Inspiracje

Nieustająca inspiracja dla tych, co mają gorsze dni: Zamiast narzekać wymyśl 10 pozytywów.

- Tu mnie znajdziesz na FB i na Instagramie :) -
A tutaj na G+

sobota, 26 marca 2016

Bezcenny cichy pomocnik, moja niewidzialna ręka

Rzadko o niej piszę, a przecież ciągle jest gdzieś w tle. Od dawna wiem, że zawsze w każdym najtrudniejszym momencie życia mogę na nią liczyć.
Kiedy miałam małe dziecko, to też na nią zawsze mogłam liczyć w ciemno. Bo wiedziałam, że nawet jeśli każdy inny miałby inne zajęcia, ona tak sobie zorganizuje czas, żeby to mnie i mojej córci pomóc w pierwszej kolejności.
Ostatnio pomyślałam, że tak rzadko o niej piszę, bo to dla mnie wszystko takie oczywiste. A oczywiste naprawdę nie jest. Poza tym wcześniej często skupiałam się na tym, co trudne, a teraz coraz bardziej doceniam to, co dobre i niespotykane.

piątek, 25 marca 2016

Wesołych jajek i nie tylko

Hej, a co wy takie nieumalowane na święta?
A bo przeprowadzkę mamy!

Wszystkim moim Czytelnikom i blogowym Znajomym życzę niezależnie od poglądów udanego czasu i wytchnienia Świątecznego.

czwartek, 24 marca 2016

Każdy moment na zamach jest zły

Za każdym razem, kiedy tworzę nowego posta, zastanawiam się jak będzie osadzony w bieżących realiach, a nawet w dziejowej chwili. No bo w zasadzie jak tu pisać o tym, że za oknem mam znowu remont ulicy, w domu prace się posuwają, internet dzięki bogu tu jeszcze mam, w sklepach towar normalnie na regałach, pies zdrowy, tylko leki trzeba mu dokupić, kicia dalej chwilami skacze na ogon, żeby wymuszać różne działania mojej mamy, a mama jej ulega.
Jak w perspektywie kolejnego zamachu terrorystycznego poświęcić się zwykłemu życiu, pracy, sprzątaniu, piciu kawy i oglądaniu dla odmiany i równowagi zdjęć nastrajających wesoło.
I czy w ogóle cokolwiek da zajmowanie się przeze mnie tą sprawą z perspektywy mojego zwykłego życia.
Czy cokolwiek zmieni moja krytyka kolejnych posunięć polityków albo kolejnej mało skutecznej akcji solidarności z ofiarami.
Najgorsze jest to, że nie mam wyjścia.
Bo moi klienci czekają na wykonaną dla nich pracę.
A nasze pranie same się nie wypierze.
Tak jak jedzenie samo się nie ugotuje. Sam również nie wyremontuje się dom. I ciasto też się samo nie upiecze.
Ani kuchnia sama się nie zrobi.
Długie rozważania nad tragedią kolejnego zagrożonego miasta zostaną zatem już za kilka minut przerwane prozaicznymi, codziennymi czynnościami.
I co więcej - nie widzę w tym nic złego. A ktokolwiek widzi, chętnie podam konto, na które proszony będzie o wpłatę solidnej sumy w zamian za te rozważania, które będę snuła, podczas gdy on/a będzie na mnie zarabiał/a.
Jedyne możliwe wyjście z tej sytuacji to jak najszybszy powrót do normalnego życia. I pamiętanie o tym, że i w moim życiu może się zdarzyć taka chwila, że znajdę się gdzieś w pobliżu, albo nawet zbyt blisko takiej tragedii.

Że nie mogę ani przewidzieć, ani zaplanować mojego udziału w podobnym krwawym spektaklu. I że tak naprawdę dopiero w tej krwawej tragicznej chwili to ja będę w szoku, w stanie ciężkich obrażeń, albo mnie po prostu w jednej chwili nie będzie.

poniedziałek, 21 marca 2016

Z ruin powstaniem

 Nic na to nie poradzę, ale każda wizyta na placu boju, to jest sorry, na placu budowy, czyli w domu to kolejne decyzje, projekty i obserwacje, którymi koniecznie się z Wami muszę podzielić.
To co się z tych prac wyłania ma już w niektórych miejscach całkiem ciekawą postać.

Ale póki co jest tak:
Tego łuku i tych kolumn ze styropianu będzie mi prawie brakowało, jakieś takie sympatyczne były, ale decyzje są jasne: zamiast łuku prostokątny otwór, zamiast kolumn gładkie ściany, na ścianach jakiś kolor, może ten z góry....  

sobota, 19 marca 2016

A na co mi to

Tak zupełnie na poważnie zastanawiam się, na co mi ten cały blog. I nie jest to jeden z tych wpisów typowych samobójców blogowych, żeby pokrzyczeć i pochlapać ekran krwią z ręki nad klawiaturą ucinanej, żeby się zbiegli ludziska i powiedzieli: no coś ty, nie zamykaj. Przecież Cię kochamy. A że nie przychodzimy czytać? No może i przychodzimy, ale co przyjdziemy to znowu remont... A gdzie tu coś emocjonującego: seks, jakiś trójkącik chociaż mały, a może jakaś historia na tropach pedofila, albo o związkach, bo dawno nie było, albo chociaż polityka panie, to by człowiek wiedział, co ma powiedzieć!
A tak - nuda. Ciągle coś budujesz, remontujesz, naprawiasz, jeździsz. No i jeszcze do obrzygu zdrowo i nudno teraz gotujesz, ćwiczysz i w dodatku Ci się udało schudnąć. Nienawidzę Cię!
W panice, bo każdy bloger w końcu chce jednak być czytany, zagłębiam się w tematykę, o której bym mogła napisać, żeby nieco podgrzać atmosferę. Żeby było jak kiedyś, no chociaż ze 20-30 komentarzy od razu pierwszego dnia pod postem.
Ale z wypisywania porad o związkach jakoś chyba chwilowo wyrosłam, a może i tak nie widzę sensu poprawiania czy ingerowania w czyjeś życia, skoro każdy z nas przecież żyje jak chce.
Zarabianie na blogu też chyba niespecjalnie dla mnie, bo za bardzo sobie cenię wolność i niezależność, a reklamodawcy to wymagający naród i jak ogłoszę konkurs, to i wybrać zwycięzców muszę, a to jak wiadomo ostatnio mi się nie udało, więc porzuciłam to zajęcie jako nie moje. Poza tym nie dość, że ci stawkę z góry próbują narzucić, to jeszcze wolą zawsze zaproponować barter lub wymianę linków, niż żywą gotówkę za usługę reklamową.
Czy ja się dzielę czymś bezcennym, niezwykłym i wartościowym, żeby Was wciągnąć w moją pasję? Ratuję małe kotki lub pieski? A może chociaż jakiegoś żółwia czy jaszczurkę? 
No nie.
Tylko nuda. Siedzę sobie gdzieś na niemieckiej prowincji, nie uczestniczę za bardzo w wydarzeniach artystycznych, bo czasu na to nie mam. Głównie pracuję. O osobistych tragediach i chorobach swoich ani w rodzinie nie piszę, bo uważam, że są osobiste właśnie, czyli nie do dzielenia się na forum publikum. Zwierzaki czasem chorują, to napiszę, ale nie są to choroby poważne, więc też poziom emocji nie rośnie specjalnie.
No to może chociaż o zmianie systemu edukacji, o uchodźcach, albo o oponie?
Ależ o tym wszyscy piszą...
A ja tylko o sobie.
Nuda.
No więc naprawdę poważnie się zastanawiam nad powolnym wyczyszczeniem ze mnie przestrzeni dyskowej, blogowej i wszelakich internetów.
Bo formuła blogowania pamiętnikowego chyba się już przejadła. A do innej mnie chwilowo nie ciągnie.
Z tej rozpaczy aż ciasto wczoraj upiekłam i nawet trzy kawałki zjadłam.


To teraz takie moje minimum szaleństwa, jak na inne czasu nie wystarcza.

Uwagi o poranku po przemyśleniu
Bardzo Was proszę o nieodnoszenie uwag o pisaniu blogów na różne tematy osobiście do Was, moi kochani koledzy i koleżanki po piórze. Mam nadzieję, że mój post nikogo nie uraził i nie urazi.
Sama nie wiem, co mam jeszcze napisać. Może to, że zbyt wiele lat żyłam w cieniu choroby bliskich mi osób, żeby teraz chciało mi się opowiadać o jakichkolwiek chorobach. Dlatego może omijam raczej temat, nie tylko na blogu, ale i w życiu osobistym. Rozumiem natomiast doskonale osoby, które mają potrzebę, żeby o tym pisać. Ja nie potrafię i nie chcę.

piątek, 18 marca 2016

Wielkie silne maszyny w akcji, czyli porządkowanie zieleni w Niemczech

Nie wiem, czy to jakieś moje zboczenie, a może po prostu faktycznie w planach miałam zostać chłopcem i tylko przez przypadek urodziłam się dziewczynką, bo od dziecka fascynują mnie duże maszyny. Te małe precyzyjne zresztą też. Jeśli tylko mogę i mam chwilę czasu zawsze z wielką fascynacją i przyjemnością obserwuję ich pracę, podziwiając przy okazji fachowość operatorów koparek, dźwigów. A nawet wózków widłowych i różnego rodzaju innego ciężkiego i jeszcze cięższego sprzętu.
Mój dziadek pracował na dźwigu, to coś niecoś wiem, jakie to trudne. To teraz już wiecie, dlaczego z tak wielkim zainteresowaniem obserwuję, gdzie się da, wszelkie budowlane spektakle. Ten który pokażę poniżej zdarzył się, jak znalazł, tuż przed naszymi oknami - czyli w tym mieszkaniu, w którym jeszcze teraz mieszkamy przez ostatnie dni.
Codziennie praca wre, a ekipa wykańcza ulicę metr po metrze. Solidnie pracują, każdy najmniejszy etap jest starannie nadzorowany, o ile mi pozwala śledzić to moja praca, na której jestem teraz codziennie mocno skupiona. 

czwartek, 17 marca 2016

Planowanie, czyli kuchnia i cała reszta

Tak sobie czasem myślę, że pewnie Was tymi remontami już nudzę, ale co poradzę, że znów mnie dopadł kompleks remontowy. :) No więc bez zbędnych słów przechodzę do relacji. U nas na placu budowy nieustannie coś się dzieje. 
Mój M. jest tam codziennie, codziennie też staramy się podjąć jakąś decyzję. A to dotyczącą kuchni, ale kuchnię jako temat zbyt kompleksowy na początek, ciągle odsuwamy w czasie.
Temat kuchni na razie czeka....

środa, 16 marca 2016

Wyścig z czasem, kolejny przejazd i remont

Chciałabym Wam na jednym wdechu opowiedzieć to wszystko, co się obecnie u mnie dzieje, ale obawiam się, że nawet przy moich solidnych płucach ten jeden wdech by nie wystarczył. Mimo to postaram się choć w punktach podzielić się tym, co najważniejsze.
Tak więc po pierwsze od soboty znów jestem w BH. Przyjechalimśmy (nie poprawiać, tak ma być) z majstrem, dzięki czemu udało mi się nie zasnąć, no prawie, przez całą drogę z Warszawy tutaj. 
To pierwsze zdjęcie z trasy już poza Warszawą, tuż po wyjeździe na autostradę

środa, 9 marca 2016

Wizyta kontrolna Mozarta w gabinecie Dermawet

Dziś wybrałyśmy się z Mozartem do przychodni Dermawet do doktor Karaś-Tęczy na przegląd stanu ogonka mojej kici.
Dla tych, co nie pamiętają, ostatnia wizyta miała miejsce we wrześniu 2015 roku (pisałam o tym w poście Diagnoza Mozarta) i to właśnie dzięki genialnej w diagnostyce dermatologicznej pani doktor Karaś-Tęczy moja koteczka uzyskała wreszcie prawidłową diagnozę, a ja informację o tym, co robić, żeby jej ten ogon uratować, bo były już nawet plany amputacji.
Poczekałyśmy trochę w poczekalni, którą bardzo lubimy ze względu nie tylko na doskonałą panią doktor, ale i piękne, stare odrestaurowane meble i dodatki w poczekalni i gabinecie.

piątek, 4 marca 2016

Codzienny rytuał: podawanie leków Piesiowi emerytowi

Piesio od paru miesięcy dostaje leki na serce i na tarczycę. Dwa razy dziennie. Nic dziwnego, że wykształcił się już z tego pewien rytuał emeryta.
W skład rytuału wchodzą pewne przedmioty, codziennie te same. Mamy więc koszyczek na leki, pudełko na leki dzielone na dwie porcje, deseczkę do ich krojenia, nóż i pasztet.
Rano i wieczorem wyciągam z lodówki pasztet, bywały i wędliny, ale pasztet sprawdził się do tego celu najlepiej i nie ma zwrotów ze strony Piesia.

wtorek, 1 marca 2016

W poszukiwaniu wiosennych widoków

Spacer piesiem sprzed kilku dni uświadomił mi, że wiosna nadchodzi wielkimi krokami. Wprawdzie od początku tego tygodnia tylko plucha, zimnica, wieje i pada śnieg, ale coraz częściej zdarzają się takie dni, że aż się chce żyć!
Co ja tu będę dużo mówić, pokażę Wam lepiej zdjęcia z tego spacerku z zachwycającą pogodą. Może dzięki temu ta plucha szybciej nas opuści.
A oto nasz las spacerowy.
Piękne są nasze brzozy, w słońcu wręcz błyszczy im się kora.

Aktualności i tłumacz w świecie luksusu

Zapewne wierni czytelnicy mojego bloga zaglądają tutaj już z pewną niecierpliwością nie mogąc się doczekać, aż kolejny raz się odezwę. Wybaczcie tak długie milczenie.
Miałam ważne powody.
Jednym z nich było intensywne zlecenie, któremu poświęciłam się prawie przez cały ubiegły tydzień.
Oto przepiękny flakon perfum, który najchętniej zabrałabym z tego zlecenia ze sobą.
Perfumy marki MBR, nazwa L'OR, czyli złoto z francuskiego.
Z drobinkami prawdziwego złota. O przepięknym niezwykłym zapachu.