyśla milion przeszkód, dla których "przecież nie może wstać". To jeszcze lajcik, ale wytłumaczcie mi, dlaczego chyba każdy miłośnik kotków zniesie bez słowa sprzeciwu a właściwie to nawet z uśmiechem dreptanie kotka połączone z mruczeniem po pełnym od moczu porannego brzuchu (własnym nie kocim). Przywodzi mi to na myśl, że być może ci ludzie, którzy zapraszają do swojego życia koty (właściciel kota brzmi jakoś tak nie bardzo, każdy koci pan wie, o czym mowa, a przyjaciel czy miłośnik kota nie wskazuje na bliższą z kotem zażyłość), są w jakimś stopniu masochistami?!
No ale sami powiedzcie, jak tu się oprzeć takiemu kotu w butach?
Pewnie trochę nabredziłam, w dodatku nie opowiedziałam Wam jeszcze jednej historii, która mi się dziś przytrafiła, ale przecież mogę ją opowiedzieć jutro.
To tyle na dziś, bo jednak się zmobilizuję i wstanę wstawić obiad.
Odpocznijcie w weekend, a ja popracuję.

czwartek, 14 marca 2013

Pierwszy miesiąc ćwiczeń - podsumowanie

Post o ćwiczeniach powinien być entuzjastyczny, ale kto szuka entuzjazmu znajdzie go do woli u tych wszystkich wspaniałych amerykańskich trenerów osobistych! U mnie to wszystko przebiega nieco spokojniej, ale efekty też są, więc postanowiłam się z Wami podzielić wrażeniami z miesiąca moich ćwiczeń.
Ten post właściwie miał powstać  już wczoraj, ale zatopiłam się w pracy tak kompletnie, że nie byłam w stanie zrobić nic.
Za to wieczorem, po całym dniu pracy, zakupach, odśnieżaniu, na miesięcznicę po raz pierwszy zrobiłam sobie sesję z Ewą Chodakowską pod nazwą skalpel.
Udało mi się dotrzeć do tego ćwiczenia, zanim je zdjęli z YT.
Teraz pewnie trzeba go ściągać przez chomika. Ale to szczegół!
Szukajcie, a znajdziecie!
Uczciwie ściągnęłam też cały zestaw ćwiczeń z Jillian Michaels i zamierzam go użyć!
Internet jest pełny fajnych zestawów ćwiczeń, po niedużej rozgrzewce można próbować właściwie prawie wszystkiego. Poza tym różne ćwiczenia dostępne są już w sprzedaży, na płytach DVD.
Ale nie oszukujmy się, łatwo nie jest. Trzeba jednak co najmniej 3 razy w tygodniu założyć strój treningowy i wykonać serię ćwiczeń, która przybliży nas do ideału :).

Początek treningów
Moim początkiem była płyta od Mags, o której już Wam pisałam, zawierająca niezbyt trudne ćwiczenia pilates wg Raela Isaacowitza, tzw. system 17.
Teraz już piszę "niezbyt trudne", ale kiedy zaczynałam, szczególnie ćwiczenia na mięśnie brzucha sprawiały mi ból, niektórych nie byłam w stanie wykonać całkowicie, innych do końca, a jeszcze innych prawidłowo.
Nie poddałam się.
Ćwiczę co najmniej po 5 razy w tygodniu, przeważnie staram się robić to codziennie.
Pilates był moim towarzyszem w całej tej podróży od samego początku.

Chwila prawdy I
Po jakichś dwóch tygodniach urządziłam sobie sesję foto, która była moją CHWILĄ PRAWDY.
Ukazała mi się cała prawda o mnie, czyli wszystkie miejsca na moim ciele, które wprawdzie ubierając umiem zatuszować, ale też których pokazywanie powoduje, że się wstydzę, wstydzę, że się tak zapuściłam.
Ale przecież te wszystkie miejsca tak naprawdę przy chęci i pracy można przecież ukształtować inaczej!
Wiem, że wiele z Was ostatnio zaczęło ćwiczyć.
Wiecie więc dobrze, że czasem człowiek nie tylko sapie, zdycha, poddaje się na chwilę, albo wręcz płacze z wysiłku i niemocy.
Ale zawsze samopoczucie po zakończeniu ćwiczeń wynagradza nam wszystkie cierpienia!
Póki co nie dorobiłam się zakwasów, bo trenuję ostrożnie dawkując sobie ruch i ćwiczenia.
Czuję się dziwnie po solidnej dawce ruchu, odnotowuję coś, jakby mój organizm nie dowierzał jeszcze, że mu to robię. Rano jakieś lekkie bóle karku, a to mięśni.
Ale po rozruchu i kawie wszystko ustępuje i czuję się normalnie.

