Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

sobota, 31 października 2015

Berlin - jesienne migawki 2015


Jak już pewnie niektórzy z Was wiedzą z fejsbunia, ten weekend u nas upływa nie pod znakiem Halloween, tylko BERLIN i LOVE. And peace oczywiście :)


Kiedy czasem żadne z nas nie może poświęcić kilku dni na wyjazd do drugiego, staramy się spotkać chociaż w połowie drogi. Tym razem też, oprócz załatwienia spraw zawodowych, bo w końcu jestem w Niemczech i mogę połączyć pożyteczne przyjemnym, postanowiliśmy skorzystać też spędzić czas razem w Berlinie. Podobnie jak rok temu, o czym pisałam tutaj: Weekend we dwoje w Berlinie. I tutaj też. W Berlinie ciąg dalszy.
Max u. Moritz - jako turecka kebabownia!


Berlin - tutaj też już jesień
Przy tak pięknej pogodzie dziś spacerowaliśmy po Berlinie

środa, 28 października 2015

Wycieczka wspominkowa

W niedzielę pojechałam z Mamą do miasteczka, w którym ukończyła szkołę podstawową i liceum. 
Zapytałam, więc Mama przez większość dnia opowiadała mi o swoich doświadczeniach z niełatwego powojennego dzieciństwa. Jako mała dziewczynka od samego początku musiała być samodzielna, zajmować się zwierzętami w gospodarstwie, chodzić do lasu na zbieranie jagód i grzybów, pomagać w domu. W zasadzie to nie miała dzieciństwa.
Ja z kolei pytałam ją o niektóre rzeczy z okresu, kiedy sama byłam dzieciakiem. 
Od 8-mego miesiąca życia do 3-go roku życia przebywałam u rodziców mamy. Mama odwiedzała mnie co drugi dzień i na początku nawet jeszcze nawet karmiła piersią. Na niektóre weekendy jeździłam do domu. Nie pamiętam tego okresu zupełnie. Ale chyba właśnie przez ten okres tak mocno czułam się związana z Dziadkami.
Bezpośrednim powodem wyjazdu była chęć odwiedzenia cmentarza, na którym leżą Dziadkowie. Za tydzień nie miałybyśmy możliwości tam pojechać, a tak połączyłyśmy obowiązek z przyjemnością.
Taki wspominkowy wyjazd sobie zrobiłyśmy.
Dużo się zmieniło od ostatniego pobytu tam i pojawiło się kilka nowości.
Między innymi plac zabaw i zaraz obok siłownia pod chmurką.
Na słoniku

