Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

piątek, 27 czerwca 2014

Old czy joung, czyli życie z hobbystą

Zatrzęsienie pięknych samochodów, większość z nich to oldtimery, niektóre - jak mi wyjaśniliście w poprzednim poście, to podróbki.
Ale co tam. Lśnią, zachwycają i uwodzą.
Przynajmniej mnie.
Popatrzcie sami przynajmniej na część z nich.
1.
 2.

środa, 25 czerwca 2014

No mercy

Miałam tu Was motywować i zachęcać do cieszenia się pozytywami.
I sama dawać przykład, że wszystko jest możliwe, kiedy tylko bardzo się tego chce.
I pisać często, żebyście się do mnie przyzwyczaili, ba, żebyście się uzależnili!
I trenować styl, żeby był ciekawy, dowcipny, wciągający i żebyście się nie mogli oderwać.
Miałam też pisać o różnych sprawach ogólnych, a nie znowu o tym, że ostatnio oglądałam zjazd oldtimerów i jaka szkoda, że nie znam się na tych wszystkich markach, ale wyglądają niesamowicie!
Chciałam wzmocnić kobiety, które czasem czują się niekochane, dodać ducha tym, które straciły wiarę w szczęście lub miłość.
Chciałam czasem podzielić się refleksją, napisać recenzję książki, filmu czy restauracji.
Chciałam być normalną blogerką i cieszyć się tym, że piszę.
Chciałam też pomagać chociaż w tej formie tym, którzy w jakiś sposób znajdują w moich słowach coś dla siebie.
Taki był od zawsze cel tego bloga.

A tymczasem zamiast tego jestem Wam w stanie tylko pokazać krowy, strumyk i jeziorko. Czasem może jeszcze rower, kwiatek czy kawałek nieba.
Nie jestem z tego dumna, ale nic na to nie poradzę, że nadal, a w zasadzie od miesięcy panuje u mnie w życiu osobistym istny kociokwik. I nie jest to niestety ten miły stan zawalenia zleceniami, z których coś wynika, czyli wynika podniesienie stanu konta. Są to bardzo skomplikowane sprawy urzędowe i inne nieprzyjemne sprawy, od wyniku których zależy jednak mój i nie tylko mój status finansowy przez kolejny rok a w zasadzie dłużej. 
A przede wszystkim muszę się przebijać dzień w dzień przez takie morze nietolerancji, obojętności, nienawiści, zacietrzewienia i wszelkich innych emocji i uczuć negatywnych ze strony osób, które mi życzą źle, że chwilami nawet ja, osoba szczęśliwa i pewna siebie, nie jestem w stanie tego unieść.

Tak więc prawie cała moja energia chwilowo zamiast w kierunku poprawienia mojej sytuacji życiowej i załatwienia wreszcie jakiegoś bardziej przyszłościowego zajęcia, idzie w gwizdek, w pisanie listów i pism do tych wszystkich urzędów w nadziei, że zrozumieją, że przychylą się, że się zastanowią nad moimi argumentami.

Pochłania to szalenie dużo energii, a potem to ani pożartować mi się już nie chce, ani napisać czegoś pozytywnego. To nie piszę już lepiej wcale. Bo nawet nie odczuwam potrzeby pocieszenia. Raczej chęć odpoczynku.

Przez ostatnie miesiące ten blog już wielokrotnie miał spłonąć na stosie mojego niezadowolenia, a pozostałe w ogóle obrócić się w niwecz. Czasem ostawał się tylko dzięki temu, że ktoś napisał ciepłe słowo. A czasem tylko dlatego, że nie miałabym siły dokonać takiej autodestrukcji. I że potem za jakiś czas, kiedy odpocznę, mogłabym jednak znów zatęsknić.