Zmiany
Zmiany notuję, ale nie codziennie, chociaż codziennie je odczuwam.
Waga u mnie jeszcze oporna, właściwie się nie zmienia, nawet na początku trochę podskoczyła, bo byłam po ćwiczeniach głodna. Ale potem stanęła w miejscu, a od paru dni waha się - trochę w dół, trochę w górę, zależy od menu.
Z wagą to nic dziwnego, pilates nie powoduje spalania tłuszczu, tylko rozciąga i wzmacnia mięśnie.
Ale i tak dostrzegam te zmiany gołym okiem.
Talia - zaczyna być widoczna bez podkreślania paskiem.
Brzuch - kiedy siedzę nie mam już przed sobą fałdy wielkości wypasionego kilkukilogramowego kocura, tylko trochę normalnych przy takiej wadze fałdek, które też na spokojnie umiem wciągnąć z brzuszkiem.
Ramiona - nad tym będę musiała ostro popracować, bo jak się okazało pisanie na komputerze zupełnie nie wzmacnia górnej partii mięśni i obręczy barkowej.
Plecy - co ciekawe, mimo sporej oponki pilates pozwolił mi wyrobić sobie całkiem nieźle mięśnie pleców. Kiedy popatrzyłam na zdjęcia z drugiej, wczorajszej sesji foto, moim oczom ukazała się czysta prosta linia kręgosłupa wyrzeźbiona wyraźnie wśród niezbyt jeszcze wysportowanych pleców.
Ale pozytywy trzeba zauważać i efekty odnotowywać, toteż się tym dzielę.
Nogi - właśnie na nogi jeszcze miałam za mało ćwiczeń, więc zmiany na razie są mało widoczne, a przynajmniej nie gołym okiem. Chociaż jakby uda i pupa lepiej mi się układają w spodniach, mimo braku zmiany w centymetrach i wagi.

Dieta
Jak w każdym porządnym programie zmiany sylwetki i u mnie musiała się zmienić dieta.
Dietę wprowadziłam jak już sporo poćwiczyłam, czyli praktycznie dopiero od 4 dni.
Nie zrobiłam tego od razu, bo miałam nadzieję, że same ćwiczenia pomogą, a jadłam nie więcej, niż zwykle, jak zwykle praktycznie bez słodyczy. Ale widać to było za mało.
Postanowiłam na razie ograniczyć niemal do zera węglowodany.
Pozwalam sobie na razie jeszcze tylko na: musli z jogurtem, pestkami słonecznika i 4 śliwkami suszonymi dziennie. Jadłam też ryż, ale skoro waga nie drgnęła, to na razie z niego też zrezygnowałam.

Na moim talerzu ląduje więc:
Białka
wszelka ryba, sery, szczególnie białe najwyżej półtłuste, wybrane wędliny, mięsko własnego przyrządzania (gotowane, pieczone), niestety nie umiem sobie odmówić serów żółtych, a czasem sera korycińskiego
Warzywa
Najchętniej seler naciowy, pomidor, jak dorwę tanią paprykę to też, czasem ogórek, za to codziennie cebula, najchętniej czerwona,
Suplementy
Witamina kompleksowa, otręby dorzucane do sera itp. i inne witaminy, jeśli czuję taką potrzebę
Owoce
Jadam, ale w małych ilościach, czasem 1-2 pomarańcze dziennie, czasem 1 duże jabłko

Najadam się,  czyli jem do syta posiłki złożone z powyższych produktów, bo nie mogę chodzić ani tym bardziej nie umiem pracować głodna, o czym pisałam tutaj.
Może o czymś zapomniałam, bo nie jestem w tym tak systematyczna, nie przepadam za liczeniem kalorii, a w pracy mam dość ponurych obowiązków, żeby jeszcze się obciążać w życiu prywatnym liczeniem.
W sposób naturalny jem co jakieś 3-4 godziny, chyba wychodzi mi 4, czasem 5 posiłków dziennie.

