Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

środa, 27 lipca 2016

Czas kończyć, czyli ostatni wpis

Moi Drodzy,
czas pisania tego bloga i przebywania z Wami był dla mnie bardzo ważny.
Nadszedł jednak czas, że są w moim życiu rzeczy ważniejsze i takie, którymi już nie mam ochoty się dzielić publicznie.
Tym bardziej, że różni ludzie czytają i nie zawsze rozumieją. Wyciągają niewłaściwe wnioski na mój temat. Generalnie pisanie ot tak bez celu znużyło mnie i zmęczyło. A pozostawianie czegoś, co nie ma sensu, jest wbrew mojej logice i mojemu odczuciu.
Dlatego zamykam niniejszym mojego bloga.
Dziękuję Wam za te setki komentarzy, za to, że bywaliście ze mną, gdy było dobrze i było źle i za to, że w ten sposób staliście się na zawsze cząstką mnie.
Do zobaczenia gdzieś kiedyś.
Nie mówię, że nie zajrzę do Was, ale póki co zamykam bloga jutro.
Życzę Wam wszystkim powodzenia.

Postanowiłam odblokować jeszcze raz tego bloga, w końcu jest na nim kawał mojej historii, którą czasem warto się podzielić.
Obecnie piszę w nowym miejscu i tam Was zapraszam:
iw-motywacja.blogspot.com
Wasza IW

wtorek, 26 lipca 2016

Opowieść o ściereczce

Hanna była w swoim żywiole, akurat miała siłę i wenę i sprzątała cały dom z taką radością, że nawet jej nie przeszkadzało zmęczenie, ani pot lejący się po plecach. Potem odpocznie. 
To nic, że musiała przelecieć na szmacie i odkurzaczu cały dom. Najważniejsze, że pojawiali się chętni na kupno, i to sporo, po kilka rodzin na tydzień. Ta świadomość ją uskrzydlała i dodawała siły, której jednak zaczynało brakować z każdym kolejnym wysprzątanym pomieszczeniem i piętrem.
W którymś momencie dotarła do swojej łazienki.
I tu w szafce leżała taka ściereczka zielona z mikrofibry, którą wycierała po umyciu wannę, kafelki, prysznic i przecierała okno.
To znaczy zawsze wcześniej leżała w szafce, na stałym miejscu. Hanna szukała jej na próżno. W szafce, w całej łazience, na parapecie, w sypialni... Nigdzie nie było!
Ta akurat ściereczka była świetna do zbierania wody i doprowadzania chromowanego kranu do stanu na błysk. Tak więc Hanna sięgnęła pewnie do szafki po tę zieloną ściereczkę, ale ściereczki na znajomym miejscu nie znalazła. 

czwartek, 14 lipca 2016

Co się stało?

Kazik wyjechał do Anglii trochę popracować, zarobić i pospłacać długi, które nie on pozaciągał, ale był na tyle nierozsądny, że kiedyś za kogoś poręczył.
Nie ma już teraz nawet żalu, chociaż kiedyś ścigał, szukał, sprawdzał, wściekał się. Bywa trudno, kiedy nie zarabia i musi płacić czynsz, a do tego jeszcze te raty.
Ta która go na podpis na poręczeniu naciągnęła, kiedyś dała mu sporo u siebie zarobić, a teraz sama z rodziną tynk ze ścian obgryza, tak cienko przędzie. Wzięło się na siebie czyjś telewizor na pół ściany, którego dawno nie ma, to teraz trzeba tę żabę jakoś połknąć.
Raz na wozie, raz pod wozem. Teraz Kazik to już wie.
Od lat był samotnym rozwodnikiem. W tamtej chwili poczuł się komuś potrzebny, w sumie nie miał nikogo innego, komu by choć trochę na nim zależało. A ona wyciągnęła go nie raz, nie dwa z ciągu. Toteż miał wobec niej dług.
Latami popijał za dużo, wtedy to nawet miał sporo kumpli. Ale kiedy pewnego dnia postanowił odstawić wszystko i trzyma się tego już co najmniej od dwóch i pół roku, kumple od kieliszka gdzieś się oczywiście rozpłynęli. Przestał być ciekawym towarzystwem.
Kaśka pisała do niego przez cały pobyt w Anglii. Codziennie dowcipkowali sobie wymieniając SMSki. Może nie wykraczały one poza zwykłą kumpelską więź, może czasem były zbyt radosne. W każdym razie zapełniały jej nudę, a dla Kazika stanowiły najjaśniejszy punkt każdego dnia, kiedy padał na łóżko wyczerpany po całodziennej ciężkiej harówie.
I trzymały go przy życiu, kiedy myślał o rychłym powrocie, jak już tu trochę kasy zarobi. Wrócił przed tygodniem i pierwsze kroki chciał skierować do Kaśki. W końcu miał nadzieję, że te SMSy jakoś się rozwiną, że coś między nimi zaiskrzyło, a może wreszcie po latach będzie mógł wziąć w ramiona kobietę.
Zadzwonił, żeby wpaść do niej w niedzielę. Kaśka się ucieszyła, ale spytała też z miejsca, czy może jej od razu tę półkę w łazience przykręcić, o której rozmawiali przed jego wyjazdem kilka miesięcy temu. Kazik uspokoił ją, że to zrobi, ale chciałby najpierw wpaść, na spokojnie pogadać, a miejsce obejrzeć, zanim się zabierze za jakieś naprawy i żeby wiedzieć, jakie narzędzia ma przywieźć.
Długo myślał na wyjeździe, zanim kupił dla Kaśki jakieś tamtejsze smakołyki, nie znał jeszcze aż tak dobrze jej upodobań, a poznali się, kiedy robił jej remont mieszkania. Miał chęć ją lepiej poznać, podobała mu się, a SMSy wysyłane z taką częstotliwością pozwoliły mu sądzić, że i ona dopuszcza możliwość, żeby to było coś więcej. Kazik już swoje lata miał i bawić się w podchody w tym wieku ani nie umiał, ani za bardzo nie miał chęci. Niby na co dzień śmiały i dowcipny w obejściu, kiedy chodziło o te sprawy, o jego sprawy, większość uczuć i przemyśleń znikała gdzieś głęboko w czeluściach jego serca, nigdy nie wychodząc na światło dzienne.
Mieszkając przez lata sam, czasem z kumplem, któremu podnajmował jeden pokój, zaczął już powoli sądzić, że nie ma kobiecie nic do zaoferowania. Żona odeszła dawno temu, zabierając dzieci, do innego, który akurat był na miejscu, podczas gdy Kazik znów zarabiał dla rodziny kasę za granicą. Ale go nie było. A kiedy był, popijał już wtedy za dużo.
Odzwyczaił się od bycia z kimkolwiek na co dzień. Miał już swoje przyzwyczajenia, swoje starokawalerskie. Lubił wesołą muzykę, lubił wypić rano kawę, lubił popatrzeć na zieleń, zadbać o swój mały ogródek, który był głównym powodem, dla którego mieszkał w tym sypiącym się domu nawet bez porządnego ogrzewania. Jedno, czego nie udało mu się rzucić to papierosy. Tak sobie myślał, że jak będzie miał dla kogo, to rzuci. Dla samego siebie nie czuł potrzeby. Nie było warto.
W sobotę przed wizytą u Kaśki zadzwonił raz jeszcze, żeby potwierdzić godzinę. Miało to być ich pierwsze spotkanie po długich miesiącach niewidzenia się, po codziennych SMSach via Anglia-Polska, po narastającym czekaniu i niepewności z jego strony. Po stukaniu się wielokrotnie w ten stary łeb, że przecież taka kobieta pewnie go nie będzie chciała. I za chwilę po kolejnym SMSie z nadzieją, że może jednak. Skoro umie ją codziennie zabawić i doprowadzić do uśmiechu telefonicznie, to może będzie chciała to mieć na co dzień.
W myślach nie pozwalał sobie iść nigdzie dalej, niż do powiedzmy nieco bardziej bliskiej rozmowy. W końcu nie miał pojęcia, czy jej się podoba, czy w ogóle ma u tej kobiety szansę. Ona w każdym razie mu się od dawna podobała.
Zadzwonił, zapytał, czy godzina aktualna.
A Kaśka znowu się pyta o tę półkę w łazience. Kazikowi oczy się zamgliły, czego nigdy nikomu by nie pokazał. Zakończył rozmowę przez telefon dość szybko, potwierdzając swój niedzielny przyjazd.
Rano w niedzielę ubrał się w ciuchy kupione świeżo w Anglii, w końcu nie będzie do niej chodził jak parobek w roboczym ubraniu, na które się napatrzyła podczas remontu. Wiedział, że dobrze w tych ciuchach wygląda, bo mu ostatnia zleceniodawczyni mówiła, a ona na dobrych rzeczach się zna.
W przedpokoju westchnął głęboko, wziął swoją torbę z narzędziami i poszedł na przystanek. Dojechał szybko, w wolne dni latem ulice w mieście były prawie puste.
Kiedy wszedł do mieszkania Kaśki, nie skorzystał z zaproszenia, żeby się czegoś napił. Od razu poprosił, żeby mu pokazała, co ma zrobić. Poszedł do łazienki, w 10 minut przykręcił półkę, po czym spakował narzędzia, podziękował jeszcze raz za zaproszenie na kawę i szybko wyszedł.
Dopiero na dworze odetchnął głęboko.
Po wyjściu ścigały go w myślach ostatnie słowa, które od niej usłyszał, wychodząc: No ale co się stało?
Założył okulary przeciwsłoneczne, żeby nie patrzeć ludziom w oczy i wolnym krokiem poszedł na przystanek.
Do swojego wynajmowanego starego małego domku na skraju miasta znów jechał prawie godzinę, to w końcu duże miasto.
Kaśka zadzwoniła jeszcze po południu, zadając to samo pytanie. I pewnie nadal nie ma pojęcia.

