Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

środa, 31 grudnia 2014

Szkolenie na temat pierogów

Wczoraj spotkałyśmy się z córcią przy okazji podwożenia tłumaczenia do klientki do centrum.
Nie widziałyśmy się w święta, bo ja byłam wyjechana, ale miło było ją znów wreszcie zobaczyć i ucałować. W drodze powrotnej szukałyśmy pierogów, ale nigdzie na naszym bazarku już ich nie było, a nie chciałam kupować przemysłówki, zdecydowanie preferuję wyroby własnej produkcji!
Ten post będzie więc pod znakiem pierogów, jeśli ktoś jeszcze nie umie, można się nauczyć, jak je zrobić.
Przedstawiam przepis na PIEROGI RUSKIE!

A na pierogi wszyscy mieliśmy wielką ochotę, jak się okazało.
Córcia popatrzyła na mnie i spytała tylko: 
C. - Masz mąkę i ziemniaki? No i jeszcze cebulę?
J. - Mam - mówię.
C. - No to zrobimy same. Będą ruskie.

piątek, 26 grudnia 2014

Wigilia, pierwszy i drugi dzień świąt tak spokojnie i normalnie

Mieliśmy gorący czas oczekiwania na święta. Potem Wigilię. A teraz nie wiadomo kiedy zrobił się drugi dzień świąt.
Czas spędzony w Wigilię z jego rodziną wspominam bardzo miło.
Tylko zwyczaje są zupełnie inne od naszych. Tutaj na Wigilię zaproszono nas do stołu, gdzie czekał na nas pyszny tort czekoladowy z wiśniami i inne słodkości. Do tego kawa, lub herbata.

sobota, 20 grudnia 2014

Z okazji świąt pozdrowienia z Bremerhaven

Z okazji świąt pokażę Wam jak wygląda u nas w miasteczku Bremerhaven nasz jarmark bożonarodzeniowy czyli tzw. Weihnachtsmarkt. Nie udało mi się jeszcze sfotografować wszystkiego, ale tu widać klimat.


piątek, 19 grudnia 2014

Szybki wpis: ekspresowa kuracja

Jeszcze wczoraj rano byłam totalnie osłabiona, nie przesadzę, jeśli napiszę, że czułam się jak wyżęta ścierka. A tymczasem już pod wieczór było całkiem nieźle.
Rano jeszcze leczyłam się normalnymi lekami, czyli tabletkami od bólu głowy, lekiem na przeziębienie Grippostadt (dwie dawki) i leżeniem w łóżku, przy czym pracować musiałam, więc się spięłam i zrobiłam jeszcze spore tłumaczenie, które właśnie po dzisiejszej korekcie odesłałam do Klienta.
Po południu jak wiatr wpadł Mikael z torbą warzyw: seler, cebulka, por, marchew. Skroił je do garnka, dodał trochę przypraw i rosołku (tutaj sprzedają taki gotowy w słoikach z fragmentami mięska z kurczaka) i podał mi tę pyszną zupę z niezbyt rozgotowanymi warzywami zaraz na gorąco. Zjadłam z wielką przyjemnością dwie porcje, bo przez cały dzień nawet jeść za bardzo nie miałam siły. Potem jeszcze mój chłop przygotował mi kąpiel odprężającą w olejkach aromatycznych.
Do tego dużo przytulania i powiem Wam, że już dziś jest ze mną całkiem nieźle.

czwartek, 18 grudnia 2014

Podróż, nareszcie razem, przeziębienie i kuracja, czyli moja świąteczna tradycja

Od przyjazdu do Niego jestem nieustannie zadowolona. Wyjątki od tej reguły są nieistotne, bo po pierwsze nikt nie jest niczemu winny, a po drugie to właśnie w chwilach konfrontacji naszych inności poznajemy się lepiej.
Odpoczywamy, ćwiczę, dbam o siebie, a każdą chwilę wolną od pracy jego i mojej spędzamy razem, na spacerach albo na bardzo wygodnej kanapie.
Niestety chyba zaatakowały mnie zarazki jego kończącego się a trwającego od tygodnia przeziębienia. Na te cholery się jeszcze nie uodporniłam. A szkoda, bo czeka na nas jeszcze okoliczny jarmark bożonarodzeniowy, przez który wczoraj przemknęłam, idąc z punktu A do punktu B.
Zdjęć nawet żadnych nie porobiłam, te które Wam pokażę wysłał mi przed paroma dniami Mikael. Jakość niestety pozostawia nieco do życzenia, ale były robione komórką w nocy.

niedziela, 14 grudnia 2014

Przygotowania przedświąteczne w toku

Nie wiem, jak dla innych, ale dla mnie w świętach najważniejsze jest to, z kim jest spędzam.
Wysilać się na spotkania z całą rodziną, która od lat nie wie nawet gdzie mieszkam i podejrzewam, że wspomina tylko po to, żeby ponarzekać lub pozazdrościć, ani w latach ubiegłych, ani w tym roku nie zamierzam.
Moją najbliższą rodziną jest moja mama, córcia i mój mężczyzna. I zwierzaki oczywiście. I to z nimi spędzam święta, bo to właśnie według mnie czas dla tak rozumianej rodziny.
Do rodziny zaliczam też nadal moich teściów, bo rzadko się zdarzają na świecie tak wybitnie wzorowi teściowie, z którymi nawet po latach po rozwodzie ma się tak szczerze i życzliwe stosunki.
Zawsze składam im życzenia, a oni mnie.
W ubiegłym roku po raz pierwszy spotkałam i odrobinę poznałam rodzinę mojego mężczyzny, w tym roku spędzimy pewnie z nimi chociaż kilka godzin podczas świąt. Na to spotkanie już się cieszę. Najbardziej cieszę się oczywiście na spotkanie z Nim.
W domu na posterunku zostaje mama, pies i kot, więc zwierzaki też nie będą same, a święta lub kilka godzin podczas świąt spędzą razem z moją córcią i rodziną jej chłopaka. Potem my też wracamy i dołączamy do spokojnych spotkań rodzinnych.
W planach nie mam gotowania dla armii wojska, a wysprzątam dom tak jak zwykle, to wystarczy. 
W tym roku nie będę też ustawiać choinki, może zrobię jakieś dekoracje, ale w tej chwili to nie ma dla mnie aż takiego znaczenia.
Te święta są prawdopodobnie ostatnimi spędzanymi w tym domu, a więc pojawia się w naturalny sposób wiele refleksji i przemyśleń.

