Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

czwartek, 31 grudnia 2015

Otwieramy nową zakładkę - nadchodzi rok 2016

Niby to zwykła data.
Niby nic nie znaczy, jak się spędzi ten dzień, ten wieczór.
Niby nie jest ważne, kiedy nie ma przy nas tej najważniejszej Osoby.
Niby nie liczy się, co postanowimy.
Niby nie ma podstaw do tego, żeby wiązać jakieś nadzieje z rozpoczęciem kolejnego roku, otwarciem nowej zakładki w naszej Księdze Życia.
Niby jedni umierają, a inni się tego dnia rodzą.
Niby nie mamy wpływu na nic, to się stanie od tego dnia.
Niby nie jest istotne, jak będziemy wyglądać tego wieczora na spotkaniu towarzyskim / zabawie / imprezie.
Niby nie chce się nam nigdzie iść, jechać, odwiedzać.
Niby nie walczymy o kolejny rok dla siebie właśnie od tego momentu, od nastawienia, które wyhodujemy sobie w sercu na samym końcu poprzedniego i z początkiem kolejnego roku.
Tych niby jest wiele.
Wiele z nich można zignorować.
Niektóre to faktycznie niezła ściema dla ludu, żeby miał się czym zająć.
Ale takie przełomowe chwile, jak zakończenie roku i początek nowego niosą ze sobą jednak spory ładunek napięcia, świeżych oczekiwań, zadawnionych wspomnień, nowych radości i smutków i całe mnóstwo emocji, które przychodzą do nas właściwie tylko w tak przełomowych momentach.
Dlatego nie lekceważę nigdy tego dnia. Symbolika wielu, wielu pokoleń zrobiła swoje i trudno tak po prostu olać ten przełomowy dzień i potraktować jak wszystkie inne dni w roku.

piątek, 25 grudnia 2015

Wspaniałe święta 2015

W tym roku nasze święta są wspaniałe.
Chyba najważniejsze w nich jest to, że wczorajszą Wigilię po raz pierwszy od dawna spędziłam ze wszystkimi moimi najbliższymi: z moim M, córcią, jej chłopakiem i moją mamą. Wprawdzie po wcześniejszej wieczerzy moja córcia ze swoim chłopakiem pojechała do jego rodziny, ale ten wieczór zostanie mi w pamięci na długo.
Wszystko się udało: i jedzenie, i miłe towarzystwo, i czas spędzony razem.

środa, 23 grudnia 2015

Ostatnie godziny przed godziną W

Chałupa odkurzona, lśni. Zostało jeszcze kilka powierzchni płaskich do przetarcia, będę to robić sukcesywnie dziś pod wieczór.
Zaraz ostatnie zakupy przed świętami. Dopiero dziś czuję się na tyle dobrze, że będę miała siłę je porobić z radością.
Nie obawiam się tłumów.
Wszystkim z amokiem w oku i zestresowanym będę dziś życzyć wszystkiego najlepszego w najbliższe święta i lepszego od ostatniego nowego roku.
Mój był całkiem niezły, sporo spraw udało mi się dopiąć.
Niektóre zapiąć na ostatni guzik. A do innych szykuję się do boju w następnym roku.
Te ostatnie godziny przed godziną W, czyli Wigilią, upływają mi na porządkach, zakupach i planowaniu, co jutro będziemy z Córcią szykować. Nie zamierzamy 
uszykować żarcia jak dla pułku wojska, tylko przygotować parę dobrych i zdrowych pyszności. Ciasta też nie zabraknie, ale tym zajmie się moja córcia, bo ona to robi lepiej.
Ani ja nie mam czasu pisać dłużej, ani z pewnością Wy w ferworze świątecznych przygotowań czytać więcej, niż kilka zdań. 
Nie mam jeszcze choinki ani ozdób choinkowych, mój kochany przyjeżdża do domu do mnie jutro bladym świtem, to może coś razem urządzimy.
Zatem jako ilustrację zamieszczam moją naprędce skleconą choinkę z pietruszki i pierwszy mój prezent w tym roku.
Zapewniam, że ma on dla mnie znacznie bardzo ważne, bo symboliczne i wiem, że został dany z całego serca od osoby, od której tego się w ogóle nie spodziewałam.
Cud? 
Może dopiero początek cudów :)
A może ciąg dalszy cudów. Tylko trzeba wytężyć wzrok, żeby te cuda dostrzec.
Czego i Wam w te święta życzę. 
A oprócz tego życzę Wam na nadchodzące święta i na nadchodzący rok 2016 zgody przy stołach wigilijnych i świątecznych. Odpuśćcie sobie tematy polityczne i wszystkie inne drażliwe! 
Kochajcie się, lubcie się, rozpieszczajcie swoich najbliższych, wyraźcie uznanie dla tych, którzy przygotują posiłek, doceńcie tych, co posprzątali na te święta, siebie samych też i zróbcie z tych świąt najlepsze święta w Waszym życiu. 
Niech Wam się darzy.


czwartek, 17 grudnia 2015

Jakie będą święta tego roku

Po pierwsze u mnie duża zmiana. 
Ci, którzy mają konto na fejsbuku, już wiedzą, widzieli i skomentowali. Dla pozostałych może będzie to zaskoczenie, ale ja już się od wczoraj oswoiłam.
Z czym? Z nową fryzurą.
Po drugie mam mnóstwo pracy, czuję obciążenie i oddech klienta na karku, więc robię, co mogę, żeby przyspieszyć, ale nie wszystko da się przeskoczyć. W pośpiechu żyję więc te ostatnie tygodnie przed świętami, nie mając za bardzo czasu na nastrój świąteczny, chociaż ciesząc się, że nadchodzi czas spędzony z rodziną.
W tym pędzie jestem non-stop. Doszło do tego, że wszystko, co na drodze to nieprzyjaciel. Kiedy na przykład drzwi czy klamki mi nie ustępują, wpadam na nie w dzikim pędzie, oczekując, że się same uchylą. Co widać nawet na załączonym obrazku w postaci sińca na ramieniu.
Chciałabym już chodzić niespiesznie po sklepach, napawać się tym marrychristmas-everywhere, ale nie mogę!
Nawet już nie odbieram nowych telefonów, bo i na co.
Jeden odebrałam, to już mam coś do zrobienia. Na szczęście klientka poczeka na początek stycznia.
Ale grzechem byłoby narzekać, kiedy ma się zapewnioną pracę od dobrego stałego klienta i tylko czasu trochę brak.
Mimo tych obowiązków udało mi się jeszcze odwiedzić dentystę i przeprowadzić ostatnie z koniecznych napraw. Na święta sprawiłam sobie pełny zdrowy garnitur. :)
Teraz jeszcze tylko aby dokończyć moje zlecenie i zapadnie błogi czas. Nawet kupowanie w tłumach nie wytrąca mnie w tym roku z równowagi. Tak jakoś pogodniej patrzę w przyszłość. Może dzięki temu, że wokół siebie oprócz stalowych szczęk reżimu zaczynam dostrzegać też jutrzenkę swobody i że obserwuję z dumą i nadzieją świeży obywatelski ruch KODowy.
Mam nadzieję, że właśnie w ten sposób wyjdziemy z tego doła, w którym coraz bardziej zaczynamy się jako kraj w ostatnich tygodniach zagrzebywać.

I tym optymistycznym akcentem życzę Wam miłego oczekiwania na święta, wspaniałości przede wszystkim w głowach i sercach, a potem na stołach, i w Waszych domach.
Buziaki!
Wasza iw

piątek, 11 grudnia 2015

Zadawaj pytania, domagaj się odpowiedzi

Jakoś ten czas przedświąteczny składnia mnie do przemyśleń i refleksji. 
Wspominam różne sytuacje z mojego życia, które miały wpływ na mnie i całe moje późniejsze życie.
Te ważne momenty, które mnie ukształtowały. I kiedy podejmowałam najważniejsze decyzje, wprowadzałam przełomowe zmiany.
Są takie chwile, że podejmuje się ich dużo.
U mnie też dużo ich kiedyś było, a moje życie toczyło się szybko jak w kalejdoskopie. 
A ja tak szybko podejmowałam te bardzo ważne życiowe decyzje.
Czy dziś podejmowałabym je inaczej?
Czy miałam rację?
Jak by to było, gdybym od początku zadawała pewne ważne pytania wprost, tak jak dziś?
Może już wtedy otrzymywałabym szczere odpowiedzi? Jakiekolwiek odpowiedzi?
A może dzięki temu moje decyzje byłyby oparte na lepszych przesłankach?
Teraz już na to za późno, nigdy się już nie dowiem o rzeczy z przeszłości, chociaż wtedy te odpowiedzi wydawały się dla mnie najważniejszą sprawą mojego życia. 
Taka wtedy byłam, tyle wiedziałam i miałam określone doświadczenie i dojrzałość.
Dziś niczego nie żałuję, może jedynie tego, że właśnie wtedy niektórych pytań nie zadałam wprost.
Że zadowalałam się domyślaniem, zgadywaniem, że czasem, kiedy było coś dla mnie dramatycznie ważne, nie przyparłam kogoś jednak do muru.
Że nie czułam, że mam prawo do szczerej odpowiedzi na najważniejsze dla mnie pytania.
Jak dobrze, że dziś to wiem.
Że zadaję wszystkie pytania, które chcę zadać.
Że otrzymuję odpowiedzi i uczę się je akceptować.
I że te odpowiedzi zwykle zaskakująco mnie zadowalają.
Jeśli czasem chciałabym coś zmienić to tylko tyle, aby móc przenieść się metodą taką jak w "Efekcie skrzydeł motyla" do własnego ciała i duszy w tamtych momentach i ponownie stanąć twarzą w twarz z tamtymi osobami. I tym razem zadać im te moje pytania i zobaczyć ich reakcję.
Tylko wszyscy wiedzą, jak się to kończy dla głównego bohatera.
Dlatego cieszę się się, że teraz jest DZIŚ i teraz już stoję twarzą w twarz ze swoim odbiciem i ze wszystkimi, którzy mnie otaczają. I zadaję moje pytania wprost.
Do tych przemyśleń doszłam pod wpływem serii moich historycznych zdjęć, które ostatnio przyniosła i pokazała mi mama.

wtorek, 8 grudnia 2015

Mój pies się starzeje

Przez długie lata o tym nie myślałam, nie mówiłam i nie chciałam myśleć. Ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Mój pies się starzeje.
Ma 13 lat. Choć wygląda nadal młodo.

niedziela, 6 grudnia 2015

Kilka słów o motywacji

Pani Motywacja. 
Znamy ją, ale niekoniecznie jest naszym stałym gościem. A jest nam potrzebna do:
- dbania o siebie, a szczególnie
- zdrowego odżywiania
- ćwiczeń poprawiających kondycję, zdrowie i wygląd.

środa, 2 grudnia 2015

Wtorkowy weekend i moje długie wieczory

Wróciłam z BH o 6 rano równo tydzień temu, czyli we wtorek. Ten tekst skończę już pewnie pisać w kalendarzową środę, a opublikuję jutro rano.
Od powrotu nie miałam ani chwili odpoczynku, pracowałam praktycznie każdego dnia. Jeśli nie wykonując zlecenia, to przygotowując się do nich lub zajmując się sprawami firmowymi. Nawet jedną noc mi się udało zarwać, kiedy to tłumaczenie skończyłam o 2 w nocy, potem wstałam o 5, żeby zrobić korektę, wysłałam ok. 6 rano, po czym dalej spałam do 9. Niestety skończyło się to kompletnym nieporozumieniem w organizmie i zarwaniem kolejnych nocy. Organizm załapał to jako przyzwolenie na późne chodzenie spać przez kolejne dni. I tak sobie chodziliśmy późno spać: ja i organizm. W weekend też miałam pracę, chociaż nie tak dużo, jak czasami.
I tak doczekałam kolejnego wtorku, czyli dziś.
Dziś rano musiałam wstać wcześniej, bo na wczesne godziny poranne było zaplanowane wydanie klientowi tłumaczenia. Sprawa załatwiona. Potem miałam zaplanowane różne zajęcia.
Ale gdzieś koło 15-tej złapał mnie mój zwyczajowy kryzys popołudniowy. Mam go prawie zawsze, kiedy wstaję wcześnie rano i muszę przetrwać np. 8 godzin pracy.
Jest taki moment koło 15-tej, kiedy po prostu usypiam w każdej pozycji. 
Na leżąco - o ile mogę. A jeśli nie mogę, to na stojąco i na chodząco. I dziś właśnie tak mnie całkowicie ścięło gdzieś koło 14-tej położyłam się spać. 
Obudziła mnie pewna pani, która omyłkowo zadzwoniła do mojej furtki, mimo że przyszła do firmy obok. Niewyspana próbowałam czymś się zająć, ale mój mózg przypominał chwilowo składem galaretkę wielosmakową i był równie aktywny intelektualnie. Ale przynajmniej poczułam się rekreacyjnie i kolorowo.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Przedświąteczne Bremerhaven

Chyba dawno nie pokazywałam Wam mojego miasta w okresie świątecznym. 
Hmmm, które by tu pokazać. W Warszawie ostatnio rzadko bywam w centrum i szybko uciekam z powrotem w moje spokojne pielesze. Wybieram się tam dopiero za jakiś czas, kiedy szaleństwo świąteczne osiągnie apogeum i wszędzie będą lecieć te szalone świąteczne piosenki, w galeriach handlowych trup się będzie ścielił od ścisku, a na ulicach w będą krążyć mikołaje na usługach różnych firm!
To dopiero będzie materiał na zdjęcia...
Tak więc póki co pokażę Wam, jak rodzi się rynek świąteczny w Bremerhaven. Trafiłam tam ostatnio dokładnie w dniu mojego wyjazdu, kiedy na głównym placu właśnie ustawiano choinkę.
Proszę bardzo, taka piękna i duża:
A tu jeszcze kilka ujęć tego, co już zorganizowano.
Czyli jarmark bożonarodzeniowy w fazie powstawania, w dodatku za dnia.

piątek, 20 listopada 2015

Mój pierwszy klasyk, czyli Gazelle w rodzinie

Proszę Państwa, pozwolą Państwo, że przedstawię mój pierwszy bezsilnikowy pojazd tutaj.
Oto mój piękny klasyk, Gazelle tournee. 
Panna już jest pełnoletnia, ale akt urodzenia gdzieś zaginął. Wiadomo jedynie, że ukończyła już na pewno 20 lat.
Jej wysportowana sylwetka i elegancka linia dobrze się nosi na ulicach miasta. A jej stan dobrze świadczy o poprzednich właścicielach. 

poniedziałek, 16 listopada 2015

Powrót do normalności - czy nauka przetrwania?

Jest dziś 16-ty listopada, trzeci dzień po wydarzeniach w Paryżu, który 13-tego listopada 2015 roku został wstrząśnięty serią zamachów terrorystycznych o najszerszym od czasu zamachu w Nowym Jorku zasięgu i stratach w ludziach (nie są to dane statystyczne, chodzi głównie o zasięg informacji podawanych w mediach). Jak na razie media podają, że w Paryżu w wyniki zamachów zginęło 129 osób (na dzień dzisiejszy jest ich już 135), setki są ranne i niewykluczone, że wielu rannych nie przeżyje. Dla porównania seria zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 roku na WTC, Pentagon, z wykorzystaniem uprowadzonych samolotów pasażerskich śmierć poniosło w sumie 2973 osoby, w tym zamachowcy.
PAP/EPA / Etienne Laurent - wp.p.
I w Paryżu ilość osób mogła być większa. Zamachowcy zaatakowali bowiem w sumie w 6-ciu miejscach. Imprezy masowe takie jak koncert Eagles of Death Metal w sali koncertowej Bataclan (obecnych ok. 1500 osób), stadion Stade der France podczas meczu Francja-Niemcy, na którym obecny był też prezydent Francji François Hollande (ilość widzów ok. 80 tys.). Do tego doszło do szeregu strzelanin i samowysadzeń w centrum Paryża. Doniesienia mnożą się codziennie. Okazuje się, że Brytyjczycy i Francuzi oprócz tego udaremnili 12 kolejnych zamachów. Belgia też nie jest bezpieczna. W Brukseli policja wkroczyła do imigranckiej dzielnicy Molenbeek, zostały zorganizowane przeszukania, podobno tam ukrył się jeden z braci zamachowców.
Można by tak jeszcze długo.
Doniesienia mnożą się ze wszystkich stron.
Nie milkną gorące komentarze w mediach i wszelkich sieciach społecznościowych. Coraz silniejsze stają się nastroje nacjonalistyczne, którym ulegają już ze strachu nawet bardzo spokojni ludzie. Albo te przeciwne, zalecające podejście spokoju i dalszego budowania Europy multi-kulti.
Francja już wysłała swoje myśliwce celem zbombardowania tzw. stolicy państwa islamskiego (IS) w mieście Ar-Rakka na północy Syrii.
Przeczytałam też, że tego samego dnia, czyli w piątek 13-tego listopada udaremniono wielki zamach w Turcji, w Stambule. Jak wiadomo w Antayi w Turcji odbywa się od niedzieli przez dwa dni szczyt G20, czyli 20 najbogatszych krajów świata.
Mało kto w Europie zauważył, że dzień przed zamachami w Paryżu był zamach na targu w Bejrucie, stolicy Libanu, gdzie zginęło 300 osób.
Można mnożyć doniesienia, na pewno wszyscy, przynajmniej w nabliższych dniach, będziemy śledzić, w jaki sposób Francja, Europa odpowie na tę kolejną tragedię.
Reakcje ugrupowań politycznych są znane.
Nawoływania narodowców, że to wszystki wina imigrantów to zbyt uproszczona wizja świata. Z kolei argumenty za Europą i światem multi-kulti, polityka absolutnego pokoju rodem z wielkiego Ghandiego w obecnej sytuacji też nie do końca do mnie przemawiają.
Uważam, że nadmiar przyjętych bez kontroli przez granicę Schengen i Unii Europejskiej uchodźców na pewno umożliwił jeszcze łatwiejsze przedostanie się wielu niebezpiecznym ludziom na teren Europy. Cała ta akcja, która miała jak najbardziej pokojowe i humanitarne podłoże, niestety za bardzo wymknęła się spod kontroli. Skutek niekontrolowanego napływu osób obcej narodowości i wyznania bez przygotowania na te miliony osób krajów-gospodarzy jest taki, że prowadzi to do wypaczeń i zmniejszenia bezpieczeństwa tych krajów. Siłą rzeczy w szeregach uchodźców znajdą się ludzie, którzy nie przyjechali wyłącznie w poszukiwaniu bezpieczeństwa, domu i pracy, tylko po to, żeby za darmo na wysokime poziomie żyć na koszt państwa, które ich przyjęło.
A co najgorsze, znajdą się wśród nich także zamoachowcy, sterowani tym razem przez Państwo Islamskie (IS), których czerep jest na tyle zrypany, że nie zawahają się pójść w minutę do swojego nieba, pociągając za sobą setki jak nie tysiące "niewiernych", umierając z głośnym Allah Akbar na ustach.
Skutek tego jest od dawna znany. Powstają całe dzielnice imigrantów, do których z uwagi na wysokie zagrożenie boją się wejść nawet patrole policji w danym kraju.
Mnożą się akty terroryzmu. Spodziewamy się w najbliższym czasie regularnych walk. Po jednej stronie będą bombowce, jak te francuskie. Po drugiej my, zwykli cywile na uliach europejskich miast.
AFP / FRANCOIS GUILLOT - wp.pl
A co na to my, którzy nie mają żadnego wpływu na wielką politykę?
Co mamy robić?
Jak sobie radzić?
Nie wiem, jak Wy, ale ja nie lubię się bać o swoje życie, nie wiedzieć, czy jutro będę żyć.
Nie lubię poczucia, że nia mam wpływu na nic.
Nie chciałabym żyć w kraju, w którym boję się iść na koncert, na mecz, albo nawet wyjść na zakupy, wsiąść do metra, czy też wybrać się na zwiedzanie zabytkowych miejsc.
Nie chciałabym się bać.
Budzić i zasypiać w strachu.
Albo ogłupiać się codziennie tak, żeby mi było wszystko jedno.
Jeden z obrazów sfotografowanych przeze mnie ostatnio w Berlinie, Galeria Friedmann-Hahn
Wydaje mi się, że w najbliższym czasie można się spodziewać, że zamiast nieco skompromitowanych już kursów uwodzenia, jak grzyby po deszczu zaczną rozkwitać na wolnym rynku szkoły przetrwania w sytuacji zamachu. Sama bym taką szkołę otworzyła, gdybym była członkiem sił specjalnych na emeryturze.
A przynajmniej zanim takie specjalne szkolenia przetrwania zostaną zaoferowane i zorganizowane bezpłatnie przez wojsko, policję, a najlepiej przez siły specjalne, i będą przeznaczone dla wszystkich obywateli.
I powiem Wam szczerze, że szykując się na kolejne dziesięciolecia w takiej sytuacji, jaka nadchodzi będę pewnie jedną z pierwszych osób, która się na takie szkolenie dobrowolnie zapisze.
Znając życie w najbliższych czasach trzeba się przygotować na najgorsze, nawet jeśli to miałoby się nigdy nie wydarzyć. To może być nasza jedyna skuteczna broń, która może nam kiedyś uratować życie.
I to nic, że przypomina to trochę ostrzeżenia w PRL przed zimną wojną i szkolenia przeciwko nalotom, które wtedy były przeprowadzane w szkołach.
A może, jak radzi w swoim kontrowersyjnym (jakże by inaczej) wpisie na swoim blogu Jason Hunt, takie właśnie szkolenie nauczy nas obojętności wobec zamachów, na które, jak na wydarzenie jak każde inne, będziemy przygotowani.

sobota, 14 listopada 2015

We are all Parisians

Moja podróż i wczorajsze plany popołudniowe oszczędziły mi wiadomości o tym, co stało się w Paryżu...
Zaczęły do mnie docierać dopiero dziś koło południa, kiedy włączyliśmy po raz pierwszy wiadomości w radio. 
Do teraz nie mogę wyjść z szoku.
Szok miesza się z oburzeniem i bezsilnością.
Winnych znałam zanim przeczytałam wiadomości... 
Myślę, że nie tylko ja.
Schengen i Unia Europejska zawiodły i - lekceważąc wszelkie zasady zapisane we własnych umowach międzynarodowych - wpuściły w swoje podwoje absolutnie dobrowolnie TYLE ZŁA!!!
Jak wiecie rzadko, a właściwie nigdy nie wypowiadam się na tematy polityczne.
Ale tej tragedii nie mogę nie skomentować.
Bo brak mi po prostu słów!
...
Powtórzę zatem to, z czym się najbardziej solidaryzuję w obecnej chwili:
We are all Parisians.

piątek, 13 listopada 2015

Autobusowy hardcor czyli Pan Pacha w akcji i okularowe wzruszenia

Moje podróże autobusem mają już dwuletnią tradycję. Kiedyś jeszcze będę odwiedzać te wszystkie dworce autobusowe i na pamiątkę świeczkę zapalać. Póki co, im więcej podróży, tym ciekawsze zjawiska spotykam.
Dziś wrażenia specjalne, odcinek hardcorowy. Wrażliwych przestrzegam, lepiej nie czytać!

Dziś a właściwie już wczoraj wieczorem od chwili wejścia do autobusu poczułam mocne odurzenie. Źródłem charakterystycznego, zwalającego z kopyt nawet konia, zapachu wczorajszego  przetrawionego alkoholu zmieszanego z zapoceniem co najmniej od kilkudziesięciu godzin były pachy pana stojącego, a właściwie prawie zwisającego nade mną z racji czekania na przydział miejsca. 

czwartek, 12 listopada 2015

Puk, puk, kim jesteś tam w środku?

Od dłuższego czasu moja energia w dużej mierze jest zwrócona do środka, czyli pracuje dla mnie i we mnie.
I jest mi z tym dobrze.


To może by tak teraz jeszcze napisać kilka słów o sobie?

poniedziałek, 9 listopada 2015

Classic Remise Berlin

Classic Remise, co można przetłumaczyć jako Klasyczna Remiza w Berlinie to miejsce, które powinien zobaczyć i odwiedzić każdy interesujący się oldtimerami.
W Niemczech są dwa centra pod tą nazwą: w Berlinie i w Duesseldorfie. Remiza w Berlinie została otwarta w 2003 roku i to właśnie tę odwiedziliśmy podczas ostatniego weekendu w Berlinie w niedzielę, a jakże, ponieważ jest to miejsce dostępne dla zwiedzających przezz 365 dni w roku.

niedziela, 8 listopada 2015

Podsumowanie stanu zdrowia i leczenia Piesia

Tak wygląda Schwarz dzisiaj, jest zdecydowana poprawa, czyli wchodzi i schodzi po schodach lekko chwiejnie, ale już sam. Od przedwczoraj już dwa razy normalnie zjadł posiłek. Wymioty ustały pierwszego dnia, więc też z tym nie ma problemu. Ma znacznie lepszą orientację w terenie i zachowanie już prawie takie jak zawsze. Czyli chodzi za mną krok w krok, tam gdzie ja - tam on. W te feralne trzy dni snuł się, ledwo wstawał, był apatyczny i leciał przez ręce. Ożywiał się trochę tylko na spacerze.

piątek, 6 listopada 2015

Raport po wizycie w przychodni weterynaryjnej

Witajcie Moi Drodzy. Wiem, że czekacie na wieści o piesku, ale sporo się działo, a w międzyczasie musiałam też pracować, więc przerwałam pisanie tego posta dziś rano i uzupełniam dopiero teraz.
Już trochę wiadomo, więc oto raport o stanie zdrowia piesia na dziś, czyli na piątek 6.11. wczesnym popołudniem.
Wczoraj wybrałam się ze Schwarzem jednak do innej lecznicy z możliwością wykonania większości badań na miejscu. Lecznica mieści się niedaleko mojego domu, a ja nie chciałam go tak zostawić mimo lekkiej poprawy, ponieważ objawy osłabienia nóg głównie tylnych nadal nie bardzo ustępowały i poza tym Piesek wczoraj nadal był bardzo osłabiony. Nic dziwnego, bo nie jadł prawie nic od trzech dni.
Zdjęcie z dziś, dopiero dziś lepiej się czuje
Zapisałam Piesia do doktora Tomasza Saba i to pod jego kierunkiem została przeprowadzona pełna diagnostyka.

środa, 4 listopada 2015

Po wizycie u doktor wet

Jesteśmy po wizycie u pani doktor, Piesio zbadany, nawet nie wychodził z samochodu, tylko pani doktor wyszła, żeby go zbadać w bagażniku. 
Bo ledwo go do tego samochodu zaniosłam, w końcu ten mój pies trochę waży i jeszcze się wierci podczas, kiedy go niosę. Po schodach też go muszę znosić, bo strasznie osłabiony, boi się nawet na te schody wchodzić.
Kochana pani doktor, że do niego przyszła tak zbadać.
Na szczęście po jednym dniu a raczej kilku wymiotach nie jest odwodniony. Dostał wit B w preparacie Milgamma i środek przeciwwymiotny - wszystko w zastrzykach.
Ma siedzieć w ciepełku, więc leży sobie wtulony w moją nogę, okryty kocykiem, cieplutki, odpręża się i odpoczywa, czyli tak, jak miało być.
Co gorsza kilka razy dziś wychodziłam za nim na te schody, kiedy jeszcze próbował sam z nich schodzić i mało się z nich nie zwalił. No ale kto by w takim momencie myślał o kurtkach.
I się chyba od tego wyłażenia bez kurtki i czapki podziębiłam, bo na dworze już naprawdę zimno, w każdym razie pogoda nie do łażenia w zwykłej bluzce z przewiewnym dekoltem. Kiedy wracałam ze zlecenia, złapał mnie ostry ból głowy, już wzięłam środek przeciwbólowy i dopiero po tym poszłam z pieskiem do pani doktor. U mnie ból już mniejszy, bo od razu wzięłam ketonal.
U piesia też widać pewną poprawę, właściwie z minuty na minutę.
Aha, moja mama była z nim kiedy mnie nie było, bo przecież go samego nie mogłam zostawić. I teraz poszła na bazarek kupić mu udka z kurczaka, ugotuję mu dziś na kolację. Może zje z ryżem.
Jutro po południu wizyta kontrolna z piesiem u wetki i kolejne zastrzyki z Milgammy. Pani wet przypomniała mi, że podobne objawy pies miał na wiosnę i wtedy też dostał serię Milgammy i przeszło. Ale potem też mu zrobiłam kurację witaminową. Teraz to chyba trzeba będzie stosować już regularnie, a nie tylko karmę dla starszych piesków podawać.

Aktualizacja: godz. 22.30. 
Śpię dziś na dole w salonie, już sobie leżymy wszyscy, nie będziemy po nocy chodzić po schodach. 
Piesek położył się koło mnie na podłodze, tu jest najcieplej w całym domu, a podłoga drewniana, więc odpuszczam zaganianie go na jego łóżeczko. Chociaż może mu jeszcze postaram się coś podłożyć, z drugiej strony, jakby chciał, to wszędzie dywany. Sam się przemieszcza, choć jeszcze bardzo niepewnie. Ja przespałam 2 godz. po południu, czuję się lepiej. Za moment wezmę jeszcze witaminki, poczytam i spać. Mam nadzieję, że jutro dzień będzie lepszy.
Wybaczcie, ale nie mam siły odpowiadać na komentarze pojedynczo.

Dobranoc Moi Drodzy

Piesio mi znów choruje

Martwię się moim Piesiem. Już raz tak miał, to było osłabienie mięśni. Ale dziś oprócz tego, że widać, że jest skołowany, dostał też wymiotów. Już trzy razy sprzątałam, bo nie dobiegł na dwór. A teraz to go i nie wypuszczę na ogród, bo widzę, że biedak ledwo chodzi i mógłby z tych schodów spaść. Mimo to udało nam się pójść na krótki spacer. 
Niestety za godzinę wychodzę na zlecenie, więc do przychodni z nim pójdę dopiero po powrocie. Jego stan tego ewidentnie i to szybko wymaga. Od wczoraj znacznie się pogorszyło, a myślałam, że dam mu witaminy i jak ostatnio - wystarczy. Ale nie było mowy, żeby coś dziś przyjął, a ja się bałam mu wciskać na siłę tę witaminę, bo mógłby dalej wymiotować. Padł mi teraz biedak osłabiony obok mnie, ledwo co mu zdążyłam podłożyć jego posłanko...
Kiedy wstaje, snuje się niepewnie na słabych nogach. Już raz tak miał, to było osłabienie mięśni, witaminy pomogły.
W czasie mojej nieobecności przyjeżdża mama, to się nim zajmie. Nie chciałam go zostawiać samego w takim stanie. Niestety po tych wymiotach się nawet nie napił, mimo że mu podstawiałam wodę pod nos. Nie wiem, co z nim, ale bardzo się martwię. Nie mogę się doczekać, aż wrócę z pracy i się nim zajmę, pójdę do lekarza itd.
c.d. w kolejnym wpisie

wtorek, 3 listopada 2015

Migawka o spełnianiu marzeń

Obecne czasy pękają od nadmiaru wrażeń, marzeń i spełnień, ale i od nadmiaru planów, możliwych wyborów i ciągłego niespełnienia. Nie ma w tym nic dziwnego, bo gdyby tak łatwo było spełniać swoje marzenia, wszyscy jeździlibyśmy Lamborghini, mieli miliony na koncie, piękne domy i wykształcone dzieci.
A może nam po prostu od tego nadmiaru wysiadł zmysł obserwacji? I nawet nie zauważamy, kiedy się nam te marzenia spełniają?

Przeglądając sobie ostatnio zdjęcia z zupełnie innej okazji trafiłam na mój wpis z października 2014, czyli sprzed około roku. Pamiętacie go może? To był post Jeden dzień w Gdańsku, wtedy jechałam tam wykonać zlecenie. I mieszkałam w porządnym hotelu, a w moim pokoju miałam kuchnię. Śmiało mogłabym tam mieszkac i gotować przez miesiąc.
Właściwie nie zdziwiłabym się, gdybyście go zapomnieli. Bo ja zapomniałam, że to właśnie wtedy pomyślałam sobie, że moim marzeniem byłoby gotowanie w takiej lub podobnej kuchni... Dla przypomnienia może kilka zdjęć.
Potem dużo się wydarzyło, a ja zupełnie o tym marzeniu zapomniałam. Jednak coś się zmieniło, a energia poszła w tę stronę.
W nowym roku 2015 marzenie o kuchni zaczęło przybierać realny kształt. A ja znalazłam swoje nowe meble i wyposażenie do kuchni...
Czy widzicie to podobieństwo?! Garnki te mam prawie identyczne :).
Przyznam się, że sama jestem w szoku, nawet zmywarka jest chyba dokładnie taka jak moja.
Oczywiście, że układ musi być inny, bo to kuchnia w domu, a nie w hotelu, ale kolorystyka i wykończenia bardzo podobne.
Uważny czytelnik zapyta i słusznie - i co z tego?
Ano to, że złapałam się właśnie na tym, że w ten oto sposób zrealizowałam moje kolejne spore marzenie. Które jeszcze rok wcześniej leżało - wydawało się - poza moim zasięgiem.
I nawet tego nie zauważyłam...
Może jest więcej takich marzeń, które spełniamy, nawet nie zauważając, że się tak dzieje.
Spróbujcie popatrzeć wstecz i przejrzeć swoje wspomnienia krok po kroku. Ja miałam to szczęście, że (prawie) wszystko dokumentuję na zdjęciach. Dzięki temu mam wszystko podane jak na dłoni.
Może ostatnio też moja wyobraźnia wytwarza intensywne różne marzenia, a ja rejestruję je tylko na wpłół świadomie. Po to, żeby zobaczyć je w realu za rok, może dwa...

sobota, 31 października 2015

Berlin - jesienne migawki 2015


Jak już pewnie niektórzy z Was wiedzą z fejsbunia, ten weekend u nas upływa nie pod znakiem Halloween, tylko BERLIN i LOVE. And peace oczywiście :)


Kiedy czasem żadne z nas nie może poświęcić kilku dni na wyjazd do drugiego, staramy się spotkać chociaż w połowie drogi. Tym razem też, oprócz załatwienia spraw zawodowych, bo w końcu jestem w Niemczech i mogę połączyć pożyteczne przyjemnym, postanowiliśmy skorzystać też spędzić czas razem w Berlinie. Podobnie jak rok temu, o czym pisałam tutaj: Weekend we dwoje w Berlinie. I tutaj też. W Berlinie ciąg dalszy.
Max u. Moritz - jako turecka kebabownia!


Berlin - tutaj też już jesień
Przy tak pięknej pogodzie dziś spacerowaliśmy po Berlinie

środa, 28 października 2015

Wycieczka wspominkowa

W niedzielę pojechałam z Mamą do miasteczka, w którym ukończyła szkołę podstawową i liceum. 
Zapytałam, więc Mama przez większość dnia opowiadała mi o swoich doświadczeniach z niełatwego powojennego dzieciństwa. Jako mała dziewczynka od samego początku musiała być samodzielna, zajmować się zwierzętami w gospodarstwie, chodzić do lasu na zbieranie jagód i grzybów, pomagać w domu. W zasadzie to nie miała dzieciństwa.
Ja z kolei pytałam ją o niektóre rzeczy z okresu, kiedy sama byłam dzieciakiem. 
Od 8-mego miesiąca życia do 3-go roku życia przebywałam u rodziców mamy. Mama odwiedzała mnie co drugi dzień i na początku nawet jeszcze nawet karmiła piersią. Na niektóre weekendy jeździłam do domu. Nie pamiętam tego okresu zupełnie. Ale chyba właśnie przez ten okres tak mocno czułam się związana z Dziadkami.
Bezpośrednim powodem wyjazdu była chęć odwiedzenia cmentarza, na którym leżą Dziadkowie. Za tydzień nie miałybyśmy możliwości tam pojechać, a tak połączyłyśmy obowiązek z przyjemnością.
Taki wspominkowy wyjazd sobie zrobiłyśmy.
Dużo się zmieniło od ostatniego pobytu tam i pojawiło się kilka nowości.
Między innymi plac zabaw i zaraz obok siłownia pod chmurką.
Na słoniku

niedziela, 25 października 2015

To nie dieta, to moje nowe życie

Prowadzenie bloga, w którym w ogóle nie pisze się o najważniejszych sprawach, dziejących się w życiu blogera prędzej czy później prowadzi do zaniku tego bloga.
Kto bowiem inwestowałby swój czas i energię w miejsce, na którym nie może do końca być sobą.
Dlatego postanowiłam zacząć pisać o tym, co jest dla mnie tak ważne, wreszcie też i na blogu. 
Zacznę od tego długiego posta, bo chcę rozpocząć tym samym cykl postów na ten temat. Myślę, że po pół roku diety, dodam, że bardzo owocnej, mogę się chyba już trochę na ten temat wypowiadać. Na pewno nie tonem eksperta, którym nie jestem, ale tonem użytkownika, który już sporo przeżył i sprawdził na własnej skórze i dziś wie o wiele więcej, niż jeszcze pół roku temu.
No to jazda. Od maja 2015 roku weszłam w nowy etap mojego życia. Pisałam o tym po raz pierwszy i ostatni jak na razie we wpisie "Nowa iw na diecie".
Niedługo wcześniej rozważałam wizytę u dietetyka, bo mimo ćwiczeń przez poprzednie dwa lata moja waga niewiele się zmieniła.
Nie za bardzo wierzyłam, że mam jeszcze jakiś wpływ na to, jak będę wyglądać i ile ważyć przez resztę życia. No wiecie, ten wiek, te hormony - podobno.
Ale że ja nie wierzę dopóki nie sprawdzę, postanowiłam zafundować sobie konto na portalu, który oferuje opiekę dietetyka (osoby chore muszą się przebadać i iść do specjalisty na żywo, osoby zdrowe mogą wejść w to bez badań), oraz po wykupieniu dodatkowo też trenera i psychologa.
Bo dla większości konieczne wsparcie w sytuacji wprowadzania do swojego życia nowej, zdrowszej diety.
Oczywiście celem uczestników portalu jest głównie utrata wagi, nieliczni chcą zwiększyć masę (intensywnie trenujący) lub po prostu utrzymać wagę (ci, co już schudli).
Wracając do mnie, jako że jestem osobą zdrową, dość rozćwiczoną (przerwy wynikają raczej tylko z choroby, jak ostatni tydzień), uznałam, że spróbuję pójść tą drogą. Tym bardziej, że trafiłam na promocję.
Dlaczego akurat wtedy?
Ano obejrzałam sobie uważnie wszystkie moje ostatnie zdjęcia i stwierdziłam, że jakoś nie identyfikuję się z osobą, którą widzę na zdjęciach. W mojej głowie nadal byłam wiotka i szczupła, podczas gdy w istocie ważyłam dobre parę kilo za dużo.
No i co z tego, że umiałam się tak ubrać, że tego nie było widać, skoro ja to widziałam i mi przeszkadzało.
Wiem, że Wy wszyscy jesteście niezwykle mili i nie powiedzielibyście mi złego słowa nawet gdybym przytyła, ale to nie o Was chodzi.
Nie obraźcie się. Niezbyt interesują mnie w tym przypadku komplementy, czy marne pocieszenie, że nieźle wyglądałam jak na swój wiek. :) Tu chodzi o moje życia i moje samopoczucie. I to ja mam w pełni akceptować siebie, swój wygląd i swoje wybory.
Dlatego kiedy wreszcie zebrałam się w sobie, a był to początek maja 2015 roku, postanowiłam wykupić sobie plan żywieniowy, ułożony przez dietetyka po przeprowadzeniu dość szczegółowego wywiadu (tak, przez internet odpowiada się na takie same pytania, jakie stawia żywy dietetyk), oraz dostosowaniu diety do mojego trybu życia.
Jako że moja kotka nie wyraziła sprzeciwu, mogłam rozpocząć dietę mimo, że planowałam remont kuchni.
Dlatego właśnie zrobiłam najpierw kuchnię roboczą na poziomie zero. To dzięki temu utrzymałam dietę i nie dałam się potem zwariować.
Spośród dostępnych opcji wybrałam wersję z 5 posiłkami dziennie, umiarkowany wysiłek fizyczny i postanowiłam na całkowitym luzie i bez specjalnych założeń wypróbować tę metodę.
Już po pierwszych dniach widać było, że to wreszcie coś dla mnie. Odczułam przypływ sił, jedzenie było i nadal jest zdrowe, smaczne i regularne. Wreszcie, po raz pierwszy w moim życiu, poczułam radość z przyrządzania posiłków. Bo mi służyły, a nie szkodziły. Takie gotowanie powoli zaczęło stawać się moją pasją.
Ta pasja już się chyba nie zmieni, bo teraz jestem na diecie już około 6 miesięcy (do celu czyli wymarzonej realnej wagi) pozostało mi ok. 1,5 kg, a ja nadal z wielką przyjemnością gotuję, przyrządzam różne nowe potrawy, a nawet przekonuję mojego Mikaela do nich i to z dobrym skutkiem. Kiedy jesteśmy razem, najczęściej i najchętniej to właśnie ja działam w kuchni, chyba że akurat mam dużo pracy, wtedy on przejmuje pałeczkę i stara się zrobić coś zdrowego i dietetycznego, żebym i ja mogła spokojnie razem z nim zjeść.
Mimo że cel jeszcze nie został osiągnięty, to i tak już się uważam za ZWYCIĘZCĘ, bo udało mi się stosując dietę i ćwiczenia, dojść do wagi sprzed ciąży (a nawet wtedy czasem bywała wyższa).
Schudłam przez ostatnie około pół roku już 7,5 kg, a dalsza praca nad sobą to moja droga, którą zamierzam dalej iść.
Rozpisałam tego posta na kilka tekstów, bo za dużo informacji w jednej pigułce może zaszkodzić. Dziś więc na tym zakończę porcję pierwszą.
Za oknem szaro, buro i jesiennie. Jutro wybory, więc i tak o polityce pisać nie wolno z uwagi na ciszę wyborczą, to jest zatem dobry moment na napisanie tego posta. Bo już chcę o tym pisać i dzielić się z Wami tym wszystkim, czego się nauczyłam i nadal uczę. Bo może ktoś jeszcze z tego skorzysta.
Na zdrowie :)!
Na deser mój dzisiejszy obiad.

czwartek, 22 października 2015

Groningen miasto najbardziej zadowolonych rowerzystów

Groningen. Siódme co do wielkości miasto w Holandii, za to pierwsze spośród 75 średnich i dużych miast europejskich pod względem poziomu szczęścia mieszkańców według badań Komisji Europejskiej z 2007 roku, powtórzonych z tym samym wynikiem w 2013 roku. Zadowolonych jest tu mianowicie 97 procent mieszkańców.

Wystawa jednej z galerii sztuki w Groningen
Z czego oni tak się cieszą?

niedziela, 18 października 2015

Pole obrobione

Wczorajszy dzień był ostatnim dniem dla więdnących w donicach na tarasie i w ogródku już nie kwiatów, tylko chwastów i zamarzniętych kwiatów. 
To ich ostatnie zdjęcia sprzed mojego wyjazdu, kiedy jeszcze pięknie kwitły.

czwartek, 15 października 2015

Kuracja

Tak sobie siedzę, serwuję leki i nie chce mi się nic.
W tle szemrze radio chilli zet, a moja głowa mi ciąży, jakby ważyła o 20 kilo więcej, niż zwykle. No tak, teraz mam na pewno jeszcze nadwagę przez tę głowę. Ale zdjąć i odłożyć nijak się nie da, trzeba ją dalej nosić ze sobą.
Łupie mnie w skroniach, chociaż i tak nie mam takiego bólu głowy, jak miewam czasami, więc ten stan kwalifikuję jako znośny.
Tylko że w stanach choroby zawsze jakaś taka osłabiona jestem i wtedy czuję, że z każdego kąta może wyleźć jakaś zaraza mi mnie ukąsić. Auaaaaa!
I chyba chorym nie powinno się jednak zalecać czytania ulotek leków. 
Bo znacznie lepiej bym się czuła, wyjąwszy objawy czystego przeziębienia, nie wiedząc, że jako po zażyciu mojego rozpuszczalnego leku w saszetkach, który nota bene biorę nie pierwszy raz, mogą u mnie wystąpić następujące działania neuronegatywne:
- uspokojenie lub senność, bardziej nasilone w początkowej fazie leczenia (to akurat niech sobie występuje, pracowałam ciężko wczoraj i przedwczoraj, nic się nie stanie, jeśli nie popracuję dziś i jutro),
- objawy antycholinergiczne (bardzo ciekawa nazwa) takie jak: