Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

wtorek, 29 września 2015

Diagnoza Mozarta, czyli wreszcie u właściwego lekarza

Sama nie wiem, jak to się stało, że aż pięć lat Mozart musiała czekać na lekarza, który jej pomoże. 
Ale tym razem mam wrażenie, że nareszcie się doczekała!
Miałam wielokrotnie przebłyski wiedzy, kiedy dopadało ją to pękanie ogonka, kiedy ją to drażniło i kiedy tak panicznie skakała na ten ogonek i próbowała się w niego gryźć, a z czasem, kiedy zmądrzała próbowała się w niego już nie ugryźć. Zawsze wtedy prowadziłam ją do lekarza od razu na odpchlenie i odrobaczenie. Chociaż czasem lekarka nie chciała jej tego fundować na raz, więc robiła oba zabiegi w odstępie paru dni. Instynkt jak widać mnie nie mylił. Ale wiedzy oczywiście w tym zakresie nie posiadałam.
Wreszcie ostatnio moja pani dr. Wet czyli dr Gil poleciła mi Panią wet. o specjalności dermatolog, dr Karaś-Tęczę, która przyjmuje w Gabinecie Dermatologicznym dla Psów i Kotów Dermawet.

niedziela, 27 września 2015

Krótka historia sztucznych paznokci

Jakoś tak w maju podjęłam radykalne decyzje dotyczące zmiany mojego wyglądu, a dokładniej moich nawyków żywieniowych. Od tego czasu nauczyłam się nawet trochę gotować.
Chciałam zmienić jeszcze coś, co pójdzie szybciej, niż utrata kilogramów i doda mi kobiecości i przyspieszy inne zmiany. Jednym słowem miałam ochotę przekręcić kierownicę o 180 stopni.

sobota, 26 września 2015

Sprzątanie otoczenia i migawki z ostatnich dni

Zbyt dużo było ostatnio niedobrych rzeczy, o których pisałam. No cóż. Nie żyję na różowej chmurce i nie mam tylko pozytywnych doświadczeń. Czasem bywają i gorsze sytuacje. Napiszę Wam skrót z ostatnich spraw. I wiecie co, bo chciałabym znów wrócić do bardziej regularnego pisania.
SPRAWA MOZARTA
Niestety ta z chorobą kici ciągnie się jak najdłuższy na świecie makaron. Dopiero jutro może coś się wyjaśni, bo znów się umówiłam do kociej Pani dermatolog i tym razem tego na pewno nie zawalę. Bo ostatnią wizytę zawaliłam i bardzo żałuję, że nie poszłam. Ale miałam podstawy do tej decyzji, bo ranka wydawała się całkowicie zagojona. Nie sądziłam, że taka zagojona może pęknąć w ciągu kilku sekund w całości i wrócić nas z powrotem o trzy tygodnie wstecz. No trudno. Jutro po południu dowiemy się (może), na czym stoimy. Ale na razie nie mam żadnych nowych informacji. Napiszę znowu, jak ta historia się skończy, bo mam dość narzekania.
WSPOMNIENIA Z WAKACJI
Dlatego właśnie w ostatnim wpisie "Ostatni dzień urlopu" postanowiłam wrócić do naszych cudnych wspomnień z wakacji. Poza tym przypomniałam sobie, że nawet Wam nie pokazałam zdjęć z samolotu.
Podczas każdego lotu zawsze robię serię zdjęć z samolodu, najczęściej siedzę na skrzydle - tu też. :)

wtorek, 22 września 2015

Ostatni dzień urlopu, czyli ostatnie słoneczne wspominki z Bułgarii

Ostatni dzień urlopu zwykle jest trudny.
Już wiemy, że musimy się żegnać z miejscem, gdzie spędziliśmy ostatnie kilka do kilkunastu dni. Z każdą upływającą godziną zdajemy sobie sprawę, że już za chwilę pożegnamy się z ciepłym morzem, gorącym piaskiem, z gorącym słońcem, lenistwem i wielogodzinnymi spacerami.
A czasem to właśnie ostatniego dnia poznajemy kogoś, o kim nie możemy potem zapomnieć.
U nas było podobnie. 
Bo właśnie ostatniego dnia do naszej pobliskiej knajpki, przy której spędzaliśmy dnie na plaży zawitał gość - ten oto koci maluch.