piątek, 12 grudnia 2014

Skupiona

Mam przed wyjazdem na święta do załatwienia jeszcze kilka spraw, dlatego siedzę w domu głównie skupiona na "SPRAWACH".
SPRAWY są liczne, ale mają szansę na zakończenie przed końcem roku. Przynajmniej większość z nich. A pozostałe, te zupełnie mi do życia niepotrzebne - w styczniu.
Te potrzebne sprawy urzędowe rozpoczną się w styczniu i pewnie w tymże miesiącu zakończą, rozpoczynając pewien proces, który mam nadzieję, że zakończy się najpóźniej w połowie przyszłego roku.
Skupiam się, bo sporo mam tego do ogarnięcia, zmiany w firmie, sprzątanie w domu, żeby przed wyjazdem chałupę pod opieką mamy zostawić w jako-takim stanie, ostatnie zabiegi kosmetyczne przed świętami i zakupy, może jakieś drobiazgi uda mi się jeszcze kupić na prezenty, ale to nie prezenty stanowią najważniejszy element tych świąt.
Jestem wyciszona, choć nadal skupiona na tym, co jeszcze przed wyjazdem koniecznie muszę załatwić. Bo bez tego spać tam nie będę, będą mnie męczyli śniący mi się w nocnych koszmarach urzędnicy i będę wiedziała, że po powrocie pierwszą rzeczą, za którą się będę musiała wziąć, będą właśnie SPRAWY.
Tak więc kończę tego nieco męczącego posta i siadam, żeby dokończyć skutecznie i jak najlepiej to, co zaczęłam. 
Przede mną las spraw, ale moja droga przez ten las póki co wydaje się być wytyczona.


Miłego weekendu Wam życzę!
Skupiona iw

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Mama i ja, czyli co może wyniknąć z sytuacji, kiedy łapie się pchłę gołą ręką

Bohaterki poniższego dialogu to Mama i ja.
Spisana poniżej słowo w słowo rozmowa odbywała się za pośrednictwem SMS-ów.
Osoby:
Ja: lat czterdzieściitrochęponadto,
Mama: lat gruboponadsześćdziesiątprawiesiedemdziesiąt.

Wczoraj późno w nocy, kiedy mama już spała wysłałam jej SMSa.
Ja:
- Kotek ma pchły. Znalazłam jej dziś jedną za uchem i ubiłam, ale ciężko było, bo to ruchliwe. Jutro muszę oba zaprowadzić do wetki i odpchlić świątecznie.

Mama odpisała zaraz po wstaniu rano:
- Chyba jedną pchłę mi użyczyła, bo już 3 razy coś mnie ujadło. Czy ja też kwalifikuję się do odpchlenia?

Ja:
- Zapytam o preparat w twojej kategorii wagowej.

Mama:
- To będzie majątek! :)

Ja:
Idę za godzinę. To jaka aktualna waga?

Mama:
58,5 średnia

Ja:
To jak większy owczarek ... będzie.
A kiedy wpadniesz na aplikację?

Mama:
Teraz idę odebrać komputer od informatyka, potem do (imię wnuczki/mojej córki) i do domu (przegląd instalacji). :)
A więc aplikację odłóżmy. HAU

Ja:
Didaskalia: [trzymając na smyczy wyrywającego się piesia a na ramieniu torbę z wiercącym się kotkiem]
- Dm
[wysłało się samo, nawet nie wiem kiedy, bo pies ciągnął za smycz a kicia miauczała, że co to za porządki, że się jej wolności pozbawia i w ciasnej torbie zamyka]
[po chwili]
- Hau

Mama:
Dm. To był trudny test na inteligencję dla seniorów. Nie przeszłam go. HAU

Ja:

- Ciężko się pisze z nimi oboma. Idziemy od Pani wet do domu.

Mama:
Daję ci spokój bez odbioru. :)

Ja:
A szkoda :)

Autorka posta po tym wszystkim w figlarnym i głupkowatym nastroju zaczęła się fotografować..., żeby zdjęcie jakieś wybrane Ukochanemu przesłać.
Oto jedno z najlepszych zdjęć tego dnia:
KURTYNA!

Po troszeczku

Po troszeczku chcę zmienić swój tryb życia. Ta praca, w której byłam jeszcze miesiąc temu wymusiła pewną regularność godzin wstawania i chodzenia spać.
A ostatnio chodziłam spać tak późno, ze już zaczęłam wyglądać jak zombi.
Dość tego.
I dość braku ruchu i nadmiaru stresów. 
Biorę się zw siebie.
No i mi się post nieoczekiwanie prawie sam z braku doświadczenia opublikował przez komórkę. 
Nie będę płakać, widać tak miało być :). Już zaczynam zmieniać bez zbędnych słów. 
I ze zwierzyną jutro do weta muszę,  bo dziś pchle na kici złapałam...

A na dziś dobranoc.
Do jutra
Miłego tygodnia Wam życzę! 