wtorek, 12 lipca 2016

Dla odreagowania

Jako, że dziś spędziłam dzień na bardzo poważnych sprawach, cały czas skupiona i skoncentrowana, muszę się pod wieczór odprężyć. A co może odprężyć lepiej, niż zwierzaki. Ostatnio między innymi też gotowanie (sama nie wierzę, że to piszę!)
W ramach relaksu opowiem Wam też, co się u mnie dzieje od paru dni. W niedzielę po tygodniu spędzonym razem musiał niestety wyjechać z powrotem do siebie Mikael. Jadąc do Polski M. przywiózł ze sobą naszego majstra. Po miesiącu czekania nareszcie mieliśmy kilka dni dla siebie. Staraliśmy się umilać sobie czas, choćby popijając kawusię z ciastem bananowym mojej roboty na tarasie.
p.s. Łyżeczka widoczna na tym zdjęciu trzy razy pod rząd wpadła mi w całości i utopiła się w słoiku miodu. Za trzecim razem już jej nie opierałam o słoik.

piątek, 8 lipca 2016

Lecę w kulki

Wczorajszy dzień upłynął mi na oczekiwaniu na różne rzeczy, na które nie miałam wpływu, toteż chętnie zajęłam ręce i myśli czymś innym.
Zaczęłam od zrobienia chleba, przepis na chleb znajdziecie tutaj, czyli na moim blogu kulinarnym Migawki. Ale ciasto z mąki żytniej wyszło tak ciężkie, że wolałam nie piec chleba, bo byłam pewna, że opadnie i będzie zakalec. Żeby nie wyrzucać ciasta, postanowiłam zrobić bułki. Tak więc upiekłam je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
I wyszły tak:
Nie żeby zwalały z nóg, ale pierwszą od razu zjadł M., jeszcze na ciepło, bo nie ma to jak na świeżo i z masełkiem.

wtorek, 5 lipca 2016

Uzależnienie

Zaczęło się w piątek, kiedy zamknęłam drzwi za ostatnim klientem, nawet dość wcześnie. Zamiast się wyluzować i iść do ogrodu, dołączyć do bawiących się zwierzaczków, ja zabrałam się do roboty.


sobota, 25 czerwca 2016

Jak dobrze wstać ... skoro świt

Myślałam, że zamorduję sąsiada, kiedy dziś świtem o 6.30 obudził mnie głośny niczym silnik jumbo-jeta warkot pompy na wodę, która raz za razem włączała się i wyłączała. Po chwili dotarło do mnie, że przyjechał bladym świtem, czyli jeszcze przed upałem podlać ogród, w końcu nikt inny tu teraz za ścianą nie mieszka i nie ma szans podlewać wieczorem, jak by było najlepiej. Ja rozumiem, że w ten upał to konieczne, ale na litość, w sobotę o 6.30!?
 
Później mimo kilku rozpaczliwych prób zasnąć się nie dało.

piątek, 24 czerwca 2016

Europa przetrwa, choć się zmieni

Za nami referendum w Wielkiej Brytanii, które uświadomiło chyba wszystkim krajom europejskim, należącym do Unii Europejskiej, że przez nasz świat przetaczają się wielkie zmiany i nabierają one konkretnych kształtów.
Już niektóre nadchodzące lub zachodzące zmiany przywódców stojących na czele państw powinny nam dać do myślenia.

niedziela, 19 czerwca 2016

Byłam na Marszu Godności - Protest Kobiet i jestem z tego dumna

Niegdyś męska siła była tym, co zmuszało kobietę do posłuszeństwa i poddania się męskiej dominacji. Stąd w uproszczeniu wzięła się męska dominacja w grupach ludzkich. Biorąc pod uwagę, że niemal każda kobieta jest w stanie urodzić dziecko, czyli w sposób naturalny znieść ból większy od jakiegokolwiek bólu znoszonego przez każdego mężczyzny w ciągu jego życia, jesteśmy cholernie silne. A jednak na przestrzeni wieków na bazie większej siły męskich mięśni ukształtowały się społeczeństwa patriarchalne. Z racji kobiecej słabości fizycznej kobietom odmawiano wszystkiego: mądrości, inteligencji, daru przywództwa, siły woli i konsekwencji.
Gorsze prawa dla kobiet i znacznie słabsze ich egzekwowanie nawet w przypadku istnienia litery prawa teoretycznie broniącej nas to dla większości społeczeństw akceptowana codzienność, rzecz z którą trzeba się pogodzić, zaakceptować i uznać za panujący porządek rzeczy. 
Gdyby kiedyś tak myślały feministki nadal nasze prawa ograniczałyby się do bycia przy mężu, a kobieta bez męskiego ramienia uznawana byłaby za niepełną i niegodną uczestnictwa w życiu publicznym.
Jednak ta walka nie odniosła jeszcze zwycięstwa, gdyż prawa kobiet i dzisiaj w nowoczesnych wydawałoby się społeczeństwach nadal są deptane a same kobiety poniewierane, lekceważone, traktowane gorzej od mężczyzn.
Skrzywdzone i zgwałcone nadal muszą znosić nieludzkie traktowanie, żeby dochodzić swoich należnych praw. Kobiety będące ofiarami przemocy, zamiast być pod ochroną, są nękane przez swoich dręczycieli w majestacie prawa.
Samotne matki wychowujące dzieci są zmuszone walczyć przed sądami o alimenty, często bezskutecznie.
Na takich samych stanowiskach nadal jeszcze kobietom trudno uzyskać wynagrodzenie na równi z męskimi pensjami.
Do tego ostatnimi czasy straszą nas jeszcze zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej, które ma prowadzić do tego, żeby kobiety z osób o wolnej woli zostały przekształcone w bezwolne chodzące inkubatory, nie mające żadnych praw w zakresie ochrony swojego życia i zdrowia.
Na to lekceważenie naszych praw ciągle jeszcze istnieje zbyt duża tolerancja w społeczeństwie.
I właśnie dlatego wczoraj, 18 czerwca 2016 r. po ulicach Warszawy wczoraj "za pięć dwunasta" jako symbol tego, że to ostatni moment, żeby zacząć walkę o nasze prawa, przeszedł pochód pod nazwą Marsz Godności Kobiet
Marsz przeszedł trasą od Placu Zbawiciela do Ogrodu Saskiego. Było nas zgodnie z doniesieniami mediów 15 tysięcy!
W marszu wzięły udział kobiety w różnym wieku, o różnych zawodach, widziałam wiele kobiet z rodzinami, od babć, poprzez młode kobiety, kobiety w wieku jak najbardziej produkcyjnym, kobiet w ciąży, kobiety w średnim i późnym wieku. Było też wielu męskich uczestników, dało się zauważyć też tęczowe flagi stowarzyszeń LGBT.
Tym razem nie było żadnych podziałów politycznych. Bo tym razem chodzi o prawa 52% społeczeństwa, czyli nas, kobiet.

środa, 15 czerwca 2016

Spotkania z Ważnymi Ludźmi

Moje życie znów ostatnio nabrało rozpędu. Na pierwszym planie jest intensywna praca na przemian ze spotkaniami z Ważnymi dla mnie Ludźmi.
A poza tym odgruzowywanie domu, zwierzaki i ich leczenie. I milion pomysłów na minutę na temat zorganizowania mojej przyszłości. I żeby jeszcze ta głowa tak mnie nie bolała. A na..... to znaczy boli mnie od dwóch tygodni codziennie. Ból bierze się najprawdopodobniej z napięcia mięśni karku i pleców. Dlatego jutro idę wreszcie na masaż do dobrego fizjoterapeuty. Liczę na jego pomoc.

niedziela, 5 czerwca 2016

Między dwoma domami

Od paru dni siadam przed otwartym oknem ekranu mojego komputera i mam zamiar nadążyć opisać ten pęd i ilość spraw, które się wokół dzieją.
Jest tego jednak zbyt dużo, a moje osłabienie przez kilka dni po podróży sprawiło, że je po prostu poświęciłam na przymusowy odpoczynek.

Po około trzech dniach zaczęłam się czuć jako tako i od razu przyszły zlecenia. Trzeba się więc było brać do pracy. Jedną z większych przyjemności po przebywaniu na terenach objętych remontem jest powrót do rzeczywistości w miarę uporządkowanej.
Ale druga strona tego medalu to wielka tęsknota, obecna każdego dnia. Pokonujemy ją telefonami, ale to i tak nie jest łatwe. Tym bardziej, że tym razem muszę tu znów zostać około miesiąca, jeśli nie dłużej. To zależy od wielu czynników i spraw do załatwienia.
Ta jazda jednak zaczyna być męcząca. Taki wyjazd do jak wysiadanie z jadącego dość szybko pociągu i wsiadanie do drugiego, też w biegu.

Bardzo potrzeba mi spokoju, ale jakoś tak ciągle się nie składa, żebym mogła go zaznać...
Z pozytywów: wstawione do końca okna i żaluzje w BH. Założone kaloryfery. Ukończone już prawie płytki naścienne i podłogowe w tamtejszej kuchni i części przedpokoju itd. Śledzę wszystko podczas codziennych rozmów z Mikaelem, dostaję zdjęcia... 
I u mnie dzieje się bardzo dużo. Przybyło zleceń, więc mam co robić. A wczoraj musiałam skosić trawnik, bo dziś trzeba było wystawić odpady zielone, żeby służby miejskie je zabrały. a nie robiłam tego jeszcze w tym sezonie. Część ścięła w ramach dobrych a niechcianych uczynków moja mama sierpem i musiałam najpierw te spleśniałe sterty trawy spakować do worków. Operacja trwała dwie godziny.
Potem dokonałam reszty kosiarką. Chcąc nie chcąc zaliczyłam w sumie 5 godzin siłowni mimo woli.
Tak się składa, że ubiegłej jesieni pod jedno z drzewek wysypaliśmy ziemię z ziarnami rukoli.
Efekt - małe poletko tejże rukoli tam wyrosło i ma się nieźle.
Drugą część wysypaliśmy do kompostownika i tam też wyrosła.

niedziela, 29 maja 2016

Wymiana okien

Dzis nadszedl ten dzien, kiedy mozna bylo wreszcie wymienic okna, ktore dojechaly z Polski w piatek rano. Ekipa, tez polska, do ich wymiany byla u nas dzis przed w pol do osmej.
Prace rozpoczeli natychmiast.
Wyjmowanie starych okiem poszlo dosc szybko, ale nie udalo sie zachowac zadnej ramy.

czwartek, 26 maja 2016

Chaos w toku, czyli dziennik budowy BH odcinek kolejny

Po ostatnich wydrzeniach dopiero dzis dojrzalam do tego, ze moge Wam juz na luzie i na spokojnie opowiedziec, co sie ostatnio u nas dzialo.
Pewnie sie nie zdziwicie, ze jeszcze nadal mamy remont. Latwo nie jest. 
W dzien po moim przyjezdzie w ostatni poniedzialek przyszli hydraulicy i dokonali ostatecznej demolki naszego pomieszczenia gospodarczego. Bylo ciezko, bylo brudno, wszedzie syf i gruz, ktory trzeba bylo posprzatac, ale jakos przezylismy. 

środa, 25 maja 2016

Troche ruchu

Jak dobrze, ze nie musimy spedzac teraz w domu ciagle czasu. Dla majstra tez bylo lepiej, ze w sobote i niedziele wybralismy sie na troche na rowery. Wprawdzie pogoda tu bardzo zmienna, a wiatr jeszcze bardziej i ciagle wial mi w oczy, niezaleznie od kierunku jazdy, ale mimo to nasze rowerowe wycieczki po miescie i bliskiej okolicy uwazam za bardzo udane.
Tu akurat odwiedzilismy miejsce, ktore mojemu M. w latach mlodzienczych sluzylo za kapielisko.

Ulga niesamowita

Zaczne z koniecznosci od ogloszen parafialnych. Wlasnie popsul mi sie komputer i moge pisac tylko z kompa mojego M. czyli niestety bez polskich znakow i z mac´a, czyli mam problemy z najprostszymi rzeczami, bo dawno nie robilam niczego na macu, a wiele rzeczy jest tu inaczej nic na pececie. 
Dzis jest wspanialy dzien, bo dostalam najlepsza wiadomosc od miesiecy zwiazana z moja corcia. Tuz przed planowana operacja w szpitalu przeprowadzono u niej badanie, ktore wykazalo, ze nastapilo samowyleczenie!
Moja corcia jest zdrowa, a to, co mialo byc do wyciecia, (do niedawna wielkosci kilku cm) zaniklo samoistnie!
Teoretycznie nic groznego, ale wiadomo, nikt nie lubi, jak mu grzebia w ciele. 
Przy tej wiadomosci glupia awaria laptopa (totalny pad, nic nie widac, nic nie slychac) to glupota i pestka!
Takiej ulgi i radosci nie odczuwalam juz dawno.
Po otrzymaniu tej wiadomosci siadlam a nawet sie polozylam, bo mi nogi zmiekly. A corcia ostrzegala, zanim mi to powiedziala: siedzisz, nie, to usiadz!
Te kozki podczas spaceru w sobote sfotografowalam specjalnie dla niej, tego samego dnia i ona fotografowala kozki dla mnie, wiec musza byc ilustracja do tego posta.
Im blizej byl ten dzien, tym bardziej mi zatykalo oddech i trudniej mi bylo myslec o czyms innym. Mimo, ze to teoretycznie nie mialo byc nic takiego, rutynowy zabieg, wszystko w normie... 
Kto ma dzieci, niezaleznie od ich wieku, ten wie, co czulam.
Zasznurowane gardlo, slaba koncentracja na wszystkim inym im blizej tego dnia. I odciecie sie od wszystkich i od wszystkiego, co moglo mi w tych dniach zaszkodzic czy mnie dodatkowo przygnebic. Jesli ktos stawal mi na drodze, nie bylo to dla niego najczesciej zbyt mile spotkanie. 
Od tygodnia miejsca sobie znalezc nie moglam. Najchetniej chcialam byc przy niej. Ale tym razem balam sie jechac, bo musialabym jechac juz wczoraj. Zbyt wielkie obciazcenia doprowadzily ostatnio do takiego przemeczenia, ze sie nie odwazylam jechac w takim stanie. 
Moja corcia juz jest dorosla i madra mloda kobieta i zrozumiala mnie. I sama nawet nie chciala, zebym wracala specjalnie po to tylko, zeby robic przy niej tlum. Ale ja sie z tym i tak czulam zle. Wolalabym byc przy niej.
Na szczescie moja dzielna Mama byla przy niej. I tu szczerze musze stwierdzic, ze ona po prostu jest lepsza w te klocki. Te szpitale, lekarze, umawianie sie na wizyty, ta cieleca pokora, no naprawde cierpliwosc trzeba miec do tego anielska. Ktorej mnie czesto brakuje. A Babcia dysponuje wszystkimi niezbednymi atrybutami.
Wiec znow dzieki Ci Mamo. Jestes nieoceniona. 
Dalej radosc mnie wypelnia, kocham Cie corcia i to cudownie, ze jestes zdrowa. A ze jeszcze musisz isc na kontrole, to przy tym wszystkim pikus! Dasz rade!

niedziela, 15 maja 2016

Gorący okres i znów podróż

Kiedy byłam młodą dziewczyną, podobnie jak większość młodych ludzi marzyłam o życiu, które będę wiodła, gdy będę dorosła. Czasem miewałam przebłyski, że w związku z moim zawodem tłumacza, o którym już wtedy marzyłam, będę często wyjeżdżać i pracować dla wielu szacownych gremiów i instytucji.
Ważnym elementem tego życia miały być podróże. Myślałam, że będzie ich wiele. Taki zawód sobie też wybrałam, bo tłumacz właściwie zawsze musi być gotowy do podróży, bo nie wiadomo kiedy przyjdzie takie zlecenie, że trzeba się będzie spakować w godzinę i jechać na zlecenie.

niedziela, 8 maja 2016

Dzień lenia

Dziś rano ogłosiłam sobie dzień lenia. Nie była to data kalendarzowa, nikt inny nie umieścił jej w każdym razie w żadnym kalendarzu. Ale ja sama potrzebowałam takiego dnia już od dawna.
I wcale nie oznaczało to dnia, w którym wyłącznie leżę plackiem, tylko dzień, w którym absolutnie do niczego się nie zmuszam i mogę robić wszystko to, na co mam ochotę, o ile sprawi mi to radość. Na przykład poleżę z pieskiem na tarasie i potarmoszę go, pomiziam kicię w ogrodzie.

piątek, 6 maja 2016

Kobieta i samochód oraz wymiana tłumika

Wczoraj w rozmowie z koleżanką doszłyśmy do wniosku, że większość kobiet bardzo dba o swoje samochody. Najczęściej są nie tylko umyte i wywoskowane, ale i wypolerowane. A nawet jeśli niekoniecznie to, to zawsze są punktualnie w serwisie, wszystko wymieniane regularnie i zgodnie z książką serwisową. No dobra, ja się czasem spóźniam o miesiąc, ale ciiiii...
Nie słyszałam jeszcze, żeby kobieta zapomniała na czas opłacić swoje ubezpieczenie, czy nie zrobiła badań technicznych. A o facetach i owszem. Jednemu nawet za brak badań technicznych kiedyś dali mandat 5 tys. złotych i to kilka lat temu. Czy to w ogóle możliwe, żeby były takie mandaty? Ogólnie z moich obserwacji wynika, że dbamy o swoje samochody, my kobiety. 
Mężczyźni niektórzy dbają bardziej o samochody czy motocykle, niż o swoje kobiety, ale o tych nie będziemy mówić, jako o niezdatnych do związku.
Ale wielu z nich nie przywiązuje zbyt wiele wagi do wyglądu swoich aut. Optymalnie jest, gdy dwie osoby dbają i o swoje pojazdy i o siebie. :)

poniedziałek, 2 maja 2016

Plecak coraz lżejszy

Kiedy mam dużo spraw do załatwienia, to niezależnie od ich wagi jest tak, jakbym przez cały czas niosła na plecach bardzo ciężki plecak, w którym nosiłam cały ciężki ładunek kamieni. 
Z każdą załatwioną sprawą wyrzucam z plecaka kolejny kamień. Teraz zostało ich już bardzo niewiele, a plecak jest o wiele lżejszy. Przed wyjazdem ma być pusty - taki jest przynajmniej plan.
Dzięki temu, że mam coraz więcej załatwionych spraw, znajduje się w moim życiu miejsce sprawy ważne, w tym treningi z trenerem i realizację innych ważnych dla mnie celów.

piątek, 29 kwietnia 2016

Moja osobista masakra, a następnie nirwana

Dziś opowiem Wam, jak to jest mieć trenera osobistego. Na szczęście ja takiego znalazłam w osobie Piotra Montiego.
We wtorek mieliśmy pierwszy trening, w czwartek, czyli wczoraj był drugi.
Trenujemy z muzą w tle. Fajną muzą - dodam. Tak jak za pierwszym razem Mistrzu więc wrzucił wczoraj fajną pobudzającą muzyczkę treningową i narzucił tempo już przy rozgrzewce.
A potem napięcie, jak u Hitchcocka, stopniowo rosło. Od podskoków i wymachów różnymi częściami ciała przyśpieszał mój oddech, płuca chciały wyskoczyć z pierwszego piętra, a mięśnie bardzo szybko odmawiały posłuszeństwa. W końcu już były trochę zmęczone po pierwszych wtorkowych ćwiczeniach, a tu nastąpiło zauważalne przyspieszenie.
No cóż, jak się zaprzestało treningów przez ostatni miesiąc - półtora, to teraz się ma adekwatny stan. Ma się też rosnący brzuszek i boczki oraz plecy zakrywające się stopniowo zamiast pięknej rzeźby mięśni kołderką z tłuszczu, brrr, nie! Do tego nie chcę dopuścić. Kiedy sobie wyobrażę, że jeśli nie zacznę uważać, zaczną mi pęcznieć od tłuszczu uda, zasuwam, jak się patrzy. Nie, tego scenariusza nie dopuszczam!
Zamiast tego będzie scenariusz z ostrym treningiem, taki na jaki aktualnie mnie siłowo stać i który przyniesie długofalowe efekty, bo zamierzam się nauczyć, jak trenować tak, żeby sobie nie zrobić krzywdy, tylko wprost przeciwnie zadbać o siebie. Mam jednak nadzieję, że za każdym razem i podczas każdego treningu będzie lepiej, czyli że będę się czuła silniejsza i mogła więcej zgodnie z mottem, które mój trener prezentuje na swojej stronie, czyli na blogu poświęconym fitnessowi.
Po pierwszym treningu czułam większość mięśni w nogach i pośladkach. I to jak je czułam!
Dziwne uczucie czuć mięśnie pośladków przy każdym ruchu, każdym kroku.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Remanent, czyli spis z natury

Są w życiu chwile, kiedy spoglądając w lustro i wokół siebie człowiek najchętniej dałby sobie buziaka i poklepał po ramieniu.
Bywają jednak i takie, gdy musi spojrzeć prawdzie w oczy i stwierdzić, że się zaniedbał, zbyt długo zwlekał z załatwieniem pewnych spraw lub zapuścił totalnie siebie lub / i swój dom.
I wtedy ci, którzy są dla siebie dobrze, najchętniej przytuliliby swoje odbicie w lustrze i dali wypłakać się w kołnierz.
A ci, którzy jeszcze nie mają ze sobą poukładanych wszystkich spraw i nie są dla siebie dobrzy, daliby sobie po mordzie albo spuścili manto.
Dziś rano spojrzenie w lustro spowodowało raczej drugą reakcję, z tym, że ja na szczęście jestem dla siebie dobra.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Bezsenność powodem wpisu

Od kilku dni zdarza się taki schemat: zasypiam przed tv ze zwierzakami koło 22-23, po czym budzę się przy jakiejś reklamie między 1 a 2 w nocy i lecę szybko umyć zęby, nałożyć krem i przebrać się do łóżka, żeby się do końca nie rozbudzić. 
A potem długo, długo nie mogę zasnąć. Przewracam się z boku na bok, przeżywając różne trudne sprawy, które mam na dniach do załatwienia i próbując je jakoś uporządkować i zaplanować. Nie za bardzo jest to możliwe przy zgaszonym świetle, więc się męczę i przeżywam dysonans poznawczy. Bo dobrze by było wstać i zapisać plan ich załatwienia. Ale też dobrze by było się wyspać. Dziś jednak po godzinie przewracania się z boki na bok na łóżku, przekładaniu kota spomiędzy nóg na róg łóżka, po kolejnej szalonej pozycji, która miała mnie rozluźnić i skłonić do spania, postanowiłam wziąć do łóżka laptopa i przynajmniej porobić te przelewy, o których z nawału zmęczenia nie zrobiłam w piątek. Uff, o jeden problem mniej. Teraz więc jest godzina 5 rano, a ja robię plan spraw do załatwienia na ten tydzień.
Jak skończę pewnie padnę szczęśliwa, że udało mi się to wreszcie zaplanować i jeszcze się chwilę przespać.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Ponownie w drogę

To ostatnie chwile przed spakowaniem, ostatnimi zakupami i spojrzeniem na ten dom i ten ogród.
Już dziś wyjeżdżam. Póki co na zlecenie w Niemczech, o ok. 300 km stąd, a po zleceniu pojutrze zmieniam kierunek i ruszam na wschód, czyli do mojego domu.
Żegna mnie magnolia w pełnym rozkwicie.

sobota, 9 kwietnia 2016

Awarie opanowane, kuchnia zamówiona

Jak od dawna wiadomo, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. I to niekoniecznie te wióry, które powinny.
Wczoraj czyli w piątek po południu koło 17-tej, czyli klasycznie na koniec tygodnia pracy przydarzyła nam się awaria pieca. Zepsuła się dmuchawa, co poskutkowało wyłączeniem kaloryferów i ciepłej wody. W sumie przy starym piecu trzeba brać takie wypadki pod uwagę. Szkoda tylko, że zwykle takie sytuacje zdarzają się właśnie albo w piątek wieczorem, bywa też, że dokładnie w środku weekendu. Tym razem na szczęście awarię pieca udało się usunąć dziś w ciągu półtorej godziny od pierwszego telefonu do specjalisty. Mamy tu zaprzyjaźnioną firmę z usługami hydraulicznymi i grzewczymi, nie jest tania, ale awarie usuwa w takim tempie, że właściwie zawsze można spać spokojnie (o ile zarabia się na koszty naprawy :).
Drugą niemiłą niespodzianką był moment, kiedy usiadłam za kierownicą mojego samochodu. Okazało się, że już słaby akumulator nie dał się tym razem uruchomić. No cóż, i tak wytrzymał z górką 7 lat. Trafi do wymiany zaraz po powrocie do PL. Ale chciałam na nim jeszcze wrócić do domu. Na szczęście mój M. miał, co trzeba, wyciągnął z garażu przewody, podpiął do swojego silnika i mój rozrusznik ruszył! Co za ulga! Potem pojeździliśmy i pozałatwialiśmy zakupy w okolicy, żeby akumulator się naładował.
Opony też muszę szybko wymienić, bo póki co jeszcze nadal jeżdżę na zimówkach, w końcu przyjechałam tutaj przed prawie 5 tygodniami, myśląc wtedy, że zostanę na tydzień, ubrań też zabrałam ze sobą tylko na tydzień. 
Pod koniec wpadliśmy do mamy Mikaela, która znów uraczyła nas pyszną zupą. Słusznej wielkości gar zupy zabraliśmy do domu, żeby i nasz majster mógł się najeść.
I to by było wszystko, na dziś, gdyby nie to, że zamówiliśmy jeszcze wreszcie kuchnię!
Tak wyglądają zdjęcia zrobione przez szybę dla klienta w punkcie sprzedaży naszej kuchni. Przy okazji pochwalę, że projektanci bardzo się starali zrealizować wszystko zgodnie z naszymi oczekiwaniami, spełnić każdą prośbę, dostosować tę kuchnię jak najbardziej do naszych potrzeb. 
Doradzili nam też, jeżeli chodzi o dobranie materiałów dodatkowych, jak zlewozmywaka, okapu czy kranu. Poza tym mają tu bardzo wygodny patent, przed siedzeniem klienta jest szyba, pod którą ukryty jest ekran. Na nim widać na bieżąco kuchnię zaprojektowaną przez projektanta. To w ten sposób zrobiłam wszystkie widoczne w tym poście zdjęcia.
Szafki wiszące są białe, lakierowane. Okap z płytą z białego szkła.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Projekt kuchnia: od tymczasowej do docelowej

Dziś pokażę Wam, jak udało mi się opanować regały w kuchni i co się okazało po przyjściu naszych hydraulików.
Regały okazały się strzałem w dziesiątkę. Przemysłowe, porządne, stabilne, do tego wyłożyliśmy je mocną wykładziną podłogową, żeby łatwo było utrzymać półki w czystości, gdyż same półki zrobione są z czegoś w rodzaju surowej dobrze wygładzonej płyty paździerzowej i gdyby się na nich coś wylało, to zabrudziłoby je na amen.
Wczoraj w przerwie w pracy stwierdziłam, że mam dość kartonów pod nogami i muszę po kolei powstawiać rzeczy kuchenne, żeby zacząć z nich korzystać w naszej kuchni polowej.
Cała operacja trwała znacznie dłużej, niż pisanie, a znacznie krócej, niż te parę chwil, kiedy czytelnik przeleci ten tekst wzrokiem.
W każdym razie gdzieś po dwóch godzinach regał był spakowany i wyglądał tak.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Życie w pakamerze, czyli kuchnia naprędce

Pytaliście mnie, jak sobie radzimy tymczasem bez kuchni. Bo kuchnia na razie wygląda wprawdzie już jaśniej, ale nadal jeszcze jest jednym wielkim placem budowy, podobnie jak reszta domu.
Faktycznie dobre pytanie, bo jeść a przynajmniej pić przecież jakoś trzeba.

niedziela, 3 kwietnia 2016

piątek, 1 kwietnia 2016

Przeprowadzka numer jeden

Wczoraj w 99% dokonaliśmy przeprowadzki z mieszkania do domu, czyli prawie że po nocy od godz. 18-tej były przewożone wszystkie duże meble, których nie udało nam się przewieźć samochodami.

sobota, 26 marca 2016

Bezcenny cichy pomocnik, moja niewidzialna ręka

Rzadko o niej piszę, a przecież ciągle jest gdzieś w tle. Od dawna wiem, że zawsze w każdym najtrudniejszym momencie życia mogę na nią liczyć.
Kiedy miałam małe dziecko, to też na nią zawsze mogłam liczyć w ciemno. Bo wiedziałam, że nawet jeśli każdy inny miałby inne zajęcia, ona tak sobie zorganizuje czas, żeby to mnie i mojej córci pomóc w pierwszej kolejności.
Ostatnio pomyślałam, że tak rzadko o niej piszę, bo to dla mnie wszystko takie oczywiste. A oczywiste naprawdę nie jest. Poza tym wcześniej często skupiałam się na tym, co trudne, a teraz coraz bardziej doceniam to, co dobre i niespotykane.

piątek, 25 marca 2016

Wesołych jajek i nie tylko

Hej, a co wy takie nieumalowane na święta?
A bo przeprowadzkę mamy!

