Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

środa, 28 stycznia 2015

W bibliotece miejskiej

Dzisiejsze popołudnie spędzone w bibliotece miejskiej w Bremenrhaven zaliczam do co najmniej dziwnych przeżyć. Od pewnego czasu takich przeżyć mam coraz więcej i postanowiłam zacząć je spisywać. Wszystko zaczęło się niewinnie.
Bezpośrednim powodem wizyty w bibliotece była misja od Córci. Miałam jej coś posprawdzać w tutejszych leksykonach. Wybrałam się zatem do punktu info. Bardzo miła i pomocna pani udzieliła mi wszystkich niezbędnych informacji i wybrała pierwsze pozycje leksykonów do przejrzenia.
Pani bibliotekarka usadziła mnie z tymi leksykonami przy prawie najbliższych stoliku obok regałów z innymi książkami na wybrany temat i zaczęłam je przeglądać i fotografować potrzebne treści.

czwartek, 22 stycznia 2015

Victoria brzemienna w skutkach, czyli rozwiązałam problem, co robić?

Ostatnie miesiące a właściwie cały rok od zeszłej jesieni przyniósł w moim życiu wiele dobrego.
A w ostatnich dniach załatwiłam do absolutnego końca pewną wielką sprawę, a przy tej okazji też kilka pomniejszych spraw, które odwlekały się w czasie obciążały mnie od ponad 10 lat bez przerwy.
Powinnam skakać do góry, urządzić sobie z racji celebracji skok na bungee albo co najmniej zrobić jakieś szalone after party. 
A ja co? A ja nic. Nie czuję zwycięstwa. Jeśli już, to zmęczenie. Już się zagłębiam w następne sprawy, bo tyle przecież jeszcze trzeba zrobić.
Jakby nic się nie stało.

Już sobie to wyobrażam. Przychodzi iw do lekarza i pyta w panice:
- Panie doktorze, mam mały problem: nie mam problemu, co robić?!
Jak sprawić, żebym przyznała sobie nagrodę jakości?

wtorek, 20 stycznia 2015

10 trybów głównych


WADY CZY CECHY?
Mam wiele zalet, ale i parę wad, a przynajmniej tak się czasem potocznie nazywa różne moje cechy charakteru. Ale czy rzeczywiście chodzi tu o dominujące cechy, których nie można zmienić? A może masz na to większy wpływ, niż myślisz?
Czasem jestem: silna jak Margaret Tatcher, a innym razem słaba niczym biedne zbłąkane małe zwierzątko we mgle, chwilami mądra jak Maria Skłodowska-Curie, ale bywa, że sama łapię się na tym, że bywam głupia niczym niunia skupiona wyłącznie na swoich tipsach, miewam momenty, kiedy jestem błyskotliwa jak Alicja Resich-Modlińska, ale i ja bywam nudna niczym flaki ze zjełczałym olejem.
Tyle twarzy, ile dni w roku, i w kolejnym i jeszcze kolejnym.
Mimo, że nadal jestem niby tą samą osobą.


A MOŻE TO PO PROSTU RÓŻNE TRYBY PRACY?
Czyli często zachowuję się różnie w różnych momentach.
Są oczywiście ogólnie przyjęte cechy, które podobno dziedziczymy po rodzicach, na skutek wychowania w określonym środowisku nabywamy kolejnych. A jeszcze innych uczymy się pod wpływem nadzwyczajnych przeżyć. Ale my nie jesteśmy tożsami z tymi cechami, tylko czasem je miewamy.
Uważam, że zdarza się, iż pewne cechy zbyt szybko uznajemy za swoje cechy charakteru, a one są po prostu reakcją, którą w sobie przez lata rozwijamy w odpowiedzi na określone bodźce.
A może jest tak, że to tylko poszczególne tryby naszego zachowania. Jak w suszarce do włosów: tryb powolny, który daje tylko lekki wietrzyk, tryb średni podsuszający i tryb wyrywający prawie włosy z cebulkami. Do tego tryb zimny i tryb gorącego nawiewu.
Nie jestem ani taka, ani taka, tylko bywam różnymi osobami, o różnych cechach w różnym czasie i na przemian. Z przewagą czy dominacją tego lub innego trybu w różnych chwilach mojego życia.