niedziela, 25 października 2015

To nie dieta, to moje nowe życie

Prowadzenie bloga, w którym w ogóle nie pisze się o najważniejszych sprawach, dziejących się w życiu blogera prędzej czy później prowadzi do zaniku tego bloga.
Kto bowiem inwestowałby swój czas i energię w miejsce, na którym nie może do końca być sobą.
Dlatego postanowiłam zacząć pisać o tym, co jest dla mnie tak ważne, wreszcie też i na blogu. 
Zacznę od tego długiego posta, bo chcę rozpocząć tym samym cykl postów na ten temat. Myślę, że po pół roku diety, dodam, że bardzo owocnej, mogę się chyba już trochę na ten temat wypowiadać. Na pewno nie tonem eksperta, którym nie jestem, ale tonem użytkownika, który już sporo przeżył i sprawdził na własnej skórze i dziś wie o wiele więcej, niż jeszcze pół roku temu.
No to jazda. Od maja 2015 roku weszłam w nowy etap mojego życia. Pisałam o tym po raz pierwszy i ostatni jak na razie we wpisie "Nowa iw na diecie".
Niedługo wcześniej rozważałam wizytę u dietetyka, bo mimo ćwiczeń przez poprzednie dwa lata moja waga niewiele się zmieniła.
Nie za bardzo wierzyłam, że mam jeszcze jakiś wpływ na to, jak będę wyglądać i ile ważyć przez resztę życia. No wiecie, ten wiek, te hormony - podobno.
Ale że ja nie wierzę dopóki nie sprawdzę, postanowiłam zafundować sobie konto na portalu, który oferuje opiekę dietetyka (osoby chore muszą się przebadać i iść do specjalisty na żywo, osoby zdrowe mogą wejść w to bez badań), oraz po wykupieniu dodatkowo też trenera i psychologa.
Bo dla większości konieczne wsparcie w sytuacji wprowadzania do swojego życia nowej, zdrowszej diety.
Oczywiście celem uczestników portalu jest głównie utrata wagi, nieliczni chcą zwiększyć masę (intensywnie trenujący) lub po prostu utrzymać wagę (ci, co już schudli).
Wracając do mnie, jako że jestem osobą zdrową, dość rozćwiczoną (przerwy wynikają raczej tylko z choroby, jak ostatni tydzień), uznałam, że spróbuję pójść tą drogą. Tym bardziej, że trafiłam na promocję.
Dlaczego akurat wtedy?
Ano obejrzałam sobie uważnie wszystkie moje ostatnie zdjęcia i stwierdziłam, że jakoś nie identyfikuję się z osobą, którą widzę na zdjęciach. W mojej głowie nadal byłam wiotka i szczupła, podczas gdy w istocie ważyłam dobre parę kilo za dużo.
No i co z tego, że umiałam się tak ubrać, że tego nie było widać, skoro ja to widziałam i mi przeszkadzało.
Wiem, że Wy wszyscy jesteście niezwykle mili i nie powiedzielibyście mi złego słowa nawet gdybym przytyła, ale to nie o Was chodzi.
Nie obraźcie się. Niezbyt interesują mnie w tym przypadku komplementy, czy marne pocieszenie, że nieźle wyglądałam jak na swój wiek. :) Tu chodzi o moje życia i moje samopoczucie. I to ja mam w pełni akceptować siebie, swój wygląd i swoje wybory.
Dlatego kiedy wreszcie zebrałam się w sobie, a był to początek maja 2015 roku, postanowiłam wykupić sobie plan żywieniowy, ułożony przez dietetyka po przeprowadzeniu dość szczegółowego wywiadu (tak, przez internet odpowiada się na takie same pytania, jakie stawia żywy dietetyk), oraz dostosowaniu diety do mojego trybu życia.
Jako że moja kotka nie wyraziła sprzeciwu, mogłam rozpocząć dietę mimo, że planowałam remont kuchni.
Dlatego właśnie zrobiłam najpierw kuchnię roboczą na poziomie zero. To dzięki temu utrzymałam dietę i nie dałam się potem zwariować.
Spośród dostępnych opcji wybrałam wersję z 5 posiłkami dziennie, umiarkowany wysiłek fizyczny i postanowiłam na całkowitym luzie i bez specjalnych założeń wypróbować tę metodę.
Już po pierwszych dniach widać było, że to wreszcie coś dla mnie. Odczułam przypływ sił, jedzenie było i nadal jest zdrowe, smaczne i regularne. Wreszcie, po raz pierwszy w moim życiu, poczułam radość z przyrządzania posiłków. Bo mi służyły, a nie szkodziły. Takie gotowanie powoli zaczęło stawać się moją pasją.
Ta pasja już się chyba nie zmieni, bo teraz jestem na diecie już około 6 miesięcy (do celu czyli wymarzonej realnej wagi) pozostało mi ok. 1,5 kg, a ja nadal z wielką przyjemnością gotuję, przyrządzam różne nowe potrawy, a nawet przekonuję mojego Mikaela do nich i to z dobrym skutkiem. Kiedy jesteśmy razem, najczęściej i najchętniej to właśnie ja działam w kuchni, chyba że akurat mam dużo pracy, wtedy on przejmuje pałeczkę i stara się zrobić coś zdrowego i dietetycznego, żebym i ja mogła spokojnie razem z nim zjeść.
Mimo że cel jeszcze nie został osiągnięty, to i tak już się uważam za ZWYCIĘZCĘ, bo udało mi się stosując dietę i ćwiczenia, dojść do wagi sprzed ciąży (a nawet wtedy czasem bywała wyższa).
Schudłam przez ostatnie około pół roku już 7,5 kg, a dalsza praca nad sobą to moja droga, którą zamierzam dalej iść.
Rozpisałam tego posta na kilka tekstów, bo za dużo informacji w jednej pigułce może zaszkodzić. Dziś więc na tym zakończę porcję pierwszą.
Za oknem szaro, buro i jesiennie. Jutro wybory, więc i tak o polityce pisać nie wolno z uwagi na ciszę wyborczą, to jest zatem dobry moment na napisanie tego posta. Bo już chcę o tym pisać i dzielić się z Wami tym wszystkim, czego się nauczyłam i nadal uczę. Bo może ktoś jeszcze z tego skorzysta.
Na zdrowie :)!
Na deser mój dzisiejszy obiad.