Do napisania paru słów o tym, jak się teraz czuję, zabierałam się przez ostatnie dwa miesiące.
No więc dziś napisałam.
Nie wiem jeszcze, czy mi ulżyło, bo dziś mnie głowa boli od tych wszystkich pism, które już napisałam.
To może tylko pokażę Wam choć jeden z tych oldtimerów, żeby nie było dziś zbyt ponuro.


poniedziałek, 23 czerwca 2014

Trochę wypoczynku

Ostatnie dwa tygodnie spędziłam u Niego. Bilet autobusowy w obie strony dostałam w prezencie. Musiałam tylko znaleźć czas na spakowanie rzeczy i wyjazd.
Od wczoraj odsypiam autobusową podróż, dziś w nocy przypomniało mi się znowu, jakim luksusem jest wygodne łóżko. W obie strony miałam też bardzo miłe towarzystwo, w jedną Polkę od lat zamieszkałą w DE, w powrotnej drodze miłą panią ortopedę z Ukrainy. Obie szczupłe, co w autobusie jest wielką zaletą. I miłe, i dowcipne. I pełne kultury. Poza tym miałam ogromne szczęście, bo tym razem bilety były kupione na dole autobusu, a tam prawie nie ma miejsca. Z moim sporym bagażem podręcznym nie miałam tam w ogóle szans na miejsce. W dodatku bardzo niesympatyczne, już zaprawione i gburowate towarzystwo. W obie strony udało mi się więc zamienić miejsca już na dworcu. Wielkie dzięki paniom stewardessom.

sobota, 7 czerwca 2014

W moim ogrodzie, czyli jak kwitnie rukola i jak można łatwo wyhodować krzak róży

W moim ogrodzie,
gdzie czas leniwy
powolną strugą płynął wytrwale ...

jak śpiewał zespół DAAB.
W moim ogrodzie natomiast bałagan i zarosło wszystko.
Ale gdzieniegdzie ładnie zarosło, więc się z Wami podzielę.
Tę różę dostałam jakieś dwa lata temu, z dobrymi intencjami, jako różyczkę-miniaturkę. Wsadzona do ziemi rozrosła się sama. Tu i poniżej wszędzie ten sam krzaczek.
A tu próbuje się chować mała truskawka. Jest bez szans i tak ją zjem, zanim zrobią to ślimaki!

wtorek, 3 czerwca 2014

Tęskno mi czasem, ale czy rzeczywiście jest za czym?