piątek, 16 stycznia 2015

Czas na naukę i zmiany

Właśnie urządzam sobie w życiu wielostopniową rewolucję. Nie wszystko daje się zrobić tak szybko, jakbym chciała, bo niektóre sprawy nie do końca zależą ode mnie, albo nadal tak mi się wydaje.
Postanowiłam jednak w ramach porządków wewnętrznych po pierwsze wyczyścić moje życie z rzeczy niepotrzebnych.
Zamiast tego natomiast otoczyć się potrzebnymi i przydatnymi.
Przy tym wszystkim uświadamiam też sobie, jak wiele jeszcze się będę musiała nauczyć na nowej drodze.
Ale też to, że już wiele umiem i pomaga mi to w realizowaniu tego, co teraz własnie się dzieje.
Natchnienia dostarczają mi ciekawe lektury, ostatnio zaczytałam się książce Macieja Bennewicza "KryZYSK":
A o to nietrudno, bo książka jest tak napisana, że można ją przeczytać w ciągu godziny.
Z czasem na przemyślenie poszczególnych rzeczy czy zatrzymanie się na niektórych z nich oczywiście trwa to troszkę dłużej.

środa, 7 stycznia 2015

Pasażer z miejsca za Tobą

To pierwszy z tekstów, którym się chcę z Wami podzielić z nowej serii.
Opowieść z drogi, ale nie tylko o drodze. Historia, która mogłaby przydarzyć się każdemu z Was, ale tym razem przydarzyła się mnie.