sobota, 6 grudnia 2014

Fenomen Stardust

Za mną dobry, choć dość trudny tydzień, wyzdrowiałam w międzyczasie i załatwiłam mnóstwo ważnych dla mnie spraw. Ale teraz chcę napisać, że przed chwilą właśnie przeżyłam wielka radość podczas czytania posta Star z tego, że Star jest Perfekt! :)
I to właśnie ona będzie bohaterką mojego dzisiejszego posta.
Po tym, jak wyzdrowiałam, jeszcze przez kilka dni ciągnęło się za mną osłabienie. Oczywiście każdy z nas przeżywa najbardziej swoje sprawy i czasem zapomina, że inni w tej chwili mają o wiele trudniejsze wyzwania.
Dlatego właśnie czasem trzeba się o tym dowiedzieć z pierwszej ręki. I dobrze, że nareszcie pojawiła się Osoba, która tak właśnie pisze o swojej przygodzie z rakiem. Tak, tak właśnie napisała!
Z tego, co i jak już od paru lat pisze Wspaniała Perfekcyjna Star mogę się jednak nauczyć o wiele więcej, niż ze wszystkich podręczników motywujących, które przeczytałam kiedykolwiek w życiu.
No imponuje mi ta Wspaniała Kobieta naprawdę za każdym razem swoim podejściem do życia.
Poza tym inspirujące i zaraźliwe jest Jej poczucie humoru.
I chciałabym być taka jak ona, jak dorosnę, jak napisała jedna z komentatorek na jej Blogu pod tym postem.
Myślę, że powinno się pisać o swoich natchnieniach i inspiracjach, o swoich wzorcach postępowania.
Dla mnie takim żywym wzorcem jest Star. Żałuję, że nie mieszkamy bliżej siebie, bo chodziłabym do Niej jak najczęściej, żeby zbierać te Jej inspiracje na bieżąco.
Jak dobrze, że mieszkająca w Nowym Jorku Star postanowiła chociaż pisać bloga i że dzięki temu się dowiedziałam o Niej i o Jej sposobie na życie. Mogłabym napisać tu list pochwalny o Jej podejściu do życia, w którym dzięki blogowi wielu z nas uczestniczy już od dawna. Mogłabym chwalić jej liczne zalety, teraz nawet mogłabym narysować jej laurkę i właśnie to rozważam... nawet już przygotowałam kredki...
Ale nie mogę już więcej pisać tych pochwał i w ogóle, nie mogę też za bardzo chwalić Star, która i tak powie, że to co robi, jest normalne, bo jeszcze zjebkę bożonarodzeniową dostanę. :)
Więc powiem tylko: Star jesteś wielka!
Chciałabym mieć takie wspaniałe podejście do siebie samej i do reszty świata, jak Ty. W większości mam, ale czasem mi jeszcze brakuje Twojego luzu i o wiele za często brakuje mi Twojego poczucia humoru. Niestety moimi przeciwnikami są najczęściej urzędy w PL i tam poczucie humoru, jak widzę, mało się liczy. Ale może nie mam racji i może trzeba spróbować.
I w tym duchu postaram się zakończyć ten rok i rozpocząć nowy i wszystkie kolejne.
Do wszystkiego, co nas otacza i czasem gnębi, można podejść w sposób martyrologiczny i narzekać, ile wlezie.
Albo warczeć na cały otaczający nas świat i wszystkie trudności, z którymi przychodzi nam się mierzyć dzień w dzień.
Albo walczyć z przeciwnościami z cierpieniem na gębie i zacięciem w głosie, narzekając że to wszystko nas spotyka.
Albo walczyć, czasem obśmiewając, ale generalnie czując się pokrzywdzonym przez los, przez to, co nas spotyka. Nie ukrywam, że sama często tak myślę.
A Star wybiera uśmiech, życzliwość dla świata i ludzi, poszanowanie przede wszystkim siebie i swojego spojrzenia na świat i zdrowe podejście do ludzi i tego świata, doceniając życie, które ma.
Powiem krótko: ja też tak chcę!
I cieszę się razem z Tobą z Twojej perfekcyjnej diagnozy jak wariat moja Idolko!

wtorek, 2 grudnia 2014

Zarazki w ataku, czyli post z pozycji horyzontalnej

Czy też tak macie, że czasem nawet do końca nie jesteście świadomi, jak ważne decyzje właśnie podejmujecie i że wpłyną one na resztę Waszego życia? To właśnie taki moment u mnie. Niby głowa wie, co robi i robi to dobrze, zasięgając ważnych opinii, przeliczając, sprawdzając różne przepisy i dokumenty. Dusza jednak jeszcze nie bardzo wie, gdzie jest. Ważne, że serce jest pewne, dla kogo bije. :) Ten dysonans odbija się na stanie ciała, które ledwo dycha i próbuje złapać tchu na ostatnich metrach wyścigu, ale nie bardzo może, bo ciągle jeszcze jest rozpraszane kolejnymi rzeczami do załatwienia. W takiej chwili może pomóc tylko odprężenie, podsumowanie spraw na papierze, żeby być bardziej świadomym tego, co się dzieje, i próba okiełznania i załatwienia spraw, które jeszcze na załatwienie czekają. Potem przychodzi zbawienny cudowny spokój. Bardzo już za nim tęsknię...

Za mną sporo ważnych decyzji, przede mną ważne życiowe zmiany, które już są w trakcie. Na razie nie mają one większego wpływu na bloga, więc nie ma jeszcze o czym na tym forum mówić.
Niestety kiedy dużo się dzieje, bywa że z emocji na krótko zwala mnie z nóg osłabienie, częściej i łatwiej się przeziębiam.
Tak się stało i tym razem. Nie ukrywam, że ostatnio często moje jedzenie nie należało do zdrowych.
W dniach, kiedy miałam podejmować jedne z najważniejszych decyzji tego roku potrafiłam przeżyć na musli pół dnia, a potem doprawić się torcikiem wedlowskim z kawą. Swoją drogą mniam, ale teraz precz te powiększone wałeczki na bioderkach! 
Od wczoraj moja dieta wraca do normy, czyli jem już zdrowo, słodyczy w ogóle, ale nie mam jak się poruszać, bo wirus, który mnie dopadł, totalnie zwalił mnie wczoraj z nóg. Dziś już trochę lepiej, bo zastosowałam skuteczne leki na przeziębienie, ale nadal czuję się byle jak. Czyli moim miejscem pracy jest jednocześnie miejsce odpoczynku: wersalka. Pod głową ciepłe podusie, na sobie kocyk, a wczoraj były nawet na raz dwa w porywach do trzech, tak mnie wzięło choróbsko.
Dziś już jest lepiej, więc wystarcza jeden kocyk.

piątek, 28 listopada 2014

Listopadowy chmurny dzień a jednak ze słońcem w klapie

Właściwie to dziś od rana chodzę trochę jak na haju, nie wiem od czego, myśli rozproszone do niemożliwości, wzrok błędny, suknia plugawa, no dobrze, dżins na przemian z dresem i bluza w stanie czystym. Za oknem szaroburo, taki sobie listopadowy dzień, w którym właściwie każda rzecz wygląda nieciekawie i mało interesująco.
Byłam już poważnie gotowa napisać strasznie smutnego o tym, jak to mi ciężko ze wszystkim, ile mam spraw na głowie i że się martwię, dlaczego jeszcze nadal nie mam konkretnego ułożonego planu na wyjazd, ani nawet pomysłów na prezenty dla Niego i Jego rodziny, z którą w tym roku spędzę święta Bożego Narodzenia. Ale nie boję się. Jestem dorosła, oni też. Spotkałam ich raz i było bardzo sympatycznie, więc będzie i tym razem, a może nawet lepiej.
Mogłabym pomarudzić nawet na to, że jeszcze nie mam zmienionych opon na zimowe, ale już na jutro po południu mam termin w warsztacie.
Mogłabym ponarzekać, że na zdjęciach ostatnio za mało mnie i nie mam ich zbyt wielu, ale moi kochani najbliżsi bardzo się starają. A że wychodzę na zdjęciu niczym kobieta bez twarzy, to przecież już wypadek przy pracy w niczym nie umniejszający ich zdolności! :)
Zdjęcie autorstwa mojej córci, zrobione ostatnio na mojej wsi.
Tytuł roboczy "Kobieta bez twarzy".
Gdybym chciała, oczywiście dałoby się znaleźć powód do narzekania.