ZERO CUKRU I JAKICHKOLWIEK SŁODZIKÓW!
Absolutnie niedozwolony jest cukier w postaci jakiejkolwiek, chwilowo nawet miód i gorzka czekolada poszły w odstawkę. Trochę mi ich brakuje, ale jabłka też są słodkie. W sumie na tym etapie powinnam nie jeść owoców, bo za dużo w nich słodyczy. Ale jeszcze nie jestem w stanie.

EFEKTY
Waga nie rośnie, leciuteńko drgnęła w dół, ale wiem, że na ten efekt przyjdzie mi poczekać, bo ani ćwiczenia, ani dieta nie są zbyt rygorystyczne, a na bardziej rygorystyczne mnie jeszcze przy tej zimie i tym obciążeniu nie stać, choć to wielka szkoda.

Jeszcze raz podzielę się widokiem kalendarza ćwiczeń, aktualnego na wczoraj.

Tak wygląda zamknięcie miesiąca.
Zdjęcia zrobione były podczas naszej pierwszej zeszłorocznej wyprawy  rowerowej po okolicznych lasach.

Wtedy wyglądałam lepiej niż dziś. Chociaż nie jest jakoś o wiele gorzej.
Postanowiłam jednak, że ma być o wiele lepiej!
Tym podsumowaniem kończę opis pierwszego miesiąca ćwiczeń.
Sama zaczynając nie byłam pewna, że uda mi się wytrwać.
Dziś już mam potrzebę ćwiczenia, ona z powrotem wróciła, jak potrzeba czytania dobrych książek, wdychania świeżego powietrza i przytulania się do kochanych ludzi. :)
I raczej już nie zniknie z mojej listy potrzeb!

środa, 13 marca 2013

Kocia kąpiel

Biedna kicia.
Przyniosła dziś nawet do domu wróbelka, a niedobra pani ją potem cap za frak i do wanny!
A ona przecież tylko trochę pachniała czymś, przez co przeszła podczas polowania (skunks przy niej pachniał ładnie!)





Tuż po kąpieli i po pierwszym wycieraniu kot faktycznie wygląda niezbyt dumnie.
Potem ją zawinęłam w ręcznik i przytuliłam na dłużej, biedna cała drżała i warczała na mnie.
Bałam się, że się obrazi na dłużej, ale na szczęście zwierzak mało obrażalski jest i już ufnie z powrotem lezie do mnie.
Piesio też nie przepada i też się boi, chociaż zawsze staramy się myć go łagodnie, sprawdzamy temperaturę przed polaniem i nie lejemy wody do oczek.
A on i tak czuje się ukarany, tak samo, jak dziś Mozart.
A jak Wasze zwierzaki znoszą mycie?

wtorek, 12 marca 2013

Rzuciłam się

Rzuciłam się całą sobą z pełną energią za zalegającą od pewnego czasu pracę.
Wreszcie znalazłam na nią sposób i zamierzam wykorzystać całą energię do skończenia tej pracy i unormowania nieco mojej nadszarpniętej remontem sytuacji.
Ucieszę pewnie niektórych tym, że dam Wam od siebie odpocząć i już nie będę wrzucać codziennie nowych postów, chyba że zajdzie jakaś niezwykle ważna potrzeba, żeby się czymś z Wami podzielić.
Poza tym mam niejakie wrażenie, że ostatnio trochę przynudzam.
No dobrze, mogłabym codziennie pisać o tym, jak fajnie jest ćwiczyć i coraz lepiej wyglądać, ale też nie chcę Was tym aż tak zanudzać, poza tym postępy są, ale nie aż tak błyskawiczne.

To na razie, ja do pracy:

 Może uda mi się porobić chociaż jakieś ciekawe zdjęcia...
 Poza tym jednak będę siedzieć w papierach.
 A kotek będzie się bawił...
Piesio będzie wyglądał przez okno balkonowe...

A ja Wam będę życzyć udanego tygodnia!
Wasza iw