czwartek, 22 października 2015

Groningen miasto najbardziej zadowolonych rowerzystów

Groningen. Siódme co do wielkości miasto w Holandii, za to pierwsze spośród 75 średnich i dużych miast europejskich pod względem poziomu szczęścia mieszkańców według badań Komisji Europejskiej z 2007 roku, powtórzonych z tym samym wynikiem w 2013 roku. Zadowolonych jest tu mianowicie 97 procent mieszkańców.

Wystawa jednej z galerii sztuki w Groningen
Z czego oni tak się cieszą?

niedziela, 18 października 2015

Pole obrobione

Wczorajszy dzień był ostatnim dniem dla więdnących w donicach na tarasie i w ogródku już nie kwiatów, tylko chwastów i zamarzniętych kwiatów. 
To ich ostatnie zdjęcia sprzed mojego wyjazdu, kiedy jeszcze pięknie kwitły.

czwartek, 15 października 2015

Kuracja

Tak sobie siedzę, serwuję leki i nie chce mi się nic.
W tle szemrze radio chilli zet, a moja głowa mi ciąży, jakby ważyła o 20 kilo więcej, niż zwykle. No tak, teraz mam na pewno jeszcze nadwagę przez tę głowę. Ale zdjąć i odłożyć nijak się nie da, trzeba ją dalej nosić ze sobą.
Łupie mnie w skroniach, chociaż i tak nie mam takiego bólu głowy, jak miewam czasami, więc ten stan kwalifikuję jako znośny.
Tylko że w stanach choroby zawsze jakaś taka osłabiona jestem i wtedy czuję, że z każdego kąta może wyleźć jakaś zaraza mi mnie ukąsić. Auaaaaa!
I chyba chorym nie powinno się jednak zalecać czytania ulotek leków. 
Bo znacznie lepiej bym się czuła, wyjąwszy objawy czystego przeziębienia, nie wiedząc, że jako po zażyciu mojego rozpuszczalnego leku w saszetkach, który nota bene biorę nie pierwszy raz, mogą u mnie wystąpić następujące działania neuronegatywne:
- uspokojenie lub senność, bardziej nasilone w początkowej fazie leczenia (to akurat niech sobie występuje, pracowałam ciężko wczoraj i przedwczoraj, nic się nie stanie, jeśli nie popracuję dziś i jutro),
- objawy antycholinergiczne (bardzo ciekawa nazwa) takie jak:

środa, 14 października 2015

Siła złego na jednego, czyli tekst o Holandii musi poczekać

Chciałam się Wam najpierw pochwalić zdjęciami z Groningen, ale nie ma tak dobrze.
Od dwóch dni czuję się, jakby walec po mnie przejechał.
Już podróż, czyli przejazd osobiście za kółkiem tysiąca kilometrów między punktem A czyli domem w BH, a punktem B, czyli moim domem w Warszawie, była diabelnie trudna. W międzyczasie swoje szpony pokazała zima. Kto przejechał kiedyś w nocy 350 kilometrów w deszczu ze śniegiem a na postojach nawet kawa już mu nie pomagała otworzyć zmęczonych oczu, wie jak się czułam.
Wprost z ramion A2 czyli tak zwanej Autostrady Wolności wjechałam do dziesiątek obowiązków.
A bo tu trzeba powystawiać z tarasów donice z pozamarzanymi pelargoniami i innymi kwiatami. Gdzieś też będzie trzeba wysypać z nich ziemię, pozwijać węże ogrodowe, powyłączać wodę, bo i tak mam szczęście, że mi po przymrozkach jeszcze toto nie pozamarzało.
***
Poza tym wczorajsze zlecenie zakończyło się wykorzystaniem mnie ponad miarę, w dodatku bez wynagrodzenia za godzinę dodatkowej pracy. Jestem zniesmaczona i w dodatku byłam tam wystawiona na działanie klimy, więc i moje gardło odpowiedziało jak zwykle. W nocy zmarzłam, a rano obudziłam się z tak suchym i obolałym gardłem, że niemal nie mogę sobie wyobrazić, że nic się z tego nie rozwinie. Już płuczę i biorę, co mogę, ale nie wiem, czy to wystarczy.
Oczami wyobraźni już widzę, jak to mi będziecie radzić, czyli pisać, że w takim stanie to mam się walnąc i poleżeć.
No więc nie ma tak dobrze gołąbeczki. Dziś kolejne zlecenie, wcale nie łatwiejsze. Nie tylko muszę tam pojechać, ale trzeba to zrobić bardzo dobrze. Nie ma siły ani nie ma mowy o odmowie.
Poza tym już wczoraj powinnam się była wybrać do dentysty na c.d. planowanych zabiegów. Nie było na to jednak od powrotu najmniejszej szansy.
A z przeziębieniem to chyba mnie raczej nie przyjmie. Oby się udało przełożyć wizytę.
Do okulisty też się muszę wybrać, bo moje oczy też już ledwo są w stanie sprostać życiowym wymaganiom w starych okularach.
I auto też muszę oddać do warsztatu, z czym zwlekam od sierpnia. A tu już czas najwyższy - na zmianę na opony zimowe już też.
Ogólnie jest melancholijnie, smutno i do dupy. Po chorobach zwierzaków teraz nadszedł czas na mnie.
Coś mi się widzi, że ja też wreszcie muszę się oddać do warsztatu, gdzie przejdę generalny remont, to może coś jeszcze ze mnie będzie.

Myślę, że dzisiejszym wpisem w pełni usatysfakcjonowałam te osoby, które wkurzałam ostatnimi pozytywnymi wpisami. Nie jesteście sami.
U mnie też szarzyzna, choroby i przemarsz wojsk.
Jedyne, co mnie pociesza to to, że dziś po przyjściu do domu na wieczór będę sobie mogła zrobić wreszcie coś pysznego do jedzenia i rozpalić w piecyku. Nota bene, sezon grzewczy też już uważam za otwarty. W piecyku już paliłam i piec gazowy też odpalony 1 października.
A od teraz to już tradycyjnie: aby do wiosny.
Chociaż nie, tym razem wyjątkowo czekam zwyczajnie na to, żeby mi się stan gardła poprawił.
I naprawdę teraz to nie mogę się rozchorować, bo za dużo mam na głowie.
Taki aktualny obrazek ktoś narysował i na fejsie zamieścił:
Źródło obrazka
No to na razie, żegnam się z Wami do następnego posta, w którym może napiszę o tej Holandii, ale niczego obiecać nie mogę, bo nie wiem, jak mi się choróbsko rozwinie.

sobota, 10 października 2015

Mój pierwszy raz w Holandii, czyli gdzie się zatrzymać w Groningen

Na ten weekend wyjechaliśmy do Groningen, niedaleko oddalonego od nas (ok. 200 km od Bremerhaven).
To moja pierwsza wizyta w Holandii i wiem, że z pewnością nie ostatnia.
Już sam hotel Hampshire Plaza* to przyjemne i dobrze prowadzone miejsce, które polecam wszystkim szukającym tutaj noclegu i porządnego hotelu.