czwartek, 27 listopada 2014

Kocie i psie zasypianie

Od dawna planowałam, że kupię Kici takie łóżeczko, i jak widać pomysł zaskoczył.
Kiedy je wstawiłam do pokoju obok pieskowego materaca, nastąpiło najpierw tłumne obwąchiwanie przez piesia i koteczkę wspólnie. Potem koteczka obwąchiwała dalej już sama... Wstawiła łapki, a nosek pracował, oj pracował.
Wyszła jeszcze na chwilę na dwór, a kiedy wróciła, zjadła i wybiegała się, podeszła do swojego zwykłego miejsca na sofie, w którym zasypia wieczorami przy mnie, kiedy oglądam telewizję.
No to ja szybciutko położyłam w tym miejscu to jej nowe łóżeczko. Nie wiedziałam, jaka będzie reakcja, ale była wielka radość, jeszcze raz obwąchiwanie, potem gryzienie i drapanie ze wszystkich stron, takie radosne wgryzanie się w nowe miejsce. Po czym zawinęła się w nowym koszyczku pięknie w kłębuszek, umyła się ...

poniedziałek, 24 listopada 2014

Wymarzony wolny weekend i pieskowe wyprawy

Od dłuższego czasu praca i inne obowiązki nie pozwalały mi się ani trochę polenić. Na szczęście wszystkie sprawy powoli się układają, praca też przypada głównie w tygodniu, dzięki czemu ten weekend mogliśmy spędzić razem w moim mieście.
Tym bardziej, że to mniej więcej nasza rocznica. Dokładnie w dzień rocznicy niestety pojawiły się inne zobowiązania i musieliśmy przełożyć świętowanie o tydzień.
Za to w tę sobotę rano nareszcie mogłam Go odebrać z dworca.
Radość z tego, że jesteśmy razem, że jest tak dobrze i wymiana prezentów oraz inne radości zajęły nam całą sobotę. Udało nam się jeszcze przejść na spacer po okolicy, ale po paru zarwanych nocach u niego i przepracowaniu u mnie dopiero w niedzielę udało nam się wyjść na dłużej.
Czas staramy się wykorzystać maksymalnie, co też nam się udaje.
Przy okazji zawsze lubimy coś zobaczyć czy gdzieś się przejść, przejechać i coś zobaczyć. Ostatnio spacerowaliśmy po Berlinie, ale i u mnie na miejscu też zawsze znajdzie się coś ciekawego do zobaczenia.
Czasem lubimy się nawet przejechać samochodem nocą po mieście...

piątek, 21 listopada 2014

Ręce i inne atuty kobiety

Każda z nas chce ładnie wyglądać, czy ma lat 6, czy 66+.
To jest fakt niezaprzeczalny i tak się składa, że braki w tym zakresie często prowadzą do niezadowolenia ze swojego życia w ogóle. Nie zagłębiając się w szczegóły, zauważyłam ostatnio, że zbyt długo skupiałam moją uwagę na wyglądzie domu, mebli i ścian, ale już niekoniecznie na moim własnym. Dobre geny pozwoliły mi jakoś mimo wszystko przetrwać ten trudny okres, ale niezaprzeczalnie trochę na tych wszystkich remontach ucierpiały zarówno moje wnętrze, pozbawione zbyt długo strawy duchowej, jak i wygląd zewnętrzny.

Co do tej pierwszej sfery czasem były książki, ale za mało, a teatr, koncert czy wystawa - o wiele rzadziej.
W drugiej sprawa wcale nie jest prostsza, bo im dłuższe zaniedbanie, tym trudniej potem wrócić na właściwe tory. Tym bardziej, że dla mnie dbanie o siebie nie zaczyna się od ciuchów, ale od zdrowego, zadbanego ciała.
Po długim obciążeniu, kiedy jedyną formą ruchu był rower od czasu do czasu, dopiero około rok temu wróciłam do ćwiczeń. Kontynuowałam je z różną intensywnością przez cały rok właśnie, ale ostanie pójście do pracy wyrzuciło mnie z powrotem na orbitę. Wracałam tak skonana, po 10 godzinach poza domem (z dojazdem, z zakupami często po 11-12), potem musiałam jeszcze dokończyć tłumaczenia pisemne, które klienci nierzadko odbierali w godz. 18-22.
Dopiero potem mogłam się odprężyć, a iść spać trzeba było szybko, bo pobudka była znów ok. 6 rano.
Jeśli ktoś w takich warunkach byłby w stanie zachować regularność ćwiczeń, stałby się moim idolem!
Na początki kilka razy udało mi się poćwiczyć rano, potem z czasem organizm nie wytrzymał.
Pewnie dlatego osłabił mi się organizm, zaczęłam chorować, i zaczęła zanikać wypracowana latem smuklejsza talia.
Nie mówiąc już o tym, że osłabiły mi się paznokcie, włosy i cera.
Trzeba było ruszyć się i zadbać o wszystko po kolei.
Rozpoczęłam kurację witaminową, a dbanie o siebie zaczęłam od paznokci, bo były w stanie najbardziej fatalnym.
Na szczęście sprawia mi to wszystko teraz frajdę.
Dla niedowiarków, że pasuje mi żółty lakier zamieszczę na początek zdjęcie z tymi żółtymi pazurkami. Gdyby nie przyglądać się im tak dokładnie, sprawiają moim zdaniem całkiem niezłe wrażenie. :)

środa, 19 listopada 2014

Nie zazdroszczę blogerkom modowym

Większość z nas podśmiewa się po cichu z blogerek modowych, chociaż po cichu korzysta z ich porad, a przynajmniej chciałaby albo wyglądać, albo chociaż mieć tyle inwencji, żeby się tak ciekawie i we własnym stylu ubierać. Ja jeszcze nie korzystam, ale poczekam, jak mi się stan konta zmieni na lepsze, to i modą z powrotem zacznę się interesować! No więc podśmiewajki sobie urządzacie, a nie macie pojęcia jakie to trudne dobrze sfotografować obiekt pod tytułem bloger - umalowany, ubrany, w ładnej scenerii, na odpowiednim tle i żeby było widać efekt tak zwanej stylizacji.