niedziela, 20 września 2015

Walka z awariami trwa

Moi Drodzy,
Nie wiem, co się dzieje, ale awarie dalej mnie prześladują.
Nie dość, że orange naliczył mi opłaty nie do przyjęcia za ostatnie dwa miesiące, które teraz muszę reklamować, to wyłączył mi w ogóle od piątku sieć telefoniczną, a wraz z nią łącze intetowe, czyli neostradę.
Teraz korzystam z sieci dzięki posiadanej dodatkowej karcie do internetu mobilnego, którą zakupiłam w abonamencie. Okazało się, że mój stary tablet mimo że działa wybitnie wolno, to przydaje się przynajmniej teraz jako router.
Ale utrudnione mam wszystkie operacje.
Nie ma internetu, nie działa mi też router, bo byłaby przynajmniej sieć wewnętrzna. Dzięki niej mogłabym przynajmniej coś wydrukować. A nie mogę.
Nie muszę Wam chyba mówić, co to oznacza przy mojej pracy. Strasznie mi to wszystko spowalnia i utrudnia pracę.
Do tego kicia znów mimo ponownego zamknięcia po dwóch dniach w kołnierz (znów sobie ten ogon rozlizała małpa jedna) ciągle jakoś nie umie się dogoić. 
Dobrze, że przynajmniej jedzenie mnie lubi.
Z wzajemnością.

środa, 16 września 2015

Kot na wolności i perfekcyjna pani domu

Trudno mi ostatnio usiąść i napisać posta, bo za dużo się codziennie dzieje. I zawodowo i prywatnie realizuję dużo różnych projektów. Czyli samo życie.
Postanowiłam więc napisać po prostu kilka migawek krótkich z ostatnich dni. Dziś będzie o kocie.
Najważniejsza: dziś ok. 10 rano postanowiłam zdjąć kołnierz i uwolnić orkę, a przepraszam uwolnić kicię.
To był ten moment tuż przed...

niedziela, 13 września 2015

Katastroficzny wieczór i dobre wiadomości o kici

Oglądam po kolei dwa katastroficzne filmy na niemieckim RTL II, teraz leci taki o zamarzaniu Ziemi na skutek przebiegunowania. Czasem lubię takie filmy, od razu człowiek sobie przypomina, jak mu dobrze, że może sobie wygodnie siedzieć na kanapie i oglądać telewizję, zamiast marznąć gdzieś na pustkowiu czy w piwnicy, uciekając przed lodowcem i złymi ludźmi, którzy oczywiście wtedy też wychodzą na ulice.
A dla Was mam dobre wiadomości o kici.*

sobota, 12 września 2015

Zakonserwowane i naprawione

Przed urlopem udało mi się dokończyć remont kuchni, czym się Wam chwaliłam pisząc Na szybko o nowej kuchni.
Po powrocie oczyściliśmy jeszcze na świeżo podłogę z paneli. Aż miło popatrzeć, jak się błyszczy.
Zaraz potem jednak miałam wysyp awarii wszelkiego rodzaju. Jeszcze przed wyjazdami na początku sierpnia posypała się moja komórka, jej reinstalacja pochłonęła wszystkie SMSy i spowodowała spore zamieszanie. Na szczęście nie zniknęły mi kontakty, za to wgrały się na komórkę wszystkie kontakty z G+ i w ten sposób zostałam zmuszona, żeby ręcznie usunąć jakieś 1200 kontaktów, bo z osobami tam wymieniamy się głównie uwagami dotyczącymi zamieszczanych zdjęć.

piątek, 11 września 2015

Kocie sprawy i koci lekarze

Niestety tym razem nie dane mi było zbyt długo nacieszyć się wakacyjnym odpoczynkiem i urlopowym nastrojem.
Po powrocie wpadłam od razu niczym śliwka w kompot w kłopoty ze zwierzaczkami. A raczej z mniejszym, czyli z kicią. A kiedy zwierzaki chorują, nie da się być spokojnym i zadowolonym z życia. Trudno nawet jeszcze to wszystko wspominać. 
W dniu wyjazdu Miłego, czyli w ubiegłą sobotę Kicia wróciła jęcząc i chowając się po kątach z podkulonym ogonkiem i od razu wiedziałam, że coś nie gra.
Obejrzałam ją dokładnie i po raz kolejny zobaczyłam jej pęknięty, kompletnie rozkwaszony i krwawiący ogonek.
Tym razem było jeszcze dość wcześnie, więc poszłam z nią natychmiast do pobliskiej lecznicy, na szczęście czynnej w soboty i niedziele.
Dostała tam prawie od razu zastrzyk przeciwbólowy i antybiotyk z dawką na kolejne pięć dni. Najwyraźniej jej ulżyło, bo widać było, że przestała cierpieć. Resztę soboty i niedzielę przełaziła pokładając się, ale na szczęście już nie bolało. Pani wet w tej klinice zrobiła jeszcze jedną dobrą rzecz, to jest ogoliła całą okolicę ogonka, dzięki czemu łatwiej mi jest nakładać jej tam leki i podglądać, jak się całość goi.
A głównie kuruję ją znowu Rivanolem, pianką z Panthenolu.
Próbowałam też podawać Alantanem, ale z tego ostatniego już zrezygnowałam. Muszę dokupić Rivanol w żelu.
Nieprzypadkiem mówię kuruję, bo tak naprawdę wszystkim lekarzom skończyły się koncepcje, co to może być i w zasadzie oprócz w.w. metod właściwie nie mają dla mnie żadnej porady. W kołnierz pakuję ją już sama, jak tylko widzę, że może sobie ten ogon rozwalić dalej.
Oczywiście najchętniej na świeżo wypranych ręcznikach lub ciuchach. Siedzi więc taka bidna i znów musi korzystać z kuwety, czego bardzo nie lubi, ale na szczęście znów się przyzwyczaiła. A ja muszę dokupić żwirku, bo dziś było go już za mało i moja panna zrobiła kupkę obok kuwety, na szczęście w formie na tyle stałej, że nie było z tym dużo sprzątania.
Kołnierza też nie lubi, ale jakoś całkiem nieźle w nim funkcjonuje. Jest wybitnie przylepna i nadstawia łepek do głaskania, bo sama nie zawsze ma się jak podrapać.
Wyprowadzałam ją trochę na szeleczkach i smyczy na ogródek, po pierwsze, żeby miała jakąś rozrywkę z tych nudów, po drugie, żeby zobaczyła trochę świata.
Na ogródku na jakiś czas zdejmuję jej kołnierz, żeby miała coś z takiego spaceru i mogła się swobodnie umyć.