Miejsce akcji: bardzo wygodny rejsowy autobus na trasie między jego miastem a moim. Wszystko pięknie i elegancko z paniami stewardesami, własną łazienką i bufetem. Odbywamy naszą pierwszą wspólną podróż tą trasą, po świętach, żeby Sylwestra spędzić u mnie.
Kiedy wsiadamy za nami siedzi już dwoje pasażerów.
Usiedli tu razem przypadkowo, tak jak przypadkowo kupili na te miejsca bilety.
On: około 30-letni Turek, mieszkający w Niemczech, rozmawiający co i rusz głośno przez komórkę. Zagadnął mnie, kiedy wchodziłam, po niemiecku i zapytał, dokąd jedziemy. Odpowiedziałam więc, że do Warszawy. Na moje pytanie, dokąd jego drogi prowadzą, odpowiedział, że do Berlina.
Ona: kobieta no-age, ale nie dlatego, że tak dobrze utrzymana, tylko raczej wprost przeciwnie. Strój: panterka długa do kolan, z jakiegoś sfilcowanego materiału, ni to sweterek, ni to bluza. Wyraz twarzy i reszta - nieciekawa, nigdy nie rozpoznałabym jej na ulicy. Nazwałam ją na roboczo bogobojna, chociaż pewnie lepsze byłoby określenie sekciara.
Jedno, czego nie dało się u niej zignorować to był donośny, wręcz tubalny głos, którym wszem i wobec opowiadała różne rzeczy o sobie. Po rosyjsku. Od dawna nie używałam wprawdzie tego języka, ale po latach studiów i nauki wstyd byłoby nie pamiętać najważniejszych rzeczy. Po pewnym czasie usłyszałam, że czyta, a raczej duka jakieś pismo święte. Znawcą tematu nie jestem, ale słyszę w każdym znanym mi języku, a więc również po rosyjsku, czy ktoś umie czytać, czy ledwo składa słowa. 
Dodatkowo owa pani co dwa-trzy zdania przeplatała niczym mantrą zdaniem: bóg cię kocha (bog tiebia lubit).
Po pół godziny mieliśmy oboje ochotę wyskoczyć z autobusu z krzykiem...
Ale trzeba było przygotować się na 12 godzin, a przynajmniej na najbliższe 3 do Berlina, czyli do czasu, kiedy miała słuchacza.
Ale po półtorej godziny, bezskutecznych próbach odwrócenia uwagi od jej nieznośnego nawalania tym pismem świętym i opowieściami tak ciekawymi jak na przykład:
- Ja już leciałam samolotem... dwa razy. Do J. i do B.
Po jakimś czasie byliśmy kompletnie wykończeni tym jej gadaniem.
Próbowałam skupić się na czytaniu, ale nie mogłam się zupełnie skupić.
Mieliśmy całkowicie dość szalonego babska.
W międzyczasie uruchomił się Turek i odebrał połączenie ze swojej komórki. Dzwonek telefonu miał ustawiony tak głośno, że i umarły by odebrał, żeby tylko przestało dzwonić.
I tu też zaczęły się opowieści z serii "cio jadłem", "gdzie siedzicie", "jadę do Berlina", których z konieczności też przyszło nam wysłuchiwać. Brzmiało to mniej więcej tak.
- "No tak. W autobusie jestem. No nie. Nie jadę na Kanady, tylko do Berlina. Taaaak, taaak, jadę do domu. A co tam u was? Ahaaaa... No tak, jadę do Berlina. Do Berlina jadę, przecież mówię. No jestem. Tak, do Berlina jadę. Nie, nie na Wyspy Kanaryjskie. No tak. Spotkamy się. ... Aha, tak, tak, już mi zostały tylko dwie godziny." Wszystko po rosyjsku.
- I tak dalej w ten deseń. Można by to może jakoś wytrzymać, gdyby nie było to tak głośn i nie tak długo.
Po półgodzinnej rozmowie Mikael nie wytrzymał, odwrócił się i zapytał po niemiecku:
- Ale to już chyba wystarczy?
W odpowiedzi rozległ się podwójna salwa śmiechu - i Turka i bogobojnej obok niego.
Ale się ubawili, że ktoś im zwrócił uwagę....
Trochę mimo wszystko się uspokoili.
Próbowałam znowu czytać książkę, ale to było niemożliwe, z tym gadaniem w tle. Co przeczytam trzy zdania, muszę wracać i czytać od początku, bo nie rozumiem, co przeczytałam. Mikael próbował słuchać muzyki na słuchawkach, ale to też nie za bardzo mu wychodziło, bo głośny dialog zakłócał absolutnie wszystkie inne odgłosy.
Niestety to było złudne poczucie spokoju. Po pięciu minutach było znów to samo. Turek pogadał jeszcze piętnaście minut, wreszcie zakończył rozmowę przez komórkę.
Teraz znowu rozmowę podchwyciła bogobojna.
I znów się zaczęły te opowieści, głośne nieprzyjemne w brzmieniu śmichy-chichy i różne takie. Całkowicie jakby się znajdowali na pustyni, a ciemność za oknem i cisza wśród reszty pasażerów były nie normą, tylko tłem dla ich beznadziejnego dialogu.
Po kolejnych 45 minutach Mikael znów nie wytrzymał i zwrócił tej dwójce uwagę. Tym razem i ja się przyłączyłam z rozpędu po niemiecku. Bogobojna zaczęła się pluć:
- szto? szto?
No to przeszłam na rosyjski i powiedziałam jej, że mamy już dość jej gadania, że nie jest tu sama, a jeśli w ogóle zabiera się do czytania słowa bożego, to powinna zacząć od nauczenia się czytania.
Bogobojna wybuchła, zaczęła wskazując swoim niechlujnym paluchem wysyłać nas na przód autobusu, że to niby my mamy się przenieść, skoro nam się towarzystwo nie podoba. Ja jej na to, że nie jest tu sama. Ona mi na to oczywiście: bóg cię kocha. No to ja na to, że: ciebie też, ale nadal nie jesteś tu sama. Dalej bluzgała po rosyjsku, więc dodałam jeszcze, że powinna się wybrać do szpitala z tym schorzeniem, które ma.
Dopiero na wzmiankę o braku umiejętności czytania i kiedy zacytowałam jej fragment jej rozmowy z uwagą, że kompletnie mnie nie interesuje, ile razy i dokąd latała i to może opowiadać swojej ciotce, siostrze czy matce, zrozumiała, że znam rosyjski całkiem dobrze.
Kiedy dojeżdżaliśmy do Berlina, bogobojna zrobiła się znów nerwowa i poszła na całość ze swoimi złorzeczeniami. Ach, żeby chociaż trochę nam jeszcze dołożyć, dopóki ma publiczność. Na szczęście Turek zaraz wysiadł.
Nareszcie dojechaliśmy do Berlina.
Obok bogobojnej usiadł miły, kulturalny człowiek. Popatrzył na to całe towarzystwo i od razu zaczął rozmawiać ze stewardessą tylko po angielsku. Do swojej współpasażerki odezwał się tylko raz, niby to łamanym rosyjskim, ale z idealnym akcentem. Potem udawał nieżywego.
Bogobojna próbowała jeszcze szerzyć wiarę na siedzeniu za sobą, ale na szczęście została zignorowana.
Jedyną osobą, z którą znalazła nić porozumienia, był pewien pan, który wsiadł z ikeowską lub podobnej wielkości torbą pełną butelek piwa, jedno siedzenie na skos przed nią. Od razu chciała się do niego przysiąść, ale siedziała tam obok niego miła starsza pani, która nie zgodziła się na tę roszadę.
Starsza pani zresztą też upominała dziewczynę, żeby była trochę ciszej, a na uwagę o bogu odpowiedziała coś w rodzaju, że miłość boża wygląda nieco inaczej. Nie wszystko do mnie dotarło.
Potem przyszła stewardessa i zrobiła wspaniałą rzecz: odebrała pijakowi butelkę piwa i powiedziała, że odda mu ją, jak dojedzie.
Pijak był bardzo zdziwiony, ale butelkę z piwem jej oddał. Po czym zaczął wypijać kolejne butelki, których miał całą torbę... jedna po drugiej. No cóż, pijaka nie zmienisz.