Próbowałam wczoraj i dziś "zabłysnąć" dzięki nowemu odważnemu lakierowi do paznokci.
Bo makijaż umiem i lubię robić, więc tu się nie ma co chwalić. Jak jako tako wyglądam, to zawsze mi się udaje :), a jak wyglądam jak śmierć na chorągwi z przemęczenia i mam wory pod oczami to i tak muszę się najpierw wyspać.
Tym elementem zabłyśnięcia miały być moje paznokcie.
Ubrana wczoraj na ciemny kolor uznałam, że najbardziej do niego będzie pasować pastelowo-żółty lakier dopiero co kupiony na jakieś takie właśnie jasne okazje w pobliskim sklepie.
A że moje paznokcie się poprawiły po tej odżywce, smarowaniu olejkami, kremami i w ogóle, to sobie położyłam najpierw lakier podkładowy, żeby nie było, a potem ten śliczny jak kogel mogel lakierek.
No i udałam się wczoraj na spotkanie, a dziś chciałam się udać na wyjście, czyli do pracy.
Pomalowałam i dopiero wtedy zaczęłam się zastanawiać, jak to sfotografować.
Oczywiście ze świeżo nałożonym lakierem nie powinno się dotykać niczego, aż porządnie wyschnie.
Ale ja chciałam koniecznie pokazać te moje paznokcie.
Więc chwyciłam za aparat. 
Łups - jedna ryska, no dobra odprysk, bo lakier kładłam dopiero co i jak się puknie jednym paznokciem w drugi taki świeżo pomalowany, to ryska musi się pojawić.
Potem pociągnęłam po paznokciu paskiem od aparatu, rysa długa jak stopięćdziesiąt!
No dobra, jeszcze z pół metra nie widać.
Jadę dalej, spróbuję może pokazać je pod tym kątem.
No nieeeee, znów się dotknęłam.
A na zdjęciu banan wyszedł ostro, ale paznokcie już nie.
No żesz ty!

I po ptokach! A raczej po lakierze.

Bo najbardziej nie cierpię pomalowanych paznokci, z odpryśniętym lakierem albo z wyraźnymi jego ubytkami. Tylko porządnie położona warstwa lakieru ze zmytymi skórkami wokół paznokci (wiadomo, że jak się samej maluje, to łatwo jest pomalować i skórki), wygląda elegancko i cieszy oko. Takie obdrapane lakiery na paznokciach to według mnie szczyt bezguścia.
Inaczej nie ma wyjścia - trzeba zmyć!
Tak więc tuż po całej operacji, nawet po nałożeniu już lakieru na wierz, musiałam wszystko zmyć i teraz nałożyłam tylko jeszcze raz odżywkę.
A co, jeszcze nie minęły 3 tygodnie! A niech się błyszczą :)!

A tak wyglądały kolejne męczące próby...


 Kurczę, widać każdą ryskę i każde minimalne wgłębienie!
Wreszcie po zmyciu już tylko z odżywką!
Ufffff!



poniedziałek, 17 listopada 2014

Odżywam i odzyskuję energię

Ostatni dzień pracy. Zaraz potem pierwszy dzień wolności.
Spanie w sobotę prawie do dziewiątej rano, w niedzielę to samo.
O celebrowaniu pierwszego dnia wolności już Wam napisałam. 
Cudownie jest się czuć wolnym i niezależnym człowiekiem.
Ciągle nie mogę nacieszyć się tym stanem!
Tym razem mam ochotę podzielić się dalszymi przyjemnościami, które sobie sprawiam.
To zdjęcie powstało podczas naszego ostatniego weekendu w Berlinie, o którym obszernie pisałam Wam TUTAJ i TU.
Wspaniale jest nareszcie mieć czas na swoje sprawy, choćby i niełatwo go było znaleźć z powodu zapracowania.

piątek, 14 listopada 2014

Co by tu zrobić dla siebie

Oddycham dziś naprawdę z dużym zadowoleniem, bo mam za sobą pozytywne rozmowy.
Zbliżam się do zakończenia ważnych dla mnie spraw. 
Nieuchronnie oddalam się od mojego dotychczasowego życia i już od jakiegoś czasu powoli zaczynam zmieniać moje priorytety.
Od wielu lat wszystkie moje siły skupiałam się na wychowaniu córki, utrzymaniu i remontach domu.
Córce i domowi wyszło to na zdrowie, ale mnie kosztowało sporo wysiłku i wiele wiele pracy. 
Ukoronowaniem bywały takie chwile, jak ostatnio, kiedy udało mi się w domu wszystko pięknie posprzątać, a na dodatek mama znowu przystroiła mi stół w kolejny bukiet.
Opieka nad zwierzakami to też były nie tylko przyjemności, ale też ich leczenie i obowiązki.

wtorek, 11 listopada 2014

Moje Święto Niepodległości 2014

Święto Niepodległości 11 listopada w Warszawie to dzień, w którym Warszawa zamiera.
Miasto świętuje, ale nie do końca właściwie jest to święto dla miasta. Są pochody pokojowe.
Na przykład rano zawsze wyrusza pochód Prezydencki pod hasłem "Razem dla Niepodległej".
Ten marsz przeszedł ulicami Warszawy po raz trzeci.
Radosne, spokojne świętowanie, składanie kwiatów przy pomnikach, wspomnienia historii Polski i jej dojścia do niepodległości.
Z okazji święta narodowego zachował się też prezes PIS Jarosław Kaczyński złożył kwiaty pod pomnikiem Marszałka Józefa Piłsudskiego ale i pod pomnikami Romana Dmowskiego, Ignacego J. Paderewskiego i Stefana "Grota" Roweckiego. Wygłosił przemówienie. Obchody święta niepodległości jego partii były spokojne i podkreślam to nawet jeśli moja sympatia dla całego ugrupowania i jego przywódcy jest daleko poniżej wszelkich średnich.
Niestety Warszawa po raz kolejny stała się również areną walk ulicznych i aktów wandalizmu grup chuligańskich pod egidą "narodowców". Nie wiem, czy ci ludzie powinni w ogóle mieć prawo nosić takie miano, jeśli ich jedyną zasługą jest niszczenie dóbr narodowych, dzięki którym nam wszystkim żyje się wygodniej i spokojniej.
Dziś po raz pierwszy od dawna jechałam z centrum tramwajem i autobusem. Powód oczywisty: bałam się brać do centrum samochód, wiedząc, że powrót zablokowanymi ulicami może się okazać niemożliwy, w dodatku moje auto może zostać zniszczone przez przypadkowych wandali.
Podobno wczoraj z większości ulic, którymi miały przejść demonstracje służby miejskie odholowywały samochody. No cóż, lepiej zapłacić opłatę za parkowanie, niż stracić samochód.