Kiedy wokół burza spraw do załatwienia, sypią się jedna za drugą, jeszcze niezakończona jedna, a już druga puka, gdzie tam puka, włazi nieproszona przez okno, kiedy drzwi zamknięte, czasem dopada mnie spleen, jakby to było cudownie znów zakosztować luzu nastolatka.
Kiedy to było - wzdycham.
Ale w sumie nie tak dawno, skoro jeszcze większość pamiętam.
Głównie pamiętam moje marzenia i przyjemność doświadczania dnia codziennego bez zaprzątania sobie zbytnio głowy przyszłością.
Skrzyknęliśmy się na rower, to się jechało pojeździć po okolicy!
Na rowery jeździłam głównie z kumplami z podstawówki. Z dziewczynami się nie za bardzo kolegowałam, bo one już wtedy miały takie strasznie dziewczyńskie zainteresowania, a mnie bardziej interesował rower i zabawy na świeżym powietrzu, czyli to, co najczęściej robili chłopcy.
Na ogrodzie jednego z kolegów z podstawówki jego mama hodowała nutrie. Śmierdziało z ich klatek niemiłosiernie, ale za to jego mama utrzymywała cały dom, bo tata - niegdyś genialny mechanik czy elektronik już nie pamiętam - był inwalidą, pozbawionym nóg. Po latach dowiedziałam się, że rodzice kolegi się rozeszli, pewnie głównie dlatego, że jego Ojciec wpadł wcześniej w alkoholizm.
A z tym i jeszcze jednym kolegą wtedy ganialiśmy i bawiliśmy w chowanego między skrzynkami z nutriami i różnymi zagłębieniami terenu.
Kto by wtedy pomyślał o grach komputerowych! :)
Ze szkoły wracało się na piechotę, była to jeszcze jedna okazja do porozmawiania i wymiany wrażeń o szkole, nauczycielach, o życiu i innych sprawach.
Nie trzeba było wstawiać na fejsa zdjęcia zapadanych krzaków, wystarczyło stwierdzić: "pada". Albo: "szkoda, ale muszę już lecieć do domu, bo mnie starzy skrzyczą, że obiadu dla młodszego nie zrobiłam."
Już w czasach liceum umówiliśmy się pod koniec szkoły, że wracamy razem przez park i tam czytamy sobie wspólnie artykuły o życiu seksualnym w RAZEM, to się szło, wyszukiwało zaciszną ławkę, jedno z nas czytało, a reszta się tą samoedukacją na spokojnie cieszyła. I bez internetu wiedzieliśmy wtedy wszystko z artykułów Lwa Starowicza a może jego córki, dziś już nie pamiętam. I nie trzeba było w tym celu od razu bawić się w żadne słoneczka. Nie mówiąc już o galeriankach, drogich kosmetyków i ciuchów nie miała prawie żadna z nas, więc mało której przyszło do głowy, żeby płacić za nie ciałem.
Wbrew pozorom byliśmy normalnymi nastolatkami i nie uprawialiśmy przy tej lekturze wspólnie seksu, tylko dyskutowaliśmy. Nawet alkoholu wtedy za bardzo nie było - czasem jakieś tanie wino podczas wspólnej imprezy, jedno na wszystkich.
A my po prostu czerpaliśmy przyjemność ze wspólnego omawiania tych i innych artykułów w czasopismach, słuchania muzyki - wtedy jeszcze królowała lista przebojów Trójki...
Muzyka pozwalała oderwać się od szarości, która jednak wtedy dominowała w sklepach i na ulicy.
Narkotyki należały do rzadkości, chyba mieliśmy dwoje uczniów w klasie, tzw. spadochroniarzy, którzy było wiadomo coś tam podpalają. Nawet mnie wtedy specjalnie nie interesowało, że jest to pewnie maryśka. Kiepsko się uczyli, rzadko bywali w szkole, ona miała fajne ciuchy, włosy postawione w czub i często ufarbowane na czerwono-czarno, lekką nadwagę i bezczelną minę. On - bardzo przystojny, delikatny młodzieniec, też dobrze ubrany. Wyraźnie odcinali się od reszty, żyjąc swoim życiem. Nie wiem, czy skończyli szkołę, nie pamiętam, czy zdawali z nami maturę.
To było w czasach liceum.
Trenowałam wtedy wyczynowo strzelectwo sportowe, jeździłam na zawody, więc nie miałam czasu na głupoty. Niestety na imprezy u szkolnych znajomych też nie bardzo. Przez to byłam chyba lekko wykluczona z klasy i kiedy przyszło do wycieczki szkolnej do Gdańska, nie miałam z kim zająć pokoju-dwójki. Były nas dwie - takie wyrzutki, ona z klasy B czy A. Ja z C. Zamieszkałyśmy z niechęcią we wspólnym pokoju. Niewiele z tej wycieczki pamiętam oprócz tego, że było to cholernie przykre - nagle nad tym morzem poczułam się kompletnie samotna.
Moi ówcześni znajomi z klasy nagle nie mieli dla mnie czasu ...
Pozostało mi z tej wycieczki kilka biało-czarnych zdjęć ze zwiedzania Daru Pomorza czy innego flagowego jachtu.
Kilka ujęć z kumplami, którzy mieli chęć porozmawiać ze mną chociaż podczas wspólnego zwiedzania.
Reszty nie pamiętam, ale była to jedna z pierwszych pamiętnych samotności w moim życiu.
...
Pogrzebałabym jeszcze trochę we wspomnieniach, ale jak widać z beztroski duch wtedy łatwo przenosił się do stanów bezdennej samotności i niezmierzonych pokładów wrażliwości.
Uważałam siebie za osobę zbyt wrażliwą, która ma pecha, że taką nadwrażliwością genetycznie została obdarzona. Wolałabym być bardziej nieczuła, dziś się na to mówi asertywna.
A tak - zapamiętałam wszystko, co miało związek z emocjami i wszystko nadal gdzieś tam w środku się mieści niczym zapisane na wiecznej matrycy mojego życia.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Botwinkowy raj, rabarbarowe niebo w gębie