Bywa jednak, że nawet za płot mi próbuje uciekać.

Zdjęłam ją z tego płota w ostatniej chwili!
Niestety ogon wygląda po prawie tygodniu leczenia niewiele lepiej, niż na początku. Tym razem pokażę zdjęcia. Jak ktoś wrażliwy, niech lepiej nie ogląda.

Dziś po raz ostatni byłyśmy na zastrzyku z antybiotyku.
Powiedziałam pani wet, że jak to ma tak dalej wyglądać, to po pięciu latach męczarni kocich i naszych wolę jej już chyba poprosić o amputację tego ogonka.
Tym bardziej, że schorzenie powtarza się po 3-4 razy do roku, zawsze wtedy kot trafia na co najmniej 2-3 tygodnie w kołnierz i musi wysiadywać w domu, co dla niej i dla wszystkich jest męczące. Nie mówiąc już o samym męczeniu się od bólu z powodu tego chorego ogonka.

Pani doktor podała mi jeszcze nazwisko pani doktor ostatniej szansy, czyli do kociego i psiego dermatologa.
Jesteśmy umówione na wizytę w poniedziałek (niestety dopiero). Do tego czasu nakładam jej dalej na tę rankę piankę Panthenol. Mam wrażenie, że ogon wcale nie chce się goić, a przynajmniej, że mu się nie spieszy.

A tu widać, jak mała szuka kontaktu w ciągu dnia. Najchętniej wtuliłaby się we mnie i tak została. Wieczorami też zresztą przylatuje jak tylko się kładę i od razu mi udeptuje klatkę piersiową wraz z brzuchem, żeby zaraz potem się na mnie ułożyć, tak więc jedyna dozwolona pozycja przy zasypianiu to pozycja na wznak. Jakoż musimy przetrwać do poniedziałku, może tamta pani wykryje i poradzi coś, czego dotychczas przez ostatnie pięć lat nie wykrył żaden lekarz. Niestety takie ciągłe leczenie to wysokie koszty. Sama nie byłam od lat u dermatologa, moje oczy widzą coraz gorzej, a co zarobię jakąś nadwyżkę, to zwierzaki mi chorują. Niestety leczenie nie jest w Warszawie tanie, a ubezpieczeniem żaden zwierzak nie jest objęty, a nawet gdyby był, co czekałabym pewnie pół roku na wizytę, więc ... ech. Wracam do pracy, ktoś na to wszystko musi przecież jakoś jeszcze zarobić. Więc pracuję znów pełną parą.
Nawet nie wiem, gdzie się podziały te moje wakacje. Dobrze, że jeszcze mi się trochę opalenizny zachowało.

niedziela, 6 września 2015

10 plusów i 10 minusów urlopu w Bułgarii

Wróciliśmy już we wtorek rano, ale jeszcze ciągle wracam do tych wszystkich cudownych zdjęć, na których wyglądamy i jesteśmy wspaniale odprężeni.
Tęsknimy do morza, do tamtejszego powietrza, wiatru i cudownego morza.
I do wspaniałej wody z Morza Czarnego, która pieściła moją skórę przez te osiem dni. Postanowiłam spisać dla Was moją recenzję naszego urlopu.
Oto więc moja recenzja urlopu w Bułgarii