I tak jak w ubiegłych latach, także i w roku 2014 moje miasto po raz kolejny zapłonęło, zapaliło się pochodniami, wypluło kostkę brukową i zostało zdemolowane przez grupy ludzi, którzy pod wodzą Artura Zawiszy, który oczywiście twierdzi, że to tylko marginalna grupa, mająca niewiele wspólnego z prawdziwym Marszem Niepodległości, zostało sterroryzowane i zniszczone.
Na Rondzie Waszyngtona zniszczenia są potężne, poleciała na policję kostka brukowa, zniszczone są znaki, na ataki chuligańskie Policja odpowiedziała atakiem z działek wodnych i z broni gładkolufowej.
W ubiegłym roku widziałam, jak zbierali się narodowcy, ale mogłam potem na spokojnie wrócić przez Wisłę do domu, bo narodowcy zostali w Centrum. W ubiegłym roku spalili tęczę, symbol Unii Europejskiej na Placu Zbawiciela (kor. dzięki Ulah!). W tym roku zniszczyli Rondo Waszyngtona, przez które jeżdżę do centrum przynajmniej raz na tydzień...
W tym roku przedpołudnie spędziłam w pracy.
Tłumaczyłam dla jednego z odznaczonych uczestników szacownej imprezy, która odbywała się na Zamku Królewskim. A było to uroczyste wręczenie nagród dorocznej Polskiej Nagrody Jakości i innych wręczanych z tej okazji nagród i odznaczeń.
Na koniec części oficjalnej odbył się koncert. Młodzi ludzie, uczniowie szkół muzycznych w Warszawie, wspaniale śpiewali pieśni narodowe i powstańcze.
Około półtora roku temu byłam tutaj na zaproszenie mojego Drogiego Kolegi Blogowicza, który niestety zawiesił swoją działalność, ale wielu z Was go pamięta. Mam na myśli Vermisa. Pozdrowienia Mój Drogi! :)

sobota, 8 listopada 2014

Pierwszy dzień wolności

Czasem trudno nam docenić to, co mamy, jeśli nie mamy porównania. Chyba, że jesteśmy bardzo mądrzy i nie potrzebujemy porównania, żeby cenić to, co mamy.
Ja miałam porównanie, ale nie do końca. Wiedziałam na pewno, że uwielbiam mój zawód i nikt nie wymyślił jeszcze dla mnie lepszego, Podjęłam jednak próbę i na skutek tego spędziłam ostatnie dwa miesiące w pracy.
Były plusy, jak na przykład ten, że mogłam od czasu do czasu wziąć dzień urlopu i ... popracować znów jako tłumacz ustny. W tym czasie zdarzyło się kilka bardzo ciekawych zleceń.
Ale praca po 10 godzinach (z dojazdem) poza domem nad tłumaczeniami pisemnymi i wykorzystywanie wolnych dni na kolejną pracę okazała się ponad moje siły.
Nie skarżę się zwykle, oszczędzam siły na rozwiązanie problemów.
W tym przypadku właściwym wyjściem okazało się już po dwóch miesiącach wypowiedzenie. Jego termin za obopólną zgodą został skrócony do tygodnia.
I tak oto wczoraj był ostatni dzień w mojej pracy, a jest dziś pierwszy dzień wolności.
Dawno nie czułam się tak dobrze mając cały dzień dla siebie bez perspektywy pójścia do pracy w poniedziałek.

wtorek, 4 listopada 2014

W Berlinie ciąg dalszy

W niedzielę pojechaliśmy na Prenzlauer Berg. czyli tam, gdzie kiedyś przebiegał mur Berliński, który dzielił to miasto pomiędzy dwa kraje: NRD i RFN.
Kierowaliśmy się w stronę największego jarmarku w tym mieście.
Już przy wejściu znalazło się miejsce dla kilku pięknie grających zespołów.
Nakręciłam też film, ciekawe, czy uda mi się wstawić tutaj... Nie udało się, plik za duży. To w takim razie jutro prześlę. A tu tylko skrót.
Za to później wpadłam na pomysł wstawienia filmu na Tou Tube i proszę bardzo, mogę go stamtąd udostępnić tutaj!

sobota, 1 listopada 2014

Weekend we dwoje w Berlinie

Znowu trzeba było trochę na to poczekać, ale tym razem postanowiliśmy się zobaczyć w połowie drogi. Połowa wypadła tym razem w Berlinie.
Dawno tu nie byłam, dlatego z przyjemnością wróciłam. Tym bardziej, że za każdym razem widzi się coś innego, zwraca uwagę na inne rzeczy, budynki, elementy architektury.
Pogoda była łaskawa tym razem, piękne słońce, przejrzyste powietrze, błękit nieba. Aż się prosiło o długi spacer i dużo, dużo zdjęć. Na pierwszy ogień poszedł Theater des Westens, gdzie znów grają musical "Mamma Mia". Wielokrotnie była tu moja Córcia, a i ja kiedyś byłam w poprzednim życiu na Tańcu Wampirów ("Tanz der Vampire").
Wyobraźcie sobie, że tu jest teraz 17 stopni Celsjusza! 

niedziela, 26 października 2014

Jeden dzień w Gdańsku

Od zawsze uważałam, że dobrze jest raz na jakiś czas zmienić klimat.
Oczywiście nie jest łatwo wyrwać się na co dzień z roboty i jechać sobie gdzieś w Polskę ot tak.
Kiedy jednak czasem pojawi się taka możliwość, zawsze staram się dać ponieść przygodzie.
Tak było i tym razem. W ubiegłym tygodniu spadło na mnie zlecenie w Gdańsku i tam też wybrałam się w długą podróż.
Tym dłuższą, że zapomniałam nawigacji... A tak się TUTAJ cieszyłam, że mnie będzie nieść i prowadzić...
Wyjazd z Warszawy wieczorną porą bez aktualnej nawigacji okazał się nadzwyczaj trudny. A ona leżała sobie spokojnie i ładowała się przy komputerze...
Wprawdzie wypadłam od razu na dobry wyjazd na autostradę, ale jakoś takie nielogiczne wydało mi się, że na Gdańsk mam jechać w kierunku Poznań - Łódź.
Nikt z moich znajomych ani rodziny nie był przy komputerze, a na zjeździe z autostrady nie było gdzie się zatrzymać i zapytać...
A tymczasem nawigacja w komórce prowadziła mnie dobrze, w każdym razie do czasu.
Wreszcie złapałam pod telefonem moją przyjaciółkę i ona potwierdziła mi, że faktycznie, żeby wydostać się na autostradę A2, trzeba najpierw wyjechać z miasta w kierunku na południowy zachód, czyli właśnie na Poznań-Łódź. Tak wyglądał mój początek dnia, bo wyjechałam rano normalnie do pracy, a na zlecenie kolejnego dnia jechałam tuż po 17-tej, czyli po 8 godzinach pracy.

wtorek, 21 października 2014

Deszczowy poranek

Kiedy dziś po porannym spacerze wróciła do domu kicia, zjadła i po jakimś czasie zniknęła mi z horyzontu.
Nie szukałam jej, bo szykuję się właśnie do wyjścia na tłumaczenie.
Po pewnym czasie poszłam do garderoby, czyli pokoju, w którym stoi moja szafa i przechowuję ręczniki. Części z ostatniego prania nie schowałam, co jak widać stworzyło doskonałe środowisko do spania. Kompletnie jej nie zauważyłam, tak się doskonale dopasowała w pustym miejscu...
 No ale nie ma co się dziwić przy takiej pogodzie, że się futerka nie chce moczyć...