Roboczy tytuł tego wpisu brzmiał "Kulinarnie".
I faktycznie jest o czym pisać, bo ostatni tydzień trzeba przyznać, był bardzo bogaty pod tym względem. Zaczęło się od nietypowej botwinki. Takiej, jak ta na zdjęciu.

Botwinka:
Składniki botwinki to:
- dwa pęczki botwinki
- 1,5 do 2 l bulionu (tutaj był bulion ugotowany na kurczaku)
- ok. 75 dkg ziemniaków
- 1/4 dużego selera
- nieduże opakowanie śmietanki do doprawienia
- sól, pieprz do doprawienia
Botwinka była gotowana na rosole zwanym też bulionem i oczywiście na botwince, czyli młodych buraczkach.
których trzeba było się nasiekać tyle, że hej!
Uwaga: do celu krojenia i obierania buraczków koniecznie zaopatrz się w plastikowe rękawiczki!
Co zrobić, czyli przepis na najprostszą botwinkę:
Ugotować na bulionie wszystkie inne warzywa, czyli obrane, pokrojone i dokładnie wypłukane, najlepiej młode ziemniaki, marchewkę i kawałki selera (można dodać pietruszkę).
Całość gotujemy, aż trochę zmięknie, dodajemy botwinkę, czasem nawet dodatkowo buraka
Warto kupić do smaku śmietankę 12%, którą dodajemy najpierw do ugotowanej i nabranej oddzielnie do kubka zupy. Potem tę mieszankę łagodnie przelewamy do reszty garnka, chyba że ktoś woli bez dodatku śmietanki.
Ja nie miksuję warzyw po ugotowaniu, poza tym zostawiam je nawet lekko twarde, a pod sam koniec gotowania całą zupę odstawiam jeszcze bez podgrzewania na kilka minut. Dopiero wtedy wytwarza się ten charakterystyczny smak.
Zapewniam, że zupa wyszła i smakowała cudownie.

Rabarbarowe niebo w gębie
Następnego dnia ugotowaliśmy deser z rabarbaru.
Co potrzeba:
- ok. 1 kg rabarbaru
- ok. 200 ml cukru (po fakcie stwierdziliśmy, że wystarczyłaby i połowa)
- 1 opakowanie cukru waniliowego
- 0,25 kg truskawek
- ewentualnie odrobina imbiru świeżego do smaku (zetrzeć lub drobno pokroić ilość wielkości ząbka czosnku)
- śmietanka / jogurt do smaku

Jak zrobić?
Są dwie szkoły, jedna mówi, żeby obrać inna, żeby nie obierać rabarbaru, nasz był obrany ale niezbyt dokładnie.
Rabarbar posiekać na niewielkie kawałki (ok. 1 cm długości)
Wychodzi to całkiem apetycznie
Pokrojony rabarbar wrzucamy do garnka z cukrem i dodajemy też cukier puder. Mieszamy gotując na wolnym ogniu...
Uwaga!
Nie dodajemy wody! Pod wpływem cukru rabarbar rozpada się malowniczo...
Doprowadzamy do mniej więcej takiej konsystencji:
Do prawie gotowego rabarbaru wrzucamy truskawki, ewentualnie dodajemy jeszcze tę odrobinę imbiru (u nas było trochę za dużo). Gotowy deser smakuje bosko!
Do pucharka deserowego można dodać łyżeczkę lub dwie śmietanki lub jogurtu.
To na dziś tyle, przepisy sprawdziłam i polecam!
Smacznego :)
Wasza iw