I kiedy tak z tyłu szalało to małe piekło, a my nie mogliśmy się nawet zdrzemnąć, wściekłość buzowała we mnie a ja zastanawiałam się, jak jeszcze będę mogła zareagować na ten słowotok, jeśli się nie skończy. Tym bardziej, że powoli robiła się noc i chcieliśmy się trochę wyspać, o ile to możliwe na siedząco.
W pewnym momencie jakimś cudem wzniosłam się ponad to wszystko i coś sobie uświadomiłam.
Po pierwsze uświadomiłam sobie, że wściekając się realizuję nie mój plan, tylko plan tej wściekłej baby.
Po drugie uświadomiłam sobie, że w tym autobusie spędzę tylko kilka godzin i tylko dlatego, że muszę i że zupełnie przypadkowo kupiłam bilet akurat na miejsce przed bogobojną.
Ale nie oznacza to, że w jakikolwiek sposób muszę się wściekać się na przypadkową niezrównoważoną babę, której nie zobaczę już nigdy w życiu.
Odpuściłam.
Wielokrotnie na swojej drodze zapominasz o tym, że czasem po prostu znajdujesz się w jakimś miejscu, na które tylko przypadkowo kupiłeś bilet.
Nie jest to najczęściej miejsce, w którym musisz zostać na całe życie.
Niewiele jest sytuacji, z których nie ma możliwości wyjścia. Właściwie zawsze masz wpływ na nasz los.
I ogranicza cię tylko twoje głupie przekonanie, że jesteś czymś ograniczony.
To przekonanie jest tylko w tobie.
Bo realnie nie istnieją żadne ograniczenia.
Każda przeszkoda to tylko jakiś pasażer z miejsca za tobą.
W każdej chwili możesz wyjść i zostawić go za sobą.
Ni mniej i ni więcej.
To tylko pasażer na pewnej trasie, którą w określonym czasie pokonacie razem.
A ty tylko przypadkiem kupiłeś bilet.
I po przejechaniu zaplanowanej trasy wstaniesz, zabierzesz walizkę i pojedziesz w swoją stronę.