niedziela, 19 października 2014

Nadmiar wrażeń zebrany dla porządku w punktach

Czasem życie składa się z trudniejszych spraw, których nie da się ominąć, tylko trzeba zacisnąć zęby i przez to przejść. Tak właśnie upływają mi ostatnie dni, a właściwie miesiące. Na szczęście w międzyczasie jest czasem choć trochę miejsca na rzeczy przyjemniejsze. Ale zacznę może od tych trudnych spraw.
Po pierwsze: Załatwianie ważnych spraw w urzędach
W ubiegłym tygodniu załatwiałam sprawy, które przez dłuższy czas czekały na dokończenie.
Przez dwa miesiące czekałam na ważne dokumenty, żeby je złożyć do Bardzo Ważnego Urzędu. Niestety mój inżynier się urlopował i nie miałam szczęścia zrobić tego wcześniej.
Teraz jeszcze poczekam na kontrolę, która oby zaakceptowała to wszystko i abym wreszcie mogłam powiedzieć: TO KONIEC. Kiedy tak się stanie, chyba kupię i wypiję prawdziwego szampana, albo uczczę to w inny, równie przyjemny dla mnie sposób!
Cała procedura kosztowało mnie mnóstwo nerwów wysiłku, dokumentów i przeprowadzenia oraz opłacenia szeregu opinii specjalistów, wiele lat walki z aparatem urzędowym oraz przeczytania załatwiania setek różnych dokumentów, dlatego mam nadzieję, że tym razem wreszcie uda się sprawę zakończyć.
Napiszę, jak będzie przyklepane. Tutaj symbol tej całej walki.

sobota, 18 października 2014

Jesień, jesień, jesień i zagadka czerwonych drzew

Jesienne pluchy, mgliste dnie i poranki, szarobure zachmurzone niebo.
Każdy promień słońca witany z wielką radością, podkreśla przepiękne barwy jesienni.
Wstrzymuję oddech, włączam piękną spokojną muzykę i oglądam zdjęcia, które udało mi się dziś zrobić podczas wycieczki rowerowej do pobliskiego parku krajobrazowego.

wtorek, 14 października 2014

Polska, białoczerwoni i wieczorna sjesta

Idzie ku lepszemu, przynajmniej w sporcie.
Od kilku dni to już nie brzmi jak bajka, a zaczyna należeć do naszej codzienności:
Wynik meczu Polska-Niemcy: 2:0.
Wynik meczu Polska-Szkocja 2:2.
Dodam, ze chodzi o piłkę nożną, z której naprawdę od lat nie za bardzo mieliśmy się czym cieszyć.
Tak naprawdę nie jestem żadnym kibicem, sama wolę być aktywnym zawodnikiem, ale takie historyczne wydarzenia zasługują na uznanie, trzeba się z nich cieszyć i uhonorować.
Wreszcie nasz Stadion Narodowy urasta do miana ważnego miejsca w polskiej historii sportu.

A tymczasem w moim domu spokój, zwierzaki w domu, a ja za moment mogę odpocząć.
Póki co podgrzewam w domu, bo samo ogrzewanie gazowe nie wystarcza, żeby naprawdę osuszyć wilgoć od zimnych już październikowych nocy i rozgrzać ściany domu. Spaliłam więc trochę niepotrzebnie zalegających papierzysk, opakowań po jajkach, połamanych listewek z sofy i wreszcie opału do pieca. Temperatura w salonie zrobiła się zacna, nawet zwierzaki ją doceniły.

niedziela, 12 października 2014

Jak tu podsumować 14 dni, spróbuję

Kiedy w życiu realnym dzieje się naprawdę dużo, trudno jest znaleźć spokój i czas, żeby napisać post o tym wszystkim lub chociaż o części tego, co się przeżywa. A kiedy jeszcze po długiej rozłące spędza się czas z osobą ukochaną, chce się robić wszystko razem. Wiadomo, że świat zewnętrzny jest wtedy na drugim miejscu. W ten właśnie sposób upływał nam czas od zeszłego czwartku do dziś rana. Wiadomo, że świat bez nas jakoś przeżyje, od pracy bierzemy urlop, ale bez wpisów blog zamiera. Nie zawsze teraz będę miała czas, żeby pisać tyle, co poprzednio.
Będę pisać najwyżej krócej, będzie więcej zdjęć, będzie może kilka słów, ale chcę dalej być tu z Wami. Remont się skończył, a od początku września zaczęłam pracę, która pochłania mi razem z tłumaczeniami niemal w całości mój czas. Jeśli dodać do tego podstawowe sprzątanie, szykowanie się codziennie do pracy, mycie, pranie i ogarnięcie domu, nie mam czasu kompletnie na nic, co lubię.
Ale potrzebuję pisania, bloga, moich zdjęć o oderwania myśli od obowiązków na co dzień.
Dlatego już dość gadania na dziś.
Czas na wpis.
Na pewno i Wy mieliście w ten ostatni weekend piękną pogodę, chyba ostatnie tak piękne jesienne słońce tego roku. Podczas jazdy na rowerach podziwialiśmy cudowności, które jesień namalowała na okolicznych liściach.

środa, 8 października 2014

Rok temu o tej porze był remont

Kiedy czasem mamy poczucie, że ciągle stoimy w tym samym miejscu, albo nie doszliśmy jeszcze na naszej drodze do miejsca, które sobie wybraliśmy, warto zerknąć do własnej historii. Miałam takie poczucie zawieszenia przez ostatni czas, pewnie w wyniku przepracowania.
U mnie wgląd w historię jest to o tyle łatwiejszy, że robię na co dzień mnóstwo zdjęć. Potem mój komputer automatycznie je segreguje w porządku chronologicznym a ja mogę sobie oglądając wspominać, znając dokładną datę tych wspominek.
Zerkając na zdjęcia sprzed dokładnie roku, przypomniałam sobie, że wtedy właśnie (z 30.09. na 01.10.2013) instalowałam w domu piecyk. Kolejnym punktem programu było wyrównanie i malowanie ścian w salonie, czy pokoju dziennym, jak mówią niektórzy.
To właśnie wtedy po latach wreszcie mogłam przestawić telewizor na ścianę naprzeciwległą do sofy, bo udało się przedtem poprowadzić kable rtv w ścianie i wyprowadzić je na odpowiedniej wysokości pokoju. Ale droga do tego porządku, jaki mam dziś, była wyboista i usłana na pewno nie różami, tylko raczej gównami - jak nie ze strony wykonawców, to urzędów.
Jak dobrze, że mam to za sobą.
A to parę wspominkowych zdjęć. Tymczasowy punkt dowodzenia na pięterku:
A tymczasem w salonie: etap gruntowania ścian po wyrównaniu ścian, ale przed ich malowaniem w salonie.