Wszystkim moim Czytelnikom i blogowym Znajomym życzę niezależnie od poglądów udanego czasu i wytchnienia Świątecznego.

czwartek, 24 marca 2016

Każdy moment na zamach jest zły

Za każdym razem, kiedy tworzę nowego posta, zastanawiam się jak będzie osadzony w bieżących realiach, a nawet w dziejowej chwili. No bo w zasadzie jak tu pisać o tym, że za oknem mam znowu remont ulicy, w domu prace się posuwają, internet dzięki bogu tu jeszcze mam, w sklepach towar normalnie na regałach, pies zdrowy, tylko leki trzeba mu dokupić, kicia dalej chwilami skacze na ogon, żeby wymuszać różne działania mojej mamy, a mama jej ulega.
Jak w perspektywie kolejnego zamachu terrorystycznego poświęcić się zwykłemu życiu, pracy, sprzątaniu, piciu kawy i oglądaniu dla odmiany i równowagi zdjęć nastrajających wesoło.
I czy w ogóle cokolwiek da zajmowanie się przeze mnie tą sprawą z perspektywy mojego zwykłego życia.
Czy cokolwiek zmieni moja krytyka kolejnych posunięć polityków albo kolejnej mało skutecznej akcji solidarności z ofiarami.
Najgorsze jest to, że nie mam wyjścia.
Bo moi klienci czekają na wykonaną dla nich pracę.
A nasze pranie same się nie wypierze.
Tak jak jedzenie samo się nie ugotuje. Sam również nie wyremontuje się dom. I ciasto też się samo nie upiecze.
Ani kuchnia sama się nie zrobi.
Długie rozważania nad tragedią kolejnego zagrożonego miasta zostaną zatem już za kilka minut przerwane prozaicznymi, codziennymi czynnościami.
I co więcej - nie widzę w tym nic złego. A ktokolwiek widzi, chętnie podam konto, na które proszony będzie o wpłatę solidnej sumy w zamian za te rozważania, które będę snuła, podczas gdy on/a będzie na mnie zarabiał/a.
Jedyne możliwe wyjście z tej sytuacji to jak najszybszy powrót do normalnego życia. I pamiętanie o tym, że i w moim życiu może się zdarzyć taka chwila, że znajdę się gdzieś w pobliżu, albo nawet zbyt blisko takiej tragedii.

Że nie mogę ani przewidzieć, ani zaplanować mojego udziału w podobnym krwawym spektaklu. I że tak naprawdę dopiero w tej krwawej tragicznej chwili to ja będę w szoku, w stanie ciężkich obrażeń, albo mnie po prostu w jednej chwili nie będzie.

poniedziałek, 21 marca 2016

Z ruin powstaniem

 Nic na to nie poradzę, ale każda wizyta na placu boju, to jest sorry, na placu budowy, czyli w domu to kolejne decyzje, projekty i obserwacje, którymi koniecznie się z Wami muszę podzielić.
To co się z tych prac wyłania ma już w niektórych miejscach całkiem ciekawą postać.

Ale póki co jest tak:
Tego łuku i tych kolumn ze styropianu będzie mi prawie brakowało, jakieś takie sympatyczne były, ale decyzje są jasne: zamiast łuku prostokątny otwór, zamiast kolumn gładkie ściany, na ścianach jakiś kolor, może ten z góry....  

sobota, 19 marca 2016

A na co mi to

Tak zupełnie na poważnie zastanawiam się, na co mi ten cały blog. I nie jest to jeden z tych wpisów typowych samobójców blogowych, żeby pokrzyczeć i pochlapać ekran krwią z ręki nad klawiaturą ucinanej, żeby się zbiegli ludziska i powiedzieli: no coś ty, nie zamykaj. Przecież Cię kochamy. A że nie przychodzimy czytać? No może i przychodzimy, ale co przyjdziemy to znowu remont... A gdzie tu coś emocjonującego: seks, jakiś trójkącik chociaż mały, a może jakaś historia na tropach pedofila, albo o związkach, bo dawno nie było, albo chociaż polityka panie, to by człowiek wiedział, co ma powiedzieć!
A tak - nuda. Ciągle coś budujesz, remontujesz, naprawiasz, jeździsz. No i jeszcze do obrzygu zdrowo i nudno teraz gotujesz, ćwiczysz i w dodatku Ci się udało schudnąć. Nienawidzę Cię!
W panice, bo każdy bloger w końcu chce jednak być czytany, zagłębiam się w tematykę, o której bym mogła napisać, żeby nieco podgrzać atmosferę. Żeby było jak kiedyś, no chociaż ze 20-30 komentarzy od razu pierwszego dnia pod postem.
Ale z wypisywania porad o związkach jakoś chyba chwilowo wyrosłam, a może i tak nie widzę sensu poprawiania czy ingerowania w czyjeś życia, skoro każdy z nas przecież żyje jak chce.
Zarabianie na blogu też chyba niespecjalnie dla mnie, bo za bardzo sobie cenię wolność i niezależność, a reklamodawcy to wymagający naród i jak ogłoszę konkurs, to i wybrać zwycięzców muszę, a to jak wiadomo ostatnio mi się nie udało, więc porzuciłam to zajęcie jako nie moje. Poza tym nie dość, że ci stawkę z góry próbują narzucić, to jeszcze wolą zawsze zaproponować barter lub wymianę linków, niż żywą gotówkę za usługę reklamową.
Czy ja się dzielę czymś bezcennym, niezwykłym i wartościowym, żeby Was wciągnąć w moją pasję? Ratuję małe kotki lub pieski? A może chociaż jakiegoś żółwia czy jaszczurkę? 
No nie.
Tylko nuda. Siedzę sobie gdzieś na niemieckiej prowincji, nie uczestniczę za bardzo w wydarzeniach artystycznych, bo czasu na to nie mam. Głównie pracuję. O osobistych tragediach i chorobach swoich ani w rodzinie nie piszę, bo uważam, że są osobiste właśnie, czyli nie do dzielenia się na forum publikum. Zwierzaki czasem chorują, to napiszę, ale nie są to choroby poważne, więc też poziom emocji nie rośnie specjalnie.
No to może chociaż o zmianie systemu edukacji, o uchodźcach, albo o oponie?
Ależ o tym wszyscy piszą...
A ja tylko o sobie.
Nuda.
No więc naprawdę poważnie się zastanawiam nad powolnym wyczyszczeniem ze mnie przestrzeni dyskowej, blogowej i wszelakich internetów.
Bo formuła blogowania pamiętnikowego chyba się już przejadła. A do innej mnie chwilowo nie ciągnie.
Z tej rozpaczy aż ciasto wczoraj upiekłam i nawet trzy kawałki zjadłam.


To teraz takie moje minimum szaleństwa, jak na inne czasu nie wystarcza.

Uwagi o poranku po przemyśleniu
Bardzo Was proszę o nieodnoszenie uwag o pisaniu blogów na różne tematy osobiście do Was, moi kochani koledzy i koleżanki po piórze. Mam nadzieję, że mój post nikogo nie uraził i nie urazi.
Sama nie wiem, co mam jeszcze napisać. Może to, że zbyt wiele lat żyłam w cieniu choroby bliskich mi osób, żeby teraz chciało mi się opowiadać o jakichkolwiek chorobach. Dlatego może omijam raczej temat, nie tylko na blogu, ale i w życiu osobistym. Rozumiem natomiast doskonale osoby, które mają potrzebę, żeby o tym pisać. Ja nie potrafię i nie chcę.

piątek, 18 marca 2016

Wielkie silne maszyny w akcji, czyli porządkowanie zieleni w Niemczech

Nie wiem, czy to jakieś moje zboczenie, a może po prostu faktycznie w planach miałam zostać chłopcem i tylko przez przypadek urodziłam się dziewczynką, bo od dziecka fascynują mnie duże maszyny. Te małe precyzyjne zresztą też. Jeśli tylko mogę i mam chwilę czasu zawsze z wielką fascynacją i przyjemnością obserwuję ich pracę, podziwiając przy okazji fachowość operatorów koparek, dźwigów. A nawet wózków widłowych i różnego rodzaju innego ciężkiego i jeszcze cięższego sprzętu.
Mój dziadek pracował na dźwigu, to coś niecoś wiem, jakie to trudne. To teraz już wiecie, dlaczego z tak wielkim zainteresowaniem obserwuję, gdzie się da, wszelkie budowlane spektakle. Ten który pokażę poniżej zdarzył się, jak znalazł, tuż przed naszymi oknami - czyli w tym mieszkaniu, w którym jeszcze teraz mieszkamy przez ostatnie dni.
Codziennie praca wre, a ekipa wykańcza ulicę metr po metrze. Solidnie pracują, każdy najmniejszy etap jest starannie nadzorowany, o ile mi pozwala śledzić to moja praca, na której jestem teraz codziennie mocno skupiona. 

czwartek, 17 marca 2016

Planowanie, czyli kuchnia i cała reszta

Tak sobie czasem myślę, że pewnie Was tymi remontami już nudzę, ale co poradzę, że znów mnie dopadł kompleks remontowy. :) No więc bez zbędnych słów przechodzę do relacji. U nas na placu budowy nieustannie coś się dzieje. 
Mój M. jest tam codziennie, codziennie też staramy się podjąć jakąś decyzję. A to dotyczącą kuchni, ale kuchnię jako temat zbyt kompleksowy na początek, ciągle odsuwamy w czasie.
Temat kuchni na razie czeka....

środa, 16 marca 2016

Wyścig z czasem, kolejny przejazd i remont

Chciałabym Wam na jednym wdechu opowiedzieć to wszystko, co się obecnie u mnie dzieje, ale obawiam się, że nawet przy moich solidnych płucach ten jeden wdech by nie wystarczył. Mimo to postaram się choć w punktach podzielić się tym, co najważniejsze.
Tak więc po pierwsze od soboty znów jestem w BH. Przyjechalimśmy (nie poprawiać, tak ma być) z majstrem, dzięki czemu udało mi się nie zasnąć, no prawie, przez całą drogę z Warszawy tutaj. 
To pierwsze zdjęcie z trasy już poza Warszawą, tuż po wyjeździe na autostradę

środa, 9 marca 2016

Wizyta kontrolna Mozarta w gabinecie Dermawet

Dziś wybrałyśmy się z Mozartem do przychodni Dermawet do doktor Karaś-Tęczy na przegląd stanu ogonka mojej kici.
Dla tych, co nie pamiętają, ostatnia wizyta miała miejsce we wrześniu 2015 roku (pisałam o tym w poście Diagnoza Mozarta) i to właśnie dzięki genialnej w diagnostyce dermatologicznej pani doktor Karaś-Tęczy moja koteczka uzyskała wreszcie prawidłową diagnozę, a ja informację o tym, co robić, żeby jej ten ogon uratować, bo były już nawet plany amputacji.
Poczekałyśmy trochę w poczekalni, którą bardzo lubimy ze względu nie tylko na doskonałą panią doktor, ale i piękne, stare odrestaurowane meble i dodatki w poczekalni i gabinecie.

piątek, 4 marca 2016

Codzienny rytuał: podawanie leków Piesiowi emerytowi

Piesio od paru miesięcy dostaje leki na serce i na tarczycę. Dwa razy dziennie. Nic dziwnego, że wykształcił się już z tego pewien rytuał emeryta.
W skład rytuału wchodzą pewne przedmioty, codziennie te same. Mamy więc koszyczek na leki, pudełko na leki dzielone na dwie porcje, deseczkę do ich krojenia, nóż i pasztet.
Rano i wieczorem wyciągam z lodówki pasztet, bywały i wędliny, ale pasztet sprawdził się do tego celu najlepiej i nie ma zwrotów ze strony Piesia.

wtorek, 1 marca 2016

W poszukiwaniu wiosennych widoków

Spacer piesiem sprzed kilku dni uświadomił mi, że wiosna nadchodzi wielkimi krokami. Wprawdzie od początku tego tygodnia tylko plucha, zimnica, wieje i pada śnieg, ale coraz częściej zdarzają się takie dni, że aż się chce żyć!
Co ja tu będę dużo mówić, pokażę Wam lepiej zdjęcia z tego spacerku z zachwycającą pogodą. Może dzięki temu ta plucha szybciej nas opuści.
A oto nasz las spacerowy.
Piękne są nasze brzozy, w słońcu wręcz błyszczy im się kora.

Aktualności i tłumacz w świecie luksusu

Zapewne wierni czytelnicy mojego bloga zaglądają tutaj już z pewną niecierpliwością nie mogąc się doczekać, aż kolejny raz się odezwę. Wybaczcie tak długie milczenie.
Miałam ważne powody.
Jednym z nich było intensywne zlecenie, któremu poświęciłam się prawie przez cały ubiegły tydzień.
Oto przepiękny flakon perfum, który najchętniej zabrałabym z tego zlecenia ze sobą.
Perfumy marki MBR, nazwa L'OR, czyli złoto z francuskiego.
Z drobinkami prawdziwego złota. O przepięknym niezwykłym zapachu.

wtorek, 16 lutego 2016

Spacer z Gazelą i uśmiech nieboskłonu

Wybrałyśmy się dziś z moją Gazelą na spacer.
Jestem tu przez ponad tydzień, a dawno nie widziałam z bliska morza. Tak więc wytachałam mojego przyciężkiego skarba z piwnicy i pojechałam.
W pierwszy zachwyt wpadłam już na moście z widokiem na przystań promu, który codziennie zawozi mojego M. na drugą stronę do pracy w Nordenham.