piątek, 9 października 2015

Graffiti w Bremerhaven

Do tego, co Wam zaraz pokażę, chyba nie trzeba za dużo komentarza.
Całe połacie murów pokryte graffiti, szczeciwko zególnie portu. 
["szczeciwko zególnie portu" hihihi, Tak to zostawię, bo pięknie brzmi, mój komp miał takie kilka dni, że non-stop przeskakiwał mi po kilka linijek w górę lub w dół, czasem udało mi się zauważyć, ale nie zawsze i wtedy mi takie słowotwórstwo powstawało jak to powyżej].
Wiadomo, że powinno być "szczególnie naprzeciwko portu". Ale inteligentni jesteście domyśliliście się! :)

środa, 7 października 2015

Nasi tu byli a raczej są

To będzie taki krótki wpis o tym, co z polskich produktów można dostać w tutejszym najbliższym markecie.
Ostatnio wpadliśmy do okolicznego sporego marketu EDEKA, dość dobrze zaopatrzonego w towary spożywcze i agd. Kupujemy tam najczęściej mięso, bo jest świeże i nawet z regału dobre jakościowo. 
Przeglądając różne półki trafiłam też na wiele znajomych produktów. I tak oto mamy tutaj właściwie wszystko, czego polska dusza może zapragnąć! Słodycze, czekolada Wedla wprawdzie jeszcze niedostępna, ale za to Chałwa jest.

wtorek, 6 października 2015

Parę najładniejszych widoków z Bremerhaven

W poprzednim wpisie pokazałam Wam główny port jachtowy, centralne miejsce w Bremerhaven.
Przypomnę je jeszcze kilkoma zdjęciami.
To tu podczas niedawnego SAIL 2015 stały te wszystkie historyczne jednostki, czyli stare żaglowce.
Budynki z widokiem na portem zawierają najdroższe mieszkania w tej okolicy. 


poniedziałek, 5 października 2015

Wielkie porządki i znów w Bremerhaven

Witajcie moi Drodzy,
Niektórzy pewnie już wiedzą po wpisie na FB, że znów jestem w Bremerhaven.
Droga była długa i mozolna. Wyjechałam dość późno, bo przed wyjazdem postanowiłam jeszcze zrobić porządki-gigant w mojej szafie i teraz mogę powiedzieć, że wreszcie przejaśniało w moich rzeczach i mam luz na nowe. Większość rzeczy z wieszaka na zewnątrz (te nowsze) trafiła wreszcie do szafy. Przejaśniały szuflady w komodzie obok.
Efekt moich porządków w garażu.
Te od lat nie noszone rzeczy zasilą jeden z domów samotnej matki i dziecka. Spakowane w torbach wyglądają jak sterta śmieci,w rzeczywistości niektóre jeszcze nie noszone i z metkami. 
Do tej pory nowe rzeczy wisiały poza szafą
Poprzestawiałam sobie trochę, a większość spakowałam w torby i wstawiłam do garażu. Przekażę w dobre ręceo po powrocie. I tak skończyłam o 2 w nocy przed wyjazdem.

Przycisnęło mnie i musiałam tę robotę dokończyć! Nawet kosztem późniejszego wyjazdu, ale chciałam mieć to za sobą.
Wreszcie od teraz postanowiłam otoczyć się wyłącznie rzeczami, które lubię, których potrzebuję i które są ładne i przydatne.
Jestem dobra dla siebie
A że nowe rzeczy są mi potrzebne, skoro schudło się 8 kilo, to wiadomo. Jakoś nie cieszą mnie te stare spodnie, w które teraz nareszcie się mieszczę. Bo fason niestety też już nie taki, jakie się obecnie nosi. Jakbym miała czas i umiejętności, mogłabym je przerobić, ale szczerze mówiąc brakuje mi jednego i drugiego.