sobota, 27 września 2014

Zmiana trasy z pracy do domu, IKEAlandia

Już trzy tygodnie jeżdżę do pracy codziennie przez centrum. Już się nawet przyzwyczaiłam, rano nawet nie jest tak źle. Korek przy podjeździe na most, potem jazda trzydzieści na godzinę z przystankami przez most, potem jakoś się to powoli posuwa, żeby znów zwolnić przy Pomniku Lotnika, bo wiadomo, wszyscy Warszawiacy muszą zwolnić przy drodze prowadzącej wprost na lotnisko Chopina. Ale w tamtą stronę jakoś to idzie. Gorzej wygląda droga powrotna. Korek zaczyna się praktycznie prosto przed oknami. Przebudowują tamtejszą trasę i zanim stamtąd wyjadę, od razu muszę zaliczyć jakieś 15 minut stania.

Kiedy wczoraj wyszłam z pracy i wsiadłam do samochodu, przeszła mi ochota wracania znowu tą samą trasą przez centrum miasta. Niedaleko jest wyjazd na obwodnicę Warszawy. Droga wprawdzie trochę dłuższa, ale w korku nie stałam prawie wcale, myślę, że nawet mniej paliwa spaliłam, bo dla spalania najgorsze jest właśnie powolne stanie w korku i ciągłe zatrzymywanie samochodu i ponowne ruszanie.
Jedynka, dwójka, dławienie silnika, hamulec i znowu jedynka, dwójka ....
Nigdzie dzisiaj mi się nie spieszyło, pomyślałam więc, że to dobry moment, żeby wypróbować inną trasę, niż zwykle. I tak obwodnicą trafiłam na moją Pragę. A tam do tamtejszego centrum handlowego.
Zdjęcia robiłam komórką, ale było fajne światło, więc uznałam, że i tak wyjdą ładnie.
Piątkowe popołudnie w Centrum handlowym to gwarancja tłumów, ale i luzu charakterystycznego dla końca tygodnia.
Mój wybór padł na sklep IKEA

niedziela, 21 września 2014

Weekendowy relaks domowy

Czy wyobrażacie sobie, że można ciągle pracować i w ogóle nie odpoczywać? Mimo całego zamiłowania do pracy za niesamowicie ważne uważam chwile od niej wolne.
U każdego czas wolny wygląda inaczej. Nie ma reguły, jeśli chodzi o wypoczynek. Dla jednego będzie to cały dzień przeleżany na kanapie przed telewizorem, ktoś inny żeby odpocząć będzie musiał wyjechać do pustki i w głuszę, żeby się zrelaksować, a jeszcze ktoś lubi się rozerwać w klubie, czy na grillu ze znajomymi. Są też nie tak proste, bardziej wyrafinowane rodzaje relaksu.
Niektórzy, żeby zachować pogodę ducha przez cały dzień, muszą zacząć dzień od serii ćwiczeń lub innej formy ruchu, jak bieganie, siłownia czy pływanie.
Wczoraj wprawdzie już nie dałam rady zrobić nic oprócz zrobienia zakupów na rowerku, ale dziś pierwszą rzeczą po umyciu zębów i dokonaniu podstawowych zabiegów higienicznych było przebranie się w strój sportowy i włączenie sobie mojego bieżącego programu z ćwiczeniami.
Dopiero po nim zrobiłam kawę i usiadłam pogadać przez telefon z przyjaciółką, która do mnie zadzwoniła.
Potem niespecjalnie się spiesząc, leniwie odkurzyłam salon, szczególnie dokładnie dywan, oczyściłam piecyk z niedawno pozostawionych w nim resztek popiołu (tak przy okazji: papier pozostawia tego popiołu strasznie dużo). Potem drugie śniadanie. W międzyczasie wstawię jeszcze jedno pranie, o ile będę miała chęć.
A teraz siedzę sobie i właśnie zaraz mam zamiar poczytać wreszcie długo odkładaną książkę.
Chcę skończyć tę po lewej, autorki Nory Roberts, pod tytułem "Tödliche Liebe", trzymający w napięciu kryminał a właściwie opowieść o stalkerze, rozgrywająca się w redakcji jednej z amerykańskich stacji telewizyjnych, której ofiarą pada jedna z redaktorek wiadomości, która następnie zaczyna prowadzić własne talk show.
Książka jest bardzo wciągająca, ale ostatnio padam wieczorami, nie będąc w stanie przeczytać choćby kolejnych 10 stron.

sobota, 20 września 2014

Praca moje hobby

Była kiedyś taka książka, znana na rynku wydawniczym co najmniej od 20-30 lat: Działka moje hobby. Całkiem fajna pozycja dla działkowców, po opanowaniu podstawowych informacji z tej książki można było stworzyć perfekcyjny mały lub nieco większy ogródek.
Ostatnio widzę, że moim hobby jest moja praca.
Właściwie każda, za którą od lat się brałam.
Potrafię zanudzić moich bliskich i przyjaciół opowiadaniem o tym, co się w tej pracy dzieje.
Myślę o tym, jak podejść do niej najlepiej, jak poprawić jakoś, zwiększyć wydajność i pójść dalej.

środa, 10 września 2014

Dlaczego tak tu cicho?

Wybaczcie, że zniknęłam z horyzontu na tak długo.
Powodów było sporo i były ważne i nie chodzi tylko o ten ostatni cudowny weekend, który spędziliśmy tym razem u mnie z moim mężczyzną.
Cóż: sporo się zmieniło.
Podsumowując: zyskałam w ostatnich dniach jednego najważniejszego teraz dla mnie Klienta, dla którego teraz pracuję przez osiem godzin dziennie i pięć dni w tygodniu. No chyba, że mam zlecenie od innego ważnego klienta, wtedy tutaj się zwalniam.
Musiałam się przestawić na wstawanie o świcie, dojazdy i późne powroty w korkach.
I pracę na dwa etaty. bo po powrocie czekają na mnie moje zwykłe zlecenia. A tłumaczenia nagle się wysypały jak grzyby po deszczu. Ale to norma. Podobnie jak za mundurem panny sznurem, tak samo za zleceniem sto zleceń.
To tyle o pracy.
Podoba mi się otoczenie mojej firmy, mieści się w budynku z pięknym patio z ślicznie urządzonym ogrodem. Ciągle ktoś o ten ogród dba, przycina krzaczki, widać na stałe dobrą rękę ogrodnika.