poniedziałek, 5 stycznia 2015

Pięć blogowych postanowień noworocznych na rok 2015-ty

Ta lista będzie krótka, bo dotyczy tylko bloga, na resztę życia spisuję sobie osobną listę planów. Przechodzę od razu do konkretów, żeby się nie rozmieniać na drobne.
1. Mam dość pisania bloga w formie pamiętnika.
Chociaż nie wykluczam, że nadal będą się tutaj pojawiać elementy osobistych przeżyć i przemyśleń. Chcę jednak zacząć pisać zupełnie inne teksty, o charakterze bardziej ogólnym, związany z tym, co dzieje się ostatnio w moim życiu, ale nie będący wprost opisem mojej codzienności.
2. Pierwszy nowy tekst napisałam w głowie już tydzień temu, ale nie udało mi się go jeszcze przelać na bloga.
Jeśli nie uda mi się dokończyć i opublikować tego tekstu tutaj w ciągu 7 dni (czyli do pt. 9.01.2015), to tylko dlatego, że wcześniej pojawi się inny, jeszcze ciekawszy temat, który będzie wymagał natychmiastowego spisania i podzielenia się nim z wami.
3. Od teraz będzie mniej zdjęć, więcej tekstu.
4. Z powrotem otworzę tekst dla niezalogowanych, ale będę moderować komentarze, jeśli będą nie na poziomie, chamskie lub będą niosły złą energię.
Będę też usuwać bezrefleksyjne komentarze podające tylko link do własnego bloga. Za promocję i reklamę wszędzie się płaci.
Tak więc jeśli jeszcze zabłąka się tu ktoś z komentarzem typu: "Ciekawy blog, postaram się zaglądać częściej :)", to wiadomo: do kosza.
5. Być może wprowadzę krótkie notatki wzorem migawek z poprzedniego bloga zamiast lub oprócz długich i wyczerpujących maratonów czytelniczych. Ale długie teksty też będą w dostatecznej ilości. W życiu nie jestem małomówna, więc czemu miałabym być taka na blogu. :)

Mam nadzieję, że zmiana formuły bloga sprawi, że będę miała większą ochotę na nim pisać. Ostatnio niestety źle się czułam na moim własnym blogu. Pamiętniczek mi się znudził. Albo uda mi się napisać chociaż jeden dobry tekst w miesiącu, albo pomyślę o przeprowadzce bloga albo założeniu nowego, zupełnie innego o innej formule.
Bardzo się zmieniłam od czasu, kiedy powstał mój pierwszy blog i ten tutaj.
Nie wyobrażam sobie, żeby więc i mój blog nie uległ zmianom.
Na ten moment to wszystko.
Życzę Wam udanego pierwszego tygodnia roku i całej jego reszty!
A ja otwieram okna na NOWE, które jest już tuż-tuż!



niedziela, 4 stycznia 2015

Sylwestrowa noc i szczęśliwego nowego roku 2015!

Chyba tak będzie najlepiej: niech zdjęcia same przemówią!
Przeżyliśmy kolejnego dla nas pięknego Sylwestra, tym razem pod gołym niebem, na błoniach Stadionu Narodowego.
Potwierdzam, bo widziałam osobiście, że impreza była naprawdę gorąca. Prowadził świetny DJ, chociaż nie pojmuję, jak mógł prowadzić przy tych temperaturach takie show w